fbpx

Dlaczego nigdy nie będę zero waste?

Od dłuższego czasu mówię o filozofii less waste. O początkach, moim rozwoju i drobnych wpadkach. Nieustannie staram się robić więcej i więcej w kierunku ratowania naszej planety. Ostatnio zdałam sobie jednak sprawę, dlaczego nigdy nie osiągnę ideału zero waste. I dlaczego za niektóre działania nie chcę już przepraszać.

Od początku mojego zafascynowania filozofią polegająca na niemarnowaniu żadnych przedmiotów za wzór stawiałam sobie dziewczyny, które osiągnęły w tym aspekcie już niemal perfekcję. Prawie nic nie kupują, a jeśli już to wszystko ekologiczne, biodegradowalne i z odzysku, a ich śmieci z całego miesiąca mieszczą się w jednym małym słoiku. Byłam pewna, że z czasem, za kilka miesięcy, a może lat będę taka jak one. I nikt nie będzie miał mi już nic do zarzucenia w związku z tym, jak dbam o planetę. Mimo to co jakiś czas zdarzały mi się potknięcia – po raz piętnasty wychodząc, zapomniałam swojej butelki, przez co musiałam kupić w sklepie jednorazową, na wyjeździe był tylko jeden kosz, więc przez kilka dni nie segregowałam śmieci, a do drinka dostałam, o zgrozo, plastikową słomkę. Po powrocie do domu zawsze czułam się winna, bo znowu zrobiłam coś nie tak. A w dodatku ktoś mógł moją niesumienność zobaczyć i nazwać mnie hipokrytką. W końcu tyle mówię o ekologii i less waste, a kupiłam pomidory na plastikowej tacce.

Nie raz już pisałam o wątpliwościach, które ogarniają mnie, gdy mam „spadek formy”. Ostatnim razem, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy moje działania mają jakikolwiek sens, zadałam sobie pytanie, dlaczego tak jest. Dlaczego ciągle mam podobne wątpliwości. Dlaczego boję się oceny innych, a przede wszystkim wyrzutów sumienia, że robię coś niewystarczająco dobrze. I czy ta presja bycia idealną nie sprawi, że po prostu się poddam. Ostatecznie stwierdziłam, że nie mogę ciągle karać się za każdą wpadkę. A przede wszystkim – muszę zaakceptować to, jaka jestem. Ze wszystkimi potknięciami.

Dlaczego nigdy nie będę zero waste? Postanowiłam spisać najważniejsze rzeczy, których nie jestem w stanie zmienić i przestać się w końcu za to obwiniać, bo są rzeczy ważne i ważniejsze.

Zacznijmy od leków. Jeśli ktoś jest na coś chory, musi często używać jednorazowych, sterylnych igieł, czy zażywać tabletki, które przecież najczęściej są opakowane w wiele warstw plastiku. Dla mnie nie ma dyskusji na ten temat. Zdrowie to rzecz nadrzędna i stoi ponad obsesyjnym dbaniem o planetę. Nawet jeśli chodzi tylko o witaminy czy suplementy. Czy człowiek powinien przestać je brać, by nie marnować plastiku? Może, ale przecież wtedy poczuje się gorzej. Sprawy naszego zdrowia zawsze traktujmy jako priorytet. Bez tłumaczenia się innym i wyrzutów sumienia. Możemy przecież dbać o środowisko w innych obszarach. Chcąc dbać o wszystkich dookoła, zacznijmy od siebie.

Zdarzają mi się dni, w których zapominam z domu swojej butelki filtrującej. Muszę wtedy kupić w sklepie wodę w plastiku. Czy zdarzało mi się nie pić płynów cały dzień tylko po to, by nie obwiniać się za wytwarzanie większej ilości śmieci? Tak. Czy czułam się wieczorem fatalnie i kładłam się do łóżka z migreną? Również tak. Dodatkowo, sama butelka filtrująca jest w różnych kręgach kwestią sporną. Słyszy się głosy, że nie jest to tak ekologiczny sposób, jak nam się wydaje. Że filtr nie filtruje jak powinien, a elementy butelki trzeba przecież regularnie wymieniać. Dużo osób przekonuje, że szklane naczynia są lepsze. Bardziej ekologiczne, wolniej się zużywają, łatwiej je umyć i tym podobne. Mimo to, nie potrafię przekonać się do szklanej butelki. Jestem osobą, która wrzuca wszystko na szybko do torebki, a potem kładzie ją w różnych miejscach, uderzając niespodziewanie o podłogę czy inne przedmioty. Stąd nieustanny lęk, że regularnie tłukłabym takie butelki, zalewając przy okazji zawartość torebki, siebie samą lub otoczenie. Jako niezdara nie mam zaufania do szklanych przedmiotów. I nie mam zamiaru być na siebie o to zła, tak po prostu jest. Wiele razy wspominałam też, że noszę ze sobą kubki termiczne, dzięki czemu nie muszę kupować kawy czy herbaty na wynos, a jeśli już to robię, to napoje zostają przygotowywane do mojego termosu. Mimo to coraz częściej ponoszę porażkę na polu termosowym. Po prostu zostawiam go w domu i gdy potem zachciewa mi się ciepłego napoju, siorbię go rozczarowana i zła, że dostałam plastikową pokrywkę. Jednak gdybym miała nosić ze sobą wszystkie akcesoria reklamowane na portalach less waste, musiałabym brać dodatkową torbę. Kubek termiczny, butelka filtrująca, pudełko z jedzeniem wraz ze sztućcami czy metalowa słomka. Można te przedmioty wymieniać w nieskończoność. Jeśli dodamy do tego wszystko, co zwyczajowo znajduje się w damskiej torebce oraz laptopa na zajęcia czy notatki, to ból pleców od dźwigania niewyobrażalnej liczby kilogramów gotowy. Wszystko to potęguje fakt, że po mieście poruszam się możliwie najwięcej na piechotę lub używam komunikacji publicznej, a nie własnego samochodu. Z tego powodu muszę mieć przy sobie mnóstwo rzeczy na wszelki wypadek, których nigdzie nie zostawię. Postanowiłam jakoś zagłuszać moje wyrzuty sumienia i wyciągać z torby zbędne kilogramy, jeśli nie jestem pewna, czy będę miała dziś ochotę na herbatę.

Przykłady można mnożyć. Nadal czasem zdarza mi się kupować w sieciówkach, bo nie wszystko znajduję w miejscach z używaną odzieżą. W domu wciąż używam klasycznych worków na śmieci, zamiast bardziej ekologicznego zamiennika. A gdy wyjeżdżam na kilka dni, wolę wziąć ze sobą małą buteleczkę szamponu niż kosmetyki w kostkach, które ciężko zapakować tak, by nic im się nie stało w trakcie podróży i nadal były higieniczne i gotowe do użycia.

Ostatnią rzeczą, która przyszła mi do głowy przy okazji pisania tego artykułu, są książki. Jestem wielkim książkoholikiem, a czytanie to moja pasja od kiedy pamiętam. Mam w swojej biblioteczce sporo pozycji, choć staram się zastanowić trzy razy, zanim kupię nowość wydawniczą (moim kryterium przy wyborze jest pewność, że przeczytam ją więcej niż raz). Mimo to nie wyobrażam sobie, by przestać czytać książki papierowe. Próbowałam czytnika i audiobooków, ale to po prostu nie dla mnie. Wiem, ile zalet mają książki w formie elektronicznej – nie zabierają wiele miejsca w bagażu, są tańsze i ekologiczne. Nic jednak nie zastąpi mi szelestu przewracanych kartek i specyficznego zapachu papieru. Klasyczne wydania to coś, czego nie jestem w stanie zmienić nawet w imię ekologii. Nikt nie jest przecież idealny.

Nigdy nie będę naprawdę zero waste, bo nie jestem w stanie pozbyć się niektórych zachowań. Ale zamiast robić sobie z tego powodu wyrzuty, muszę po prostu wrzucić na luz. Bo zdrowie psychiczne, szczęście i brak presji powinny być naszymi priorytetami. Dopiero po zadbaniu o nie bierzmy się za ulepszanie wszystkiego dookoła.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!