fbpx

Italia dla zielonych, czyli podróże kształcą

Pamiętam swoją pierwszą podróż do Włoch. Chwilę przed rozpoczynającymi się studiami postanowiłam odwiedzić krainę, którą znałam tylko z książek o historii sztuki. Moim głównym celem było zobaczyć katedrę w Orvieto, architekturę Florencji, Pinacotekę w Mediolanie i inne najważniejsze włoskie galerie i muzea. Jako przyszła studentka Akademii Sztuk Pięknych traktowałam ten wyjazd jak misję do zaliczenia. Moje wakacje trwały 3 tygodnie, a ja dowiedziałam się o Włoszech i o sobie zdecydowanie więcej, niż mogłabym przypuszczać. 

Często słyszę pytania od ludzi, czy nie szkoda mi pieniędzy i życia, by w kółko odwiedzać ten sam kraj. To tak, jakby zapytać szczęśliwie zakochaną osobę, jak może wytrzymać z jedną i tą samą partnerką/partnerem. Ja właśnie jestem tak do szaleństwa zakochana we Włoszech i za każdym razem, kiedy tam jestem, dowiaduję się czegoś nowego. 

To co innego czytać o czymś i oglądać na ilustracjach w książkach, a zobaczyć na żywo. Kiedy stanęłam pierwszy raz pod katedrą Santa Maria del Fiore we Florencji, zaskakująco wybuchłam płaczem. Nie mogłam się powstrzymać. Szlochałam nie ze smutku, a z podziwu. Okazało się, że jest taki termin jak „syndrom Stendhala” – to zespół reakcji na obserwowane dzieła sztuki. Mogą to być zawroty głowy, przyspieszone bicie serca, napięcie emocjonalne itp. Pojęcie to opracował historyk sztuki Stendhal, będąc właśnie we Florencji. I u mnie wszystko się zgadzało. Ogrom kompleksu jest zadziwiający. Kolory marmuru, którym pokryta jest katedra oraz wieża, świecą, drgają w promieniach słonecznych. Zachorowałam na sztukę Italii. Uzależniłam się od tego, że na każdym niemal rogu zachwycam się, wzdycham i ocieram oczy ze zdumienia nad pięknem. Ale pamiętam też mój zawód, kiedy zobaczyłam małych rozmiarów obrazy Botticellego ‒ wyobrażałam je sobie jako ogromne płótna. Nie mówię, że mi się nie podobały, ale w głowie miałam zdjęcia z podręczników ‒ okazały się nieco przekłamane i podkoloryzowane. Oczarowana doniosłością dzieła, płótno wyobrażałam sobie jako zdecydowanie większe. Również kolory oryginału, lekko zszarzałe, były dla mnie mocnym zderzeniem z rzeczywistością. Było mi nieco smutno, ale dzięki temu zrozumiałam, że obowiązkiem każdego, kto interesuje się sztuką czy kulturą, jest podróżowanie. Zdecydowanie, żeby zrozumieć pewne rzeczy, trzeba ich doświadczyć i zobaczyć na żywo. 

Żaden inny naród nie może pochwalić się tak olbrzymią liczbą artystów pochodzących z różnych dziedzin: malarzy, rzeźbiarzy, architektów, jak i uczonych, podróżników i odkrywców. Od najmłodszych lat spotykając się ze sztuką, spotykamy się z Italią. W podręcznikach do języka polskiego, WOK-u czy w książkach o historii sztuki. Przykłady włoskich dzieł mnożą się z każdym wiekiem. W małych miasteczkach takich jak Orvieto, Modena czy Cosenza znajdziemy więcej zabytków niż w jednym województwie w Polsce. Włochom zawdzięczamy operę, kalendarz gregoriański, okulary, fortepian, maszyny lotnicze, radio… Kiedy przyjedziemy do Italii po raz pierwszy, nie dziwnym jest to, że z zachwytu może zacząć boleć nas głowa. Tak zniewalająca spuścizna może oczarować każdego. 

Nie znam osoby, która nie zakochałaby się we Florencji czy zapomniała w Mediolanie. A osoby, które uważają, że Wenecja jest nudna i przereklamowana, uważam za zgrywusów. Nie ma takiego drugiego miejsca na świecie, które zostałoby wybudowane na lagunie. Wenecja to najpiękniejsze miasto północnych Włoch. I pomimo tego, że uwielbiam również inne miejsca, to żadna metropolia nie przebije Wenecji. Chociażby dlatego, że odbywa się tutaj jedna z najważniejszych imprez artystycznych na świecie, La Biennale di Venezia, które moja koleżanka raczy nazywać Wesołym Miasteczkiem dla artystów lub po prostu ludzi miłujących się w sztuce współczesnej. Wenecję odwiedzam regularnie. Spacery wąskimi uliczkami, lekko zatęchły zapach wody jest dla mnie odprężający. I chociaż Wenecja rok w rok przeżywa totalnie oblężenie turystów (szczególnie w lipcu bywa tłoczno), kocham ją najmocniej. To królowa, którą trzeba odwiedzić chociażby raz w życiu. Wszystkim, którzy wybierają się do Włoch, polecam na początek odwiedzić Wenecję. Potem może być już tylko lepiej, mniej ludzi na uliczkach, ale podobnie dużo wrażeń dla zmysłów. A Italię zwiedza się wszystkimi zmysłami. Wzrok śledzi architekturę i krajobrazy, słuch skupia się na hipnotyzującym szumie wiatru lub wiecznie rozmawiających ludzi, węch szuka drogi do talerza ze wspaniałym makaronem utopionym w sosie ze świeżych pomidorów, tak słodkich, że kubki smakowe grają hymny narodowe. 

Italia to nie tylko to, co z podręczników i rycin. Będąc we Włoszech kolejny raz, można szybko zauważyć, że pod kulturowym bogactwem kryją się równie piękni ludzie, dla których dziedzictwo narodowe to nie tylko okazałe katedry, kościoły, muzea i pałace. We Włoszech ogromną część życia poświęca się na odpoczynek i dobre jedzenie. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że Włochy to nie kierunek dla wegan. Jest ono nieprawdziwe ‒ jako mentalna Włoszka, italoholiczka, która od ponad 10 lat regularnie nawiedza Włochy, wciąż nie mogę zrozumieć, kto rozsiewa taką nieprawdziwą plotkę. Jestem pewna, że to osoby, które nigdy nie były w zielonej Italii. 

Kuchnia włoska ma długą historię. Każdy region, nawet prowincja, słynie z własnych przepisów. Są też potrawy takie jak spaghetti i pizza, które zna cały świat. Włoską kuchnię się kocha, a jej magicznymi składkami są świeże, dobrej jakości produkty i miłość, jaką Włosi darzą jedzenie. Smaki kuchni włoskiej są uniwersalne, przyprawy znane, a połączeniom smakowym daleko do kontrowersji. Nie poznałam narodu, który kochałaby jeść tak, jak robią to Włosi. Ich miłość do dobrego jedzenia jest głośna i szczera. A jeśli chociaż w połowie podziela się to uczucie do jedzenia, to nie ma możliwości, by nie zostać nakarmionym przez Włocha, nawet jeśli jest się weganinem.

Kuchnia włoska to w końcu głównie warzywa. Stąd pochodzi przecież ziemniak, pomidory, cukinia czy bakłażan. Włochom zawdzięczamy również ciecierzycę i sporo innych grochów (które przywieźli do Europy Arabowie). Oczywiście ich kuchnia bywa mięsna (a która nie jest?!), ale w swojej tradycji Italia posiada sporo przepisów, które naturalnie są wegańskie, tylko po prostu nikt ich takimi nie nazywa. Obecnie wraz z popularnością diet eliminujących, półki sklepowe zapełniają się produktami przeznaczonymi dla wegan. Zainteresowanie roślinnymi alternatywami typowych produktów zaczęło się tu zapewne nieco wcześniej niż w Polsce. Kiedy byłam we Włoszech pierwszy raz, nie miałam problemu ze znalezieniem mleka sojowego, tofu a nawet wegańskich lodów, podczas gdy w Polsce te produkty dalej były rzadkością.

Włochy to mało oryginalny kierunek. Jestem tego świadoma. Włochy są jak przysłowiowa zupa pomidorowa ‒ wszyscy ją kochają. Teraz zwiedza się dziką odległą Azję i oryginalne zakamarki Indii, a za sprawą programów telewizyjnych wzrasta zainteresowanie Ameryką Południową. Podróżowanie jest dobre, bywa lekcją, ale zdecydowanie powinno być przyjemnością. Warto znaleźć swoje miejsce na ziemi lub szukać go. To niekoniecznie musi być szerokość geograficzna, w której aktualnie się mieszka. Ja mam Italię, która okazała się dla mnie idealna ‒ pełna przepychu i piękna, ale również szczerości. To tutaj chcę wracać i odpoczywać. Już dawno sprzedałam swoją miłość za filiżankę gęstej włoskiej kawy i kawałek pizzy marinary. Nie jest mi wstyd! Kocham Italię całym swoim zielonym sercem. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!