fbpx

Ding dong, Wesołych Świąt!

Igliwiem pachnie choinka, pierniki rozsiewają cudowny aromat goździków i cynamonu, a z kuchni dobiegają wesołe głosy Idealnej Rodziny. Znacie to? No przecież, reklama bożonarodzeniowa jak znalazł. Jeszcze tylko prezenty owinięte w szeleszczący papier, zdobny w reniferki i gwiazdki, jeszcze tylko świece na stole, jeszcze 12 pracowicie przygotowanych potraw i kolędy w tle – idealne święta czas zacząć!

Im jestem starsza, tym rzadziej ulegam „telewizyjnej” magii świąt. Owszem, kupujemy choinkę, pieczemy pierniki do jej dekoracji, zjadamy rodzinną kolację z prezentami w tle… ale nic na siłę. Być może męczą mnie porządki i stanie w kuchni nad garami (w końcu nie jestem już taka młoda), być może z wiekiem ceni się bardziej odpoczynek niż kuchenną krzątaninę, być może… Ale to również przesyt, zmęczenie tymi dzwoneczkami, Mikołajami i prószącym śniegiem.

Boże Narodzenie jest świętem religijnym, choć trzeba przyznać, że dość swobodnie traktowanym przez chrześcijan i chętnie celebrowanym przez agnostyków, niestety zupełnie zawłaszczonym przez kulturę masową. W ostatnich latach trudno nie otrzeć się o błyszczące ozdobami choinki, pohukujących Mikołajów i świetlne dekoracje wszystkiego i wszędzie, i to coraz wcześniej. Może i kiedyś śmieszyły nas światełka amerykańskich domów w komediach romantycznych, ale szybko okazało się, że gramolący się przez komin Mikołaj może się zdarzyć i na polskich dachach.

To mnie męczy. Męczy mnie czekoladowy Mikołaj pojawiający się już w połowie października, kolędy uporczywie zapętlone w sklepowych głośnikach, reklamy czegokolwiek opakowane w bożonarodzeniowy blichtr. Święta z – tu wstaw dowolną markę – atakują nas reklamami wiertarek, kredytów, gaci i alkoholu, a prezenty sugerowane przez mass media mocno uderzają po kieszeni (serio ktoś kupuje pod choinkę dwudrzwiową lodówkę czy młot pneumatyczny?!). Czyli chyba nie lubię tych świąt, prawda?

Nieprawda. Przez ponad 20 lat, rok w rok, zapraszałam do naszego domu całą – niezbyt na szczęście liczną – rodzinę, duży stół i solidne kanapy wystarczyły do ogarnięcia wigilii (i wielkanocnego śniadania) bez obijania się o sprzęty i siebie nawzajem. Na początku sprawiało mi to przyjemność, dekorowałam dom, razem z mężem i córką piekłam pachnące pierniczki, które wieszaliśmy na naszej choince, wymyślałam oryginalne potrawy i niebanalne prezenty, chcąc zadowolić innych i siebie. Z czasem przyszła refleksja, że najlepiej mi w te święta z najbliższymi, że czas spędzony na pucowaniu mieszkania i gotowaniu frykasów można spędzić inaczej, lepiej, pełniej. Można pogadać przy dobrym filmie lub posłuchać ulubionej muzyki, można pójść na długi spacer i zmoknąć, bo pada lepki śnieg.

Dlaczego zatem spędziłam 20 lat na polerowaniu sztućców i myciu podłóg, picowaniu łazienki i odkurzaniu dywanów? Po co zamieniałam bakłażany w śledzie, gotowałam kompoty, piekłam serniki i keksy, a potem prowadziłam niezobowiązujące rozmowy o niczym ważnym? To wychowanie, tradycja czy presja otoczenia? I czy naprawdę wszystko musi być na tip top? Po latach zawsze przychodzi refleksja, że można byłoby inaczej. Czy lepiej? Nie wiem dopóki nie spróbuję, więc próbuję.

Po pierwsze: nie zaczynać zbyt wcześnie

Pierwsze Mikołajki pojawiają się już w październiku, trochę nieśmiało, ale za chwilę będzie ich coraz więcej. Ale przecież nikt nie zaczyna świątecznych porządków podczas złotej, polskiej jesieni, prawda? To może listopad? Listopad, acz zazwyczaj dość ponury i mokry, może być świetny do nadrobienia lektur, dokończenia prac ręcznych czy po prostu bezcelowego szwendania się po okolicy. Jak zaczniecie sprzątać już w listopadzie, to i tak w grudniu trzeba będzie poprawiać. Czyli listopad odpuszczamy. I wreszcie grudzień – ja zaczynam od Mikołajek i przeglądając świąteczne dekoracje zaczynam powoli, spokojnie i bez zadęcia szukać prawdziwej magii, tej, którą pamiętam z dzieciństwa. A sprzątanie? No cóż, jakoś się posprząta, prawda?

Po drugie: nie oglądaj się na innych

Moja mama twierdzi, że do świąt trzeba się solidnie przygotować i być może było to słuszne w latach jej młodości, kiedy wszystko trzeba było zdobyć, wystać w kolejkach czy wręcz załatwić po znajomości. Ale po co pakować do lodówki zapasy na 50 osób, skoro wszystko można kupić najdalej w tygodniu przed? Pomijając drobny fakt, że przy stole zmieści się góra tuzin głodnych świętujących… I warto mieć swoje własne tradycje, dzięki którym święta będą dobrym czasem. Może to imbirowe pierniczki, może nietypowa dekoracja albo wspólny spacer po choinkę?

Po trzecie i najważniejsze: logistyka

Święta, jak każde inne wydarzenie trzeba przygotować najpierw teoretycznie. Ważne są lokalowe założenia, czyli kto będzie na pewno, kto się tylko zapowiedział, a kogo my będziemy odwiedzać. Kupione dużo wcześniej prezenty oszczędzą nam nerwów, choć warto umówić się na skromniejsze, może własnoręcznie zrobione, a by nie tracić fortuny uzgodnić kto komu i że tylko jeden – tak będzie z pewnością oszczędniej, a skoncentrowanie się na jednym obdarowanym pozwoli bardziej świadomie wybrać upominek. Jak święta, to wiadomo, że przy stole (choć ja oczywiście zawsze namawiam na spacery), więc uzgodnijmy menu, uwzględniając preferencje i zalecenia, bo nie wszyscy mają ochotę na rybę z selera, a i nie każdy jada fasolę. Spisanie ulubionych potraw pomoże w zakupach i zaplanowaniu prac kuchennych, można też podpowiedzieć gościom, żeby coś przynieśli i uwzględnić to na liście. Można też wyjść z rodzinnego schematu i zamówić coś na mieście, żeby nie stać nad garami (mimo ostrzeżeń mam i babć nie wszystko gotowe truje). Namawiam do ograniczenia zarówno liczby potraw, jak i wielkości porcji, gdyż hasło „jedz, bo się zmarnuje” może obrzydzić najulubieńsze jedzonko.

Presja bycia szczęśliwym w święta jest wszechobecna, do tego obowiązek przygotowania idealnych pierogów (barszczu czy faszerowanej ryby) i prowadzenia politycznie poprawnych small talk. Nie wszyscy mają odwagę przyznać: nie lubię świąt! i wyjechać w siną dal. Nie namawiam, ale i mi coraz częściej świta myśl, że ucieczka przed Mikołajami i reniferami ma sens. W tym roku święta będą inne, być może nieco bardziej samotne. Odpada wyjazd na narty, do ciepłych krajów czy leśniczówki w Bieszczadach. Cóż więc zrobić z tym czasem, przygotować święta czy darować sobie?

Nie mam gotowych odpowiedzi i uniwersalnych rozwiązań, ale przestrzegam kilku zasad:

  1. nic nie muszę – ale jeśli chcę, zrobię to;
  2. akceptuję swoje niedoskonałości – lepienie pierogów i uszek nie dla mnie, ale chętnie przyjmę każdą pomoc;
  3. daję sobie czas na nicnierobienie – dobry film czy fajna muzyka zawsze robią dobrze, dywany nie uciekną;
  4. dzielę się radością świąt – dużo robimy razem, to fajnie spędzony czas, nawet jeśli tylko wycieramy kurze.

Nie chcę być zmęczona świętami, więc jak zwykle odpuszczę. Będę się cieszyć blaskiem świec, pachnącymi pierniczkami i wspólną kolacją przy choince. Może nie będzie idealnie, ale to nasz czas i nasze wybory. To będą dobre święta, czego i Wam życzę.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!