fbpx

Cztery pory roku. I przedwiośnie

Większość tekstu ułożyłam w głowie podczas lutowego spaceru, zapadając się po kolana w zaspach i brnąc przez nieodśnieżony chodnik w mroźny i śnieżny dzień. Czułam się prawie jak napoleoński żołnierz w czasie odwrotu spod Moskwy; może nie aż tak źle ubrana, ale warunki podobne: mróz, śnieg, wiatr… Po prostu zima, nareszcie biała i śnieżna, z prawdziwym, szczypiącym w policzki mrozem. Kiedy padał pierwszy śnieg tej zimy, dorośli cieszyli się jak dzieci, w ruch poszły sanki, a mroźne spacery sprawiały wielką przyjemność. A ja zastanawiałam się, dlaczego akurat teraz tak bardzo zachwycamy się zimą.

Jesteśmy lata świetlne od ponurych jaskiń, w których nasi przodkowie chronili się przed drapieżnikami i chłodem nocy. Z biegiem lat ubrania grzały nas coraz lepiej, jaskinie zamieniliśmy na ciepłe domy, nieźle zabezpieczone, ocieplone i skutecznie chroniące przed tym, co czyhało na zewnątrz. I przed zmienną pogodą. Jednak jeszcze długo żyliśmy zgodnie z naturalnym cyklem przyrody, siejąc, doglądając upraw i zbierając plony, jesienią gromadziliśmy zapasy na zimę, a na przednówku marudziliśmy, że zbiory znowu nie były aż tak obfite, żeby w spokoju dotrwać do wiosny. Chodziliśmy spać, kiedy robiło się ciemno, a wstawaliśmy z pierwszymi promieniami słońca.

Dziś jedzenie kupujemy w sklepie i niezależnie od pory roku delektujemy się świeżymi owocami, warzywami, nabiałem i mięsem. Większość życia spędzamy zamknięci w betonowych ścianach szklanych domów, pogodę oglądając zza panoramicznych szyb, a pachnące skoszoną trawą powietrze zapewnia nam pracująca na okrągło klimatyzacja (z odrobiną zapachu identycznego z naturalnym, rzecz jasna). Wszelkie odstępstwa od komfortowej temperatury, nasłonecznienia i wilgotności powietrza kwitujemy zatrzaśnięciem drzwiczek klimatyzowanych samochodów, a z podziemnych parkingów wyjeżdżamy tylko po to, aby po krótszej lub dłuższej podróży wjechać do domowego garażu i wysiąść wprost do zacisza mieszkania czy domu. I tak nam upływa rok za rokiem. Zimy są raz mroźne i długie, raz bardziej przypominają słotną jesień, a lata balansują między upałem tropików a wilgocią pory deszczowej – nas obchodzi to w takim stopniu, że narzekamy na nieodśnieżone ulice czy niewydolną klimatyzację.

A ja tak nie chcę! Chcę lata pachnącego łąką, wiosny dżdżystej i pełnej szalejącej zieleni, śnieżnej zimy z mrozem tak dużym, by zamarzały rzeki i jeziora, i jesieni zasnutej mgłą przemijania. I jeszcze przedwiośnia, kiedy jeszcze śnieg i zimno, ale za chwilkę, za moment dosłownie, soczystym seledynem wybuchnie wiosenna przyroda, najpiękniejsza, bo we wszystkich kolorach świata… Chcę tego wszystkiego dotknąć i powąchać, zmarznąć podczas zimowego spaceru i zmoknąć w jesiennej szarudze. Dlaczego, skąd taki kaprys? I po co mi te wszystkie pory roku?

Weźmy takie lato… Któż nie lubi słonecznych poranków, długich wieczorów, przepięknych zachodów słońca i ciepłego deszczu, przynoszącego ulgę po upalnym dniu. To czas wakacji, odpoczynku, ładowania baterii. Dla smakoszy zaczyna się cierpkim smakiem niedojrzałych truskawek, wszystkimi kolorami czereśni i okrzepłą zielenią warzywnych ogródków. Lato to czas niespiesznych spacerów brzegiem morza, kąpieli w nagrzanych słońcem jeziorach i beztroskich pikników w cieniu drzew. Nie wiem jak wy, ale ja cenię sobie zwłaszcza letnie poranki, bardzo wczesne, takie tuż po nocy, ze śpiewem ptaków, delikatnym brzęczeniem pszczół, smakiem długich, wakacyjnych śniadań i niezobowiązującą rozmową przy kolejnej filiżance herbaty. Dni płyną leniwie, a wieczory kończą się zawsze przykrótką nocą, parną i pełną ptasiego hałasu. Letnie spacery są pełne wrażeń, zapachów i dźwięków – nie przepadam za nimi, bo nie dają mi czasu na zamyślenie, zachwyt drobiazgiem i refleksję, to szybkie i krótkie olśnienia, feeria barw, która atakuje zmęczone słonecznym blaskiem oczy. Więc jeśli lato to tylko wczesne, nieokrzepłe, ciut nieśmiałe, delikatnie owocowe albo późne, pachnące skoszoną łąką, pełnym zbożem, lekko jesienne, o mroźnych nocach i mglistych porankach. Pełne lato lipca – przyznaję ze wstydem – nieco mnie męczy.

Za to jesień kocham całą sobą. To czas najpiękniejszych, kolorowych spacerów, z szelestem liści pod nogami, z padającym deszczem i chłodem wieczorów. To wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły! I choć z każdym dniem coraz mniej kolorów, coraz zimniej i bardziej deszczowo, to właśnie jesień jest dobrym czasem na przygotowanie do zmian, na przemyślenie ważkich decyzji, melancholijną zadumę nad życiem. Jesienne przemijanie skłania do refleksji, uspokaja, wycisza, pozwala pracować w skupieniu. To pora roku, która potrafi być upalnym latem, mroźną zimą i nieśmiałą wiosną jednocześnie. I tylko opadające z drzew kolorowe liście, kasztany i orzechy sprawiają, że zima zdaje się coraz bliższa… Gdy nieuchronnie nadchodzi ponurość listopada, my zasiadamy przy kominku, czytamy książki i popijamy herbatę z malinową konfiturą przy bluesowych balladach, i rozmyślamy o życiu, przeszłości i przyszłości – pięknie, prawda? I o to właśnie chodzi, bo wśród letnich wrażeń nici z myślenia, wieczory są za jasne i zbyt pełne wakacyjnych przygód, poranki wczesne, szybko przechodzące w przydługie dni. Jesienią brak tego całego zamieszania.

A zima? Biały śnieg, lodowe sople zwisające smętnie z dachów, mróz malujący kwieciste wzory na szybach – już wydawało się, że to tylko dalekie wspomnienia, opowieści o dawnych czasach. Tymczasem zima wróciła w tym roku w pełnej krasie, dając nam do zrozumienia, że nadal jest jedną z czterech pór roku i zgodnie z kalendarzem nieuchronnie następuje gdzieś w okolicach stycznia, najpóźniej z początkiem lutego. I choć zdarza się jej zapomnieć śnieżnie poprószyć, to mrozem zawsze się przypomni. I jest bardzo potrzebna! Jej długie, zimne noce to czas odpoczynku dla całej przyrody. A choć potrafimy uprawiać natkę i pomidory w styczniu czy lutym, to nawet mało wybredny smakosz krzywi się na ich marny smak i niewyrazisty zapach. Za to jesienna marchewka ma się w tym czasie świetnie, podobnie jak jędrne buraczki i ziemniaki wyciągnięte z przydomowej spiżarni (a najlepiej piwniczki). Dla mnie to czas fasolowo-buraczkowy, czas zawiesistych krupników i cebulowej, solidnych obiadów i ciepłych kolacji. Zima cieszy mnie stonowaniem, subtelnym brakiem koloru, czarno-białą gamą śnieżnych dni. I bożonarodzeniowym zamieszaniem. A najbardziej cieszy, że na nowy rok przybywa dnia na barani skok! Bo dni coraz dłuższe, poranki coraz jaśniejsze i często słoneczne (choć wtedy zazwyczaj mroźne), bo za chwilkę wiosna i zieleń.

Wiosna, czas zmian i nowych początków, to kolorowy raj dla fotografów i poetów. I koszmar dla alergików… Nieco melancholijny marzec i kapryśny kwiecień zielenią się dość niemrawo, oszczędnie, skromnie. Za to maj eksploduje wręcz barwami! Fascynujący jest zwłaszcza czerwiec, najdłuższy miesiąc roku, którego dni ciągną się w nieskończoność, wieczory są tak jasne, że ani myślę o spaniu, a poranki nadchodzą właściwie tuż po północy! I już pod koniec czerwca czai się upalne lato. Taka to już jest ta wiosna, która zaczyna się w środku marcowej zimy, a kończy upałami czerwca, pomiędzy zaś cała paleta barw, zapachów i nieśmiałych smaków wiosennych nowalijek i pierwszych owoców. To właśnie wiosna, z tym swoim optymistycznym seledynem pól i łąk, sprawia, że oddychamy jakby nieco głębiej, pełniej, a na przyszłość patrzymy z rosnącą nadzieją. I nawet wiosenne deszcze są radosne i ciepłe, jakże inne od listopadowych, nieco przygnębiających i lodowato zimnych.

Naprawdę lubię tę zmienność. Nie marzę o wiecznym lecie tropików ani ponurej zimie dalekiej północy. Zawsze szukam pięknych chwil w grudniowych światełkach, w przykrótkiej nocy czerwca, koloru wśród listopadowej szarugi. Zachwycam się lipcowym motylem na parapecie i wiewiórką śmigającą wśród żółtych liści października. Mam czas na refleksyjny odpoczynek i czas na wakacyjną ekscytację, chcę zimą tęsknić za długim dniem lipca, a latem za mrozem lutego.

Być może to przymusowe unieruchomienie w czterech ścianach spowodowało, że zatęskniliśmy za przestrzenią, bezkresem pól i zapachem łąk. I może właśnie dlatego tak chętnie lepiliśmy zimowego bałwana, choć bardzo marzły nam palce. Oby ten nasz zachwyt trwał jak najdłużej.

PS A co z tym przedwiośniem, zapytacie. Otóż jest i ma się całkiem dobrze. To te wszystkie dni między klasyczną zimą a kolorową wiosną, kiedy zieleni jeszcze nie ma, ale coś już czuć w powietrzu. To naprawdę cudowna pora roku, kiedy zachwyt wypatrzonym wśród suchych traw zielonym listkiem jest szczery jak uśmiech dziecka, kiedy śpiew ptaków nie jest jeszcze hałasem, kiedy pierwszy raz na poważnie myślimy o zmianie garderoby na nieco lżejszą… To TERAZ!

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!