fbpx

Chwile zwątpienia traktuję jako część procesu

rozmowa z Martą Mytych

Marta Mytych – autorka bloga Veganama, weganka, fotograf, mama Matyldy i Liliany. O nauce, życiowych zmianach i spełnianiu marzeń z Martą rozmawiała Łucja Wierzchowska. 

V mag: Jesteś jednocześnie żoną, mamą, blogerką, autorką przepisów, fotografką, podróżniczką… Jak udaje Ci się to wszystko pogodzić? Co robisz, by na chwilę wyjść z tych różnych ról i odpocząć?

Marta Mytych: To prawda, robię dużo różnych rzeczy, ale mam wrażenie, że czas na każdą z tych ról przychodzi naturalnie. Priorytety definiują moją rzeczywistość. I tak na pierwszym miejscu są rodzina i fotografia, więc czasem muszę poluzować działalność blogową lub skrócić podróże, żeby nie rozproszyć się zbytnio i nie oddalić od obranych celów i priorytetów. Świat daje nam tak wiele możliwości, że można łatwo zatracić się w ich morzu. Dla mnie ważne jest umiejętne lokowanie swojej energii we wcześniej przemyślanych działaniach i dziedzinach. 

Co zmieniło w Twoim życiu macierzyństwo? Czego nauczyłaś się, będąc mamą?

Macierzyństwo nauczyło mnie wszystkiego na nowo. Cieszę się, że go nie odkładałam, nie zastanawiałam się zbyt długo, po prostu poszłam za głosem serca. Kiedy poczułam bezgraniczne zaufanie i miłość do mężczyzny, z którym się związałam, wiedziałam, że co by się nie działo, damy radę. 

Przez pierwsze lata rodzicielstwa byliśmy wystawieni na wiele prób, broniąc swoich przekonań w kontaktach ze służbą zdrowia i myślę, że to nas bardzo zahartowało. Mimo ciężkich chwil trzymaliśmy się razem i twardo obstawaliśmy przy swoim. To po urodzeniu pierwszej córeczki, która ma teraz prawie 6 lat, zaczęłam się diametralnie zmieniać. Zobaczyłam, ile tak naprawdę mam siły jako kobieta, kiedy musiałam walczyć o zdrowie swojego dziecka. Druga ciąża i poród w Szwecji też były dla mnie wyzwaniem, bo byłam wówczas językowo bardzo zamknięta. Angielski zakurzony i nieużywany przez wiele lat, szwedzkiego dopiero zaczynałam się uczyć. Pamiętam, jak stresowałam się przed każdą wizytą u położnej, sprawdzając różne medyczne terminy i zapamiętując je w głowie. To były ważne lekcje, które pomogły mi wyjść ze skorupki, spod kołderki, która chroniła mnie przed światem. 

Jednak najważniejszym przełomem podczas pierwszego roku bycia mamą było przejście na weganizm. Nie planowałam tego. To wszystko stało się bardzo naturalnie, kiedy naturopata zalecił mi odstawienie pewnych grup produktów podczas karmienia piersią. Matylda miała problemy ze skórą, więc dieta eliminacyjna wydawała się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Zaczęłam od odstawienia mięsa, nabiału i części zbóż. Po bardzo krótkim czasie skóra córeczki była jak nowa, a ja poczułam się tak dobrze z nowym sposobem odżywania, że już nie wróciłam do tradycyjnego.

Ze łzami w oczach wspominam ten czas i będę mojej córeczce dziękować do końca życia za to, że za jej przyczyną wszystko wydarzyło się tak naturalnie, bez ślepej pogoni za modami i trendami. To dzięki dzieciom zainteresowałam się bilansowaniem diety wegańskiej, zdrowymi produktami, komponowaniem posiłków, tak, żeby nikomu nic nie brakowało. Zaprzyjaźniłam się z dietetykami, naturopatami, chłonęłam wiedzę z książek. Tak naprawdę na diecie roślinnej uzyskałam wiedzę o zdrowym odżywianiu. 

Teraz nie wyobrażam sobie jeść inaczej. Edukuję również moje dziewczyny, tak żeby od małego miały dobre nawyki żywieniowe i były świadome tego, co jedzą. 

Założyłaś bloga Veganama, będąc w ciąży i przez lata temat wegańskiej ciąży, macierzyństwa i powrotu do formy po porodzie był tematem dominującym na blogu. Czy bałaś się zmiany tematyki bloga z „parentingowego” na bardziej „lifestylowy”? Jak na tę zmianę zareagowali Twoi czytelnicy?

Mój blog ewoluował wraz ze mną. Ten, kto czyta mnie od początku, wie, że przeszłam długą drogę samorozwoju. Przez to, że w mojej głowie zaszło dużo zmian, na blogu nie obeszło się bez poruszania nowych tematów. Blog służył mi do dzielenia się z czytelnikami tym, co moim zdaniem jest wartościowe, o czym warto wspomnieć, niezależnie od tego, ile będzie wejść i udostępnień. Od początku nie zależało mi na monetyzowaniu bloga. To bardziej takie moje miejsce w sieci, gdzie mogę się wyrazić. Zebrałam przez te kilka lat grono fantastycznych czytelników, nieziejących hejtem, dzielących się swoimi opiniami. Dla nich wciąż jestem. I chociaż ostatnio mam mniej czasu na pisanie, to wiem, że jeszcze mam tyle przepisów do opublikowania i tyle tematów do poruszenia, że przyjdzie i na to pora. 

Jeżeli chodzi o funkcję parentingową bloga… W sumie nie chciałam, żeby taką miał. Daleko mi do wskazywania rodzicom drogi, którą mają wybrać w wychowywaniu swoich dzieci. Jakie podjąć wybory, kupić zabawki czy na jakie zajęcia pozalekcyjne zapisać. Moje rodzicielstwo to intuicja. Nie przeczytałam żadnego parentingowego poradnika, specjalistycznych książek, więc nie chciałabym w związku z tym wygłaszać swoich prawd jako ekspert. Na moim blogu dzielę się osobistymi historiami i spostrzeżeniami rodzicielskimi, nie namawiając przy tym nikogo do posiadania takich samych poglądów.

Piszesz bardzo szczerze, w prosty, chwytający za serce sposób. Czy pisanie było zawsze dla Ciebie formą wyrażenia siebie, czy tego też w jakiś sposób musiałaś się nauczyć? 

Jest mi bardzo miło, że tak sądzisz, bo z pisaniem nie było mi po drodze bardzo długo. Chyba dlatego, że po kilku negatywnych komentarzach od nauczycieli w szkole po prostu wmówiłam sobie, że nie umiem pisać. Do wyrażania siebie za pomocą słów namówił mnie mąż, który bardzo długo przekonywał mnie do założenia bloga. Tak zaczęłam pisać. Na początku szło dość opornie i miałam wrażenie, że ta bariera nigdy nie pęknie. Jednak po kilku latach blogowania i pisania porannych stron tylko dla siebie muszę stwierdzić, że nie wyobrażam sobie już bez tego życia.

Skąd wzięła się w Twoim życiu fotografia?

Nie mogę powiedzieć, że fotografia była w moim życiu od zawsze. Nikt w mojej rodzinie nie był fotografem, nie miałam smykałki do robienia zdjęć jako dziecko. Jako nastolatka trzymałam aparat w dłoni jedynie po to, żeby udokumentować jakieś wyjazdy, zrobić zdjęcia znajomym. Jeszcze na studiach pozowanie do zdjęć było dla mnie karą. Dopiero 10 lat temu, kiedy poznałam się z moim mężem, zaczęłam oswajać się z byciem fotografowaną i pojawiły się pytania związane z obsługą lustrzanki. Swój pierwszy aparat kupiłam 4 lata temu. Na kredyt. Poza zobowiązaniem finansowym był to wielki kredyt zaufania do samej siebie. Bo nie byłam jeszcze świadoma tego, co robię, ale serce podpowiadało mi, że to jest właśnie to. To jest pasja.

Jak przebiegał u Ciebie proces nauki fotografii?

Próby. Próby. Próby. Youtube, Youtube, Youtube. Byłam świeżo upieczoną podwójną mamą na obczyźnie. Nie miałam możliwości uczestniczenia w kursach i chodzenia do szkoły fotograficznej, ale zapał do nauki miałam szatański. Uczyłam się po nocach, oglądałam tutoriale, frustrowałam się, bo nie wychodziło, a dookoła tylu młodych zdolnych. Były chwile zwątpienia, czy na pewno to, co robię, ma sens, czy nauka nie idzie mi za długo. Teraz już wiem, że pokora to podstawa i nie da się przeskoczyć etapów rozwoju w danej dziedzinie. Zresztą nadal się uczę, lubię to i chcę ciągle pogłębiać swoją wiedzę. 

Kiedy poczułaś, że fotografia to dla Ciebie nie tylko hobby, ale prawdziwa pasja i talent, które możesz przerobić w zawód? 

Był taki moment, kiedy popsuł mi się aparat. Nie działał zupełnie. Nic a nic. Mój mąż próbował go naprawić, ale z wiadomych względów nalegał, żeby oddać go do serwisu. Nie miałam innego aparatu, a wysyłka za granicę, czas oczekiwania itp. wyłączyłby mnie z robienia zdjęć na co najmniej półtora miesiąca. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak płakała z powodu jakiejś rzeczy. Łzy jak grochy, pół dnia w łóżku. Mój dzielny mąż, widząc mnie w takim stanie, jakimś magicznym sposobem naprawił aparat, który służył mi jeszcze wiele miesięcy. To był dla mnie ten moment, kiedy zrozumiałam, że fotografia to nie kaprys i kolejne hobby. To coś, bez czego nie wyobrażam sobie funkcjonowania. 

Talent to kwestia względna. Zawsze jest mi miło, kiedy słyszę pochlebne słowa o moich fotografiach. Jednak mam w sobie dużo pokory i głód wiedzy, żeby ciągle rozwijać swój warsztat. 

Czy czujesz czasem chwile zwątpienia? Że może fotografia czy blogowanie, pomimo starań i nauki, nie są dla Ciebie? Jak sobie radzisz w takich chwilach?

Oczywiście! Dziwne by było, jakbym wszystkiego była wciąż taka pewna. Mam wrażenie, że każda osoba działająca w branży kreatywnej/artystycznej co pewien czas ma takie myśli. 

Ja po prostu daję tym myślom odpłynąć. Nie wypieram ich, nie neguję, tylko daję im się trochę pokrzątać i biorę się dalej do pracy. Wierzę, że gra jest warta świeczki, więc kiedy mam chwilę zwątpienia, traktuję to jak część procesu. Nie zawsze jest kolorowo, to wiemy wszyscy. 

Jak to się stało, że zamieszkałaś w Szwecji? Czego nauczyłaś się, mieszkając w Szwecji? Czy to jest już „Twoje miejsce na ziemi”, czy planujesz jeszcze kiedyś przeprowadzkę do innego kraju lub powrót do Polski?

Do Skandynawii ciągnęło mnie coś, czego nie umiem wytłumaczyć. Nie byłam wcześniej w żadnym kraju północy, a czułam, że to moje miejsce na ziemi. Wyobrażałam sobie nieśpieszne życie w małym drewnianym domku pośrodku lasu i ogarniał mnie błogi spokój. Uśmiecham się teraz na tę myśl, bo właśnie to marzenie sprzed 6 lat spełniło się kilka tygodni temu. 

Mieszkamy w Szwecji, bo chcieliśmy tu zamieszkać. To był świadomy wybór, chociaż możliwości były różne. Ciągnęło nas, żeby gdzieś wyjechać, a dzięki pracy mojego męża było to znacznie ułatwione. Droga do tego, żeby w Szwecji poczuć się jak w domu, była wyboista. Bariera językowa była dla mnie dużą przeszkodą przez wiele lat. Dopiero kiedy poszłam studiować fotografię po szwedzku, przekonałam samą siebie, że może i wymaga to wiele czasu, ale jest możliwe. Zapuszczamy korzenie powoli, w swoim tempie, czując, że znaleźliśmy swój spokój i sposób na życie. Co będzie za kolejne 5 lat? Nie wiem, nie myślę o tym. Cieszę się tym, co mam tu i teraz.

Motto naszego magazynu to „życie bez przesady”. Co to dla Ciebie znaczy?

To dla mnie właśnie wcześniej wspomniany luz. Dystans do samej siebie i swojego życia. Nienapinanie się, kiedy z czymś albo z kimś coś nie wyjdzie. Skrajności i radykalizm są nie dla mnie. Mój styl życia nie musi odpowiadać każdemu i nie będę nikogo na niego na siłę namawiać. Tego samego oczekuję od ludzi, którymi się otaczam. 

Jakie są według Ciebie najważniejsze lekcje, których, jako kobieta, warto nauczyć się przed trzydziestką?

Dla mnie wiek to tylko cyfry. Zupełnie bez emocji podchodzę do metryczek. Czego się nauczyłam jako kobieta, żona, mama i fotografka przez ostatnie lata? Dawać sobie więcej luzu. Wszędzie dookoła presja idealności w biznesie, wyglądzie, podróżach po świecie, macierzyństwie itp. Po wielu latach życia z perfekcjonizmem nauczyłam się odpuszczać. 

  • Nie zapominaj o sobie i czasie tylko dla siebie. Chociażby to miało być 30 minut dziennie, znajdź czas na wyciszenie.
  • Pasja jest ważna. Szukaj jej. Nie bój się próbować. A jak już ją znajdziesz, trzymaj się jej i pielęgnuj niezależnie od wszystkiego, co się dzieje dookoła Ciebie. 
  • Nie bój się psychoterapii. To żaden powód do wstydu, a im szybciej rozprawisz się sama ze sobą i swoimi demonami, tym życie stanie się prostsze i przyjaźniej spojrzysz na otoczenie.
  • Skończ z karmieniem negatywnej energii. Obgadywanie, narzekanie i trzymanie w sobie zawiści do innych krzywdzi Ciebie, a nie innych.
  • Nie bój się działać, odwagi! To, że coś nie wyjdzie, to nie koniec świata. Ważne, że próbujesz i zachowujesz przy tym optymizm. Nigdy nie wiesz, jak dana sytuacja wpłynie na Twoje dalsze losy.

Mogłabym tak pisać i pisać, takie zdania często lądują w moich zeszytach i notatnikach wszelakich. Takie małe przypominajki, motywatory, żeby pamiętać, czego nauczyło mnie własne życie.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!