fbpx

Czy w języku polskim jest miejsce na feminatywy?

Od pewnego czasu w mediach dość głośno mówi się o stosowaniu żeńskich form gramatycznych w przypadku, gdy odnosimy się do nazw zawodów i profesji. Psycholożka, filolożka, posłanka, doktorka lub pilotka to tylko nieliczne z przykładów, które sprawiają, że trwa zacięty spór w dyskusji o poprawność używania tych końcówek, zwanych poprawnie „derywacją żeńską”. Bo brzmi to dziwacznie, niepoprawnie, nienaturalnie i w ogóle stanowi poważny gwałt na polszczyźnie, która jest bytem idealnym, ukształtowanym przed laty i broń Boże nie wymaga korekt i poprawek. Przecież od zawsze stosujemy formę męską i ona w równym stopniu odnosi się do każdej z płci, więc jaki sens ma wprowadzanie jakichkolwiek zmian? Mówiąc „doktor” możemy mieć na myśli zarówno Panią, jak i Pana, ewentualnie, w razie potrzeby, możemy doprecyzować, kogo dokładnie mamy na myśli.

No właśnie – precyzja. Według badaczy polszczyzny, język ma za zadanie służyć tym, którzy na co dzień się nim posługują. Ma ułatwiać sprawną i szczegółową komunikację między jednostkami, a szeroki zasób słownictwa ma na celu zapobieganie powstawania wszelkich niedomówień i pomyłek. Inaczej mówiąc, język powinien żyć i dostosowywać się do naszych coraz szybciej zmieniających się potrzeb, a nie my do języka. Gdyby było inaczej, dzisiaj używano by słów takich jak „facelet”, odnosząc się do chusteczki do nosa lub „gędźba” w przypadku wypowiadania się o muzyce. Z tego co mi wiadomo te, jak i wiele innych archaizmów, zostały wyparte przez ich współczesne odpowiedniki, pokazując dynamikę i adaptację języka polskiego do obecnych standardów.

To samo tyczy się feminatywów, będących odpowiedzią na zmieniającą się wokół nas rzeczywistość. Dzisiaj bardzo powszechna jest obecność kobiet na rynku pracy, jednak warto pamiętać, że to wciąż stosunkowo nowe zjawisko. Wcześniej, przez to, że mężczyźni zajmowali znaczną część profesjonalnych stanowisk, naturalnym był fakt, iż nazwy je określające miały tylko jedną formę. Czasy się zmieniły, a kobiet wykonujących najróżniejsze zawody wciąż przybywa, co powoduje, że w wielu sektorach, takich jak usługi, edukacja czy opieka zdrowotna jest ich znacznie więcej niż mężczyzn. Dlaczego więc wciąż wiele osób oburza to, iż kobiety chcą, aby używano form żeńskich, odnosząc się do nazw wykonywanych przez nie zawodów? Czy uszanowanie czyiś osobistych preferencji i potrzeb stanowi dla wielu ludzi barierę nie do przeskoczenia? 

Dość silnym i ucinającym cały ten spór argumentem jest powołanie się na stanowisko zajęte przez Radę Języka Polskiego. Organizacja ta oficjalnie uznała, że stosowanie feminatywów nie tylko jest zabiegiem poprawnym, ale też zachęca Polki i Polaków do „oswajania” tych form poprzez regularne i świadome ich używanie w codziennych wypowiedziach. Jest to równocześnie odpowiedź na problem, jaki często zgłaszają ludzie, odnosząc się do kwestii stosowania żeńskich końcówek. Narzekają, że te formy zazwyczaj brzmią dziwnie, inaczej i bywają trudne do wypowiedzenia. Owszem, z początku użycie słowa „chirurżka” czy „naukowczyni” może wydawać się nienaturalne i obcobrzmiące. Jednak w momencie, w którym wejdzie nam w nawyk ich regularne stosowanie, wyrazy te przestaną dziwić i zaskakiwać, stając się elementem powszechnej polszczyzny. Rada Języka Polskiego stwierdziła również, że „potrzebna jest większa, możliwie pełna symetria nazw osobowych męskich i żeńskich w zasobie słownictwa. Stosowanie feminatywów w wypowiedziach jest znakiem tego, że mówiący czują potrzebę zwiększenia widoczności kobiet w języku.”. To stanowisko pokazuje, że naturalnym zabiegiem jest modyfikacja oraz kształtowanie wyrazów w taki sposób, aby przystawały do norm obowiązujących w społeczeństwie. Skoro otwarcie mówi się o równouprawnieniu płci na każdej możliwej płaszczyźnie życia publicznego, to dlaczego język, czyli tak uniwersalne i oczywiste narzędzie, miałby stanowić wyjątek w tej sprawie?

Wiele osób traktuje feminatywy jako pewnego rodzaju „nowomowę”, zarzucając im, że nazwy zawodów z żeńskimi końcówkami to wynalazki współczesności, które na siłę wprowadzane są do języka przez wojujące feministki oraz skrajnych lewicowców. Co ciekawe jednak, źródła podają, że formy te obecne były w polszczyźnie już na początku XX w. Dlatego, wertując książki i czasopisma z tamtych czasów, bez problemu można natknąć się na m.in. „doktorkę prawa”. Oczywiście, derywacje żeńskie nie weszły jeszcze wtedy do powszechnego użycia, ale myślenie zostało skierowane na właściwe tory, tworząc podwaliny do omawianej „symetrii językowej”. Niestety, wraz z nadejściem czasów PRL-u, te formy zostały bezlitośnie wyparte w imię propagandy „równości”. Skoro wszyscy mieli być sobie równi, to kobiety, zgodnie z panującym powszechnie wtedy kultem patriarchatu, przyrównano do mężczyzn, dając im ułudę „awansu społecznego”. Jak wiadomo dzisiaj, żadna z płci nie ma prawa i podstaw uważać się za lepszą od drugiej, więc takie myślenie, popularne w słusznie minionych czasach komunizmu, nigdy nie powinno mieć racji bytu, a już z pewnością nie obecnie. 

Wydawać by się mogło, że jedyne osoby mające problem z feminatywami, to szowinistyczni mężczyźni o bardzo konserwatywnych poglądach. Co ciekawe jednak, to wśród samych kobiet jest spora grupa, która uważa, że tworzenie i stosowanie żeńskich odpowiedników nazw zawodów, kompletnie nie ma racji bytu i jest zabiegiem zbędnym. Podają one często argument, mówiący o tym, że formy takie jak: „filolożka”, „pilotka” lub „magisterka” brzmią śmiesznie i wydają się być przez to niższe rangą niż ich męskie wersje. Naturalnym jest to, że wiele kobiet, ambitnych i mierzących wysoko, udowadniających codziennie swoją wartość sobie samym oraz reszcie sceptycznego społeczeństwa, pragnie zachować i pielęgnować ten okupiony bólem i zmęczeniem profesjonalizm. W myśl tej zasady, chcąc brzmieć poważnie i być szanowanymi, określają się męskoosobowymi odpowiednikami wykonywanych przez siebie profesji. To pokazuje jak bardzo wielowymiarowy jest to problem. Nakładają się na niego nie tylko przyzwyczajenia na tle językowym czy etymologicznym, ale też głębsze procesy kulturowo-społeczne. Paradoksalnie, kobiety, walcząc o równouprawnienie, chcąc zaznaczyć swoją autonomiczność względem reszty społeczeństwa, aspirują do ról i pozycji zajmowanych przez mężczyzn. Bo nadal zakorzenione jest przeświadczenie, zakładające, że męskie znaczy lepsze, większe i bardziej poważane. A przecież wiadomo, iż płeć danego człowieka, nie definiuje jego własnej wartości, talentów czy też zasobów. Każda osoba jest inna i w idealnym świecie powinna być mierzona tylko i wyłącznie swoją własną miarą, a nie taką, którą ktoś kiedyś stworzył i podał jako uniwersalny wzór. Aby zmienić ten schemat błędnego myślenia, feminatywy powinny na stałe zagościć w języku polskim, oswajając ze sobą sceptycznie nastawione jednostki. 

Dla tych jeszcze nie do końca przekonanych, chciałabym tutaj przywołać przeprowadzone jakiś czas temu badanie. Okazało się bowiem, że kobiety, widząc ogłoszenie o pracę, w którym stanowisko opisane było tylko za pomocą męskiej formy, np. „poszukuję dyrektora”, były zdecydowanie mniej chętne, aby na nie aplikować. Wynikało to z podświadomie zakorzenionych stereotypów i wspomnianych wyżej norm kulturowych. Kobiety te już na starcie negowały swoje szanse, co spowodowane było tym, że ogłoszenie nie było skierowane bezpośrednio do nich. Komunikat brzmiał, iż ktoś poszukuje i preferuje na tym stanowisku mężczyznę, nawet jeśli jego intencje były zupełnie inne. Ale skąd kobiety mają o tym wiedzieć? No właśnie. I tutaj znowu powracamy do precyzji i dokładności, dzięki którym udało by się tych niedomówień uniknąć. I to naprawdę niskim kosztem.

Myślę, że warto skupić się właśnie na tym aspekcie w całym sporze o zasadność feminatywów. Na tym, że stosunkowo łatwo i bezboleśnie znaczna część społeczeństwa zdołałaby „przestawić” swój tok rozumowania, a co za tym idzie, wypowiadania się o rolach zajmowanych przez kobiety w obecnym świecie. Jedynym warunkiem są tutaj dobre i szczere chęci do zmiany swoich własnych przyzwyczajeń oraz nawyków. Bo oczywistym jest to, że nawet jeśli świadomie zechcemy stosować żeńskie odpowiedniki zawodów, to jeszcze przez dłuższy czas będziemy pewnie popełniać błędy lub stosować te formy niekonsekwentnie. Ale na spokojnie. Do wszystkich większych przewrotów systemowych prowadzą drobne kroczki, często w towarzystwie licznych potknięć. Jednak tak długo jak nasze chęci będą szczere, to sądzę, że na dłuższą metę uda nam się osiągnąć cel, którym jest szeroko rozumiana „inkluzywność”. Bo przejawiać się ona powinna zarówno w codziennych aspektach życia publicznego, jak i w stosowanym przez nas wszystkich języku polskim. Wiedząc, że robiąc tak niewiele, możemy przyczynić się do poprawy jakości funkcjonowania stosunkowo dużej grupy jednostek, to sądzę, że naprawdę warto schować do kieszeni swoje własne ego i pomóc w budowaniu świata, w którym jak największej liczbie osób będzie się po prostu żyło lepiej. 

Stanowisko Rady Języka Polskiego w sprawie żeńskich form nazw zawodów i tytułów, 2012, [online:] http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id =1359:stanowisko-rady-jzyka-polskiego-w-sprawie-eskich-form-nazw- zawodow-i-tytuow 
Bańko Mirosław, 2012, Poseł czy posłanka, Poradnia PWN, [online:] https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/posel-czy-poslanka;12836.html
Kobiety i mężczyźni na rynku pracy, 2016, Warszawa, [online:] https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/582 1/1/6/1/kobiety_i_mezczyzni_2016.pdf 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!