fbpx

Czy #wege zawsze oznacza #zdrowie?

Moda na życie w stylu eko przeniknęła do naszego rodzimego otoczenia bardzo szybko i nie wydaje się, by miała ona równie szybko zniknąć – i bardzo dobrze! Czasy, kiedy gotowanie w stylu wegańskim czy wegetariańskim było praktycznie niemożliwe z racji braku dostępnych produktów (lub horrendalnych ich cen w Internecie), bezpowrotnie minęły – teraz w każdym, najmniejszym nawet osiedlowym sklepiku jesteśmy w stanie znaleźć podstawowe (wege) produkty, z których możemy przygotować smaczne i zdrowe posiłki. Producenci żywności szybko dostrzegli w tym swój zysk i dzisiaj na naszych półkach sklepowych możemy zobaczyć już nie tylko półprodukty takie jak tofu czy tahini, ale coraz częściej pojawiają się też na nich gotowe, szybkie dania, z których wystarczy zdjąć wieczko, wrzucić do mikrofali i które oznaczone są hasłami w stylu „bio”, „wegetariańskie” lub „wegańskie”. I tutaj powinna nam się włączyć ostrzegawcza lampka… O co chodzi? Już wyjaśniam.

Nie wszystko złoto…

Z założenia dieta wegetariańska polega na niespożywaniu produktów mięsnych, a w przypadku weganizmu dodatkowo na całkowitym wyeliminowaniu wszystkich produktów pochodzenia odzwierzęcego (w tym m.in. nabiału czy tłuszczy takich jak smalec czy masło). Diety te, z założenia, są uznawane za jedne z najzdrowszych, jako że opierają się na prostych, mało przetworzonych produktach. I w zasadzie tak jest. Problem zaczyna się w momencie, gdy w naszym menu coraz częściej zaczynają się pojawiać gotowe, sklepowe posiłki służące do natychmiastowego spożycia i kuszące na swoich opakowaniach obietnicami  w stylu: „bez konserwantów”, „samo zdrowie”, „100% wege” etc. Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie produkty tego typu to ukryte zło – co to, to nie. Wiele z nich faktycznie jest dobrych składowo i może okazać się świetną pomocą w codziennej diecie. Czasami jednak diabeł tkwi w szczegółach. Pozwólcie, że podam kilka przykładów tego, co można spotkać w „zdrowych’ i „wege” produktach:

  • Wegańskie parówki – produkt idealny sam w sobie. Kto z nas nie kocha parówek? Fantastycznie zatem móc zjeść je w wersji wegańskiej. Tutaj jednak “drobna” uwaga: często tego typu produkty składają się z wysoko przetworzonej soi, multum konserwantów i cukru…
  • Mleka roślinne – kolejna pułapka. Często w ich składach, prócz oczywiście wody i drugiego głównego składnika (np. soi), można spotkać substancje dosładzające (nierzadko w dużej ilości) oraz ulepszacze smaku.
  • Wegańskie jogurty – podobnie jak w przypadku parówek, wybawienie dla tych, którzy tęsknią za smakiem nabiału. Pyszne, zdrowe, pełne protein. Czyżby? Lepiej spójrzcie na skład, bo może okazać się, że białka w nich jest niewiele, a znaczącą część będą stanowić cukry proste i tłuszcz…
  • Wegańskie sery – świetnie, że coś takiego istnieje, jednak często się zdarza, że, oprócz mleka kokosowego, z którego przeważnie są wytwarzane, znajduje się w nich dodatkowo cała masa niepotrzebnych składników w postaci oleju palmowego, skrobi modyfikowanej  czy konserwantów.
  • Wege słodycze takie jak batoniki, ciastka, ciasteczka – zdrowa alternatywa, gdy najdzie nas ochota na słodkie co nieco. Czyżby? Uwaga, to może być kolejna pułapka: nieraz spotkałam się z sytuacją, gdy wege-odpowiedniki standardowych słodkości były bardziej kaloryczne niż oryginał! Dlaczego? Ogromna ilość mąki pszennej, (brązowych) cukrów (że niby zdrowiej) oraz utwardzonych tłuszczy roślinnych. 

Podobnych przykładów można by jeszcze trochę znaleźć. Nie dajmy się jednak zwariować – wszystko jest dla ludzi. Moje dwie najcenniejsze rady, które uchronią Was przed tego typu „wtopami”, jak i praktycznie całkowitym wyeliminowaniem złych jakościowo produktów, są następujące: po pierwsze – uczmy się czytać (i czytajmy) składy produktów, które wkładamy do koszyka a, po drugie, jeśli mamy taką możliwość, jak najwięcej dań starajmy się jednak przygotowywać samodzielnie w domu. 

Błędy początkującego

Kolejnym zagrożeniem dla osób chcących zacząć się odżywiać (albo nawet i już odżywiających się) w stylu wege może być spożywanie zbyt dużej ilości jednego makroskładnika – konkretnie mówię tu o węglowodanach. Nie mając jeszcze wyczucia i rozeznania w tego typu potrawach, możemy zacząć konsumować zbyt wiele produktów mącznych, takich jak naleśniki, makarony, placki lub też inne węglowodanowe przekąski, które są szybkie w przygotowaniu i z których bardzo łatwo stworzyć bezmięsne potrawy (tak, ja  sama wpadłam w tę spiralę swojego czasu). Organizm może zacząć się nam „odpłacać” za jakiś czas nieustanną sennością, uczuciem ciężkości oraz nawet przybraniem na wadze. Już od początku miejmy zatem świadomość, że najzdrowsza dieta (jakkolwiek by się nie nazywała) musi polegać na odpowiednim doborze mikro- i makroskładników i łączeniu produktów z różnych grup chociażby po to, by zachować kompletny skład aminokwasów.

Podsumowanie

W codziennym życiu pamiętajmy o podstawowej zasadzie, że dieta jest dla nas, nie my dla diety. Zawsze jednak należy przestrzegać podstawowych zasad zdrowego odżywiania się, jak i słuchać własnego organizmu. Dodatkowo, zawsze w naszym otoczeniu możemy znaleźć kogoś, kogo możemy się poradzić w nurtujących nas kwestiach żywieniowych  (dietetyk, tematyczne fora dyskusyjne czy też tematyczne blogi i magazyny). W powyższym tekście absolutnie nie neguję również wege/bio „gotowców’ spożywczych – sama niejednokrotnie z nich korzystam – bez niektórych z nich ciężko mi już wyobrazić sobie codzienne posiłki. We wszystkim jednak należy zachować rozsądek i umiar. Jak zawsze.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!