fbpx

Dom pachnie ciastem, czyli krótka opowieść o powrotach

Zastanawiacie się czasem nad tym, czym jest dom? Czy tworzy go jakieś konkretne miejsce? Ludzie? Drzewo za oknem? A może dom jest dla was wszędzie?
Czy od zawsze czujecie, co (lub kto) jest waszym domem? Zaparzcie sobie herbatę i wskakujcie pod koc – opowiem wam, jak to bywa z tym domem w moim przypadku.

Nie będzie to wyjątkowa opowieść o niezwykłych losach barwnej osobowości, a raczej zbiór przemyśleń dziewczyny z tego dziwnego roku. Będzie nieco intymnie. Nie będę oryginalna, mówiąc, że jesień jest czasem refleksji, zatrzymania. Coraz częściej jest też czasem wspominania tych, których już z nami nie ma. A odkąd tuż przed marcowym lockdownem wróciłam do rodzinnej miejscowości, jeszcze bardziej odczuwam swego rodzaju połączenie z przodkami. Ale po kolei.

Poniemieckie

Jestem dziewczyną ze wsi. Z małej, dolnośląskiej, poniemieckiej wsi. Czy to był mój dom? Raczej nie. Nie żeby było mi tutaj źle, ale już od wczesnych lat mierziło mnie poczucie wykorzenienia. Dziadkowie przyjechali tutaj w 1945 roku, porzucając swoje wcześniejsze życie na Kresach Wschodnich. Chociaż tu, na Dolnym Śląsku, urodziliśmy się wszyscy: moi rodzice, ja i mój brat, to odkąd pamiętam, nosiłam w sobie poczucie braku przynależności. Dolny Śląsk po II wojnie światowej stał się skupiskiem przybyszów z różnych stron Polski i jakkolwiek miało to swoje zalety i niewątpliwy koloryt, to nie czułam się tutaj u siebie.

Dom to go

Dekadę trwała (a może ciągle jeszcze trwa?) moja droga. Przeprowadzki do innych miast, krajów, tworzenie domów z przyjaciółmi i ludźmi zupełnie obcymi. Dom był budowany na bieżąco – ukochanymi drobiazgami, rozmowami, śmiechem, wspólnym gotowaniem, piciem wina i kłótniami o sprzątanie. Każdy dom tymczasowy miał swój rytuał: w jednym było to wspólne spędzanie wieczorów z gitarą w kuchni, w innym przygotowywanie szakszuki po powrocie z każdej podróży. Ale nieodłącznym elementem każdego domu była herbata – hektolitry herbaty! Przez cały ten czas, oprócz współlokatorów, mieszkań i miejsc zamieszkania, zmieniało się także moje postrzeganie otoczenia, w którym żyłam. Pytałam więc siebie: Czy wielkomiejski pęd wciąż mi odpowiada? Czy chcę, żeby mój dom był tam, gdzie akurat wtedy mieszkałam? Czy tych kilka drobiazgów, które zabieram w każde miejsce, wystarczy, żeby czuć się jak w domu? Kolejne dwa lata utwierdziły mnie w przekonaniu, że czas na zmiany. Trochę zawirowań i oto jestem z powrotem u siebie – na dolnośląskiej wsi. No właśnie – ale czy naprawdę u siebie?

Wyjazdy i powroty

Dorastając, zawsze czułam się nie u siebie, nie na miejscu, obco. Mimo świadomości tego, że moja rodzinna miejscowość położona jest w pięknej okolicy, nie byłam z nią związana. Wyjątkiem był okres kwitnienia rzepaku, ale to szybko mijało. Potem nadszedł czas studiów, pierwsze prace, przeprowadzki w różne miejsca. A jednak ostatecznie wróciłam na swoją wieś i wrosłam w to miejsce, jak nigdy przedtem. Wróciłam w lutym, krótko przed marcowym lockdownem i wiem, że przestrzeń, która mnie tu otacza, na pewno lepiej wpłynęła na moją głowę, niż zrobiłoby to mieszkanie w wielkim mieście. Przyroda pomału budziła się do życia i pierwszy raz od dawna mogłam się jej bardziej uważnie przyglądać. Wcześniej tak tego nie postrzegałam, nie zwracałam na nią aż takiej uwagi. I chyba nie doceniałam. Było to dla mnie „normalne”. Tymczasem utracone i odzyskane po latach „normalne” stało się czymś niesamowitym. Wieczorna cisza przerywana czasem szczekaniem psa, niebo pełne gwiazd, kolorowe zachody słońca, zieleń i śpiew ptaków – niewypowiedziane bogactwo, które zawsze było tuż obok. Wtedy niedocenione, teraz – nieocenione.

Proces

Pierwsze tygodnie od powrotu na wieś zdominowały spotkania z przyjaciółkami i odkrywanie na nowo znajomej okolicy. Wkrótce potem nadszedł lockdown i czas na Poniemieckie.
Książka Karoliny Kuszyk towarzyszyła mi podczas narodowej kwarantanny, oswajania „nowego normalnego” i procesu akceptacji tego, kim jestem oraz tego, skąd pochodzę. Może to trochę niefortunne sformułowanie, być może zabrzmi patetycznie i banalnie, ale wszystko, co w tamtym czasie miało miejsce, było w jakiś sposób zwieńczeniem drogi, jaką musiałam przebyć, żeby zaakceptować to, kim jestem i skąd pochodzę. Historie z Poniemieckich, odświeżanie opowieści moich dziadków, oglądanie starych albumów, poznawanie na nowo znanych przecież (często poniemieckich) przedmiotów – wszystko to nagle złożyło się w całość, która przyniosła spokój i akceptację. Poczułam, że łączę się z przodkami.

Dom

Czy wyjazd z rodzinnej miejscowości był konieczny, by tego doświadczyć? Być może. Na pewno możliwość zamieszkania w różnych miejscach i poznawania innych kultur pozwoliły mi odkryć siebie, szczerze pokochać i docenić miejsce, w którym dorastałam, gdzie zaczęłam się kształtować, skąd wyniosłam wartości, które są dla mnie ważne do dzisiaj. Dało mi to niesamowite poczucie lekkości i uwolnienia od wcześniejszych rozterek, od wykorzenienia i obcości. Teraz dopiero naprawdę czuję, że wróciłam do domu. Dom był zawsze tam, gdzie w danym momencie mieszkałam i myślę, że dalej tak jest, ale po latach spędzonych poza domem rodzinnym i ostatecznym do niego powrotem, wszystko to nabrało zupełnie innego wymiaru. Dom pachnie ciastem – drożdżowym, z kruszonką i śliwkami. Dom to najpyszniejsza herbata zaparzona w tureckim czajniku. Dom to ciepło. Dom to dęby wokoło. Dom to ptaki, latem wyrywające ze snu o piątej nad ranem. Dom to miejsce, gdzie czujesz się bezpiecznie i swobodnie. Dom to akceptacja.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!