fbpx

Jak czytać więcej książek?

Wywiad z Madzią z @ms.lenkas

Nie jest tajemnicą, że czytanie uszlachetnia, buduje charakter i poszerza nasze rozumienie świata. Ta pasywna rozrywka pomaga nam poznać naszą własną osobowość. Czytanie ma szerokie korzyści dla zdrowia, ponieważ rozumienie szeregu perspektyw i motywacji z książkowych opowieści pozwala nam na rozwijanie naszej inteligencji emocjonalnej, a utrzymanie aktywności mózgu może nawet pomóc opóźnić wystąpienie niektórych chorób, jak np. demencji. Więc chociaż naszą główną motywacją do przewracania stron może być ucieczka i relaks, w rzeczywistości cały czas się czegoś uczymy i stymulujemy neurony! Czytając, tworzymy mentalne symulacje ludzi, widoków i dźwięków, łącząc je z naszymi własnymi wspomnieniami i doświadczeniami, a to świetna pożywka dla naszych ścieżek neuronowych. Jednak jeśli wszystko brzmi tak dobrze, to dlaczego tak trudno nam czytać więcej książek?

Żyjemy w czasach, w których możemy spędzać całe godziny w internecie. Nasze mózgi operują na wysokich obrotach, trawiąc informacje szybko i w dużych ilościach. Jak narkotyku potrzebujemy kolejnej dawki informacji, grafiki, łatwych w zdobyciu doznań. Wertujemy, scrollujemy, przeglądamy. Tempo jest niewiarygodne i, jak nietrudno się dziwić, nie potrafimy się wyłączyć, mamy trudności ze skupieniem się nad jedną rzeczą.

Moim gościem jest dzisiaj zapalona czytelniczka, instagramerka, propagatorka słowa pisanego, która zabierze nas między swoje regały i pomoże obudzić w nas prawdziwego pożeracza książek – Madzia z profilu @ms.lenkas. Czy siedzicie wygodnie? Dowiedzmy się, jak czytać więcej książek!

Ania Rodriguez Majek: Zacznijmy od tego ile Ty w ogóle czytasz!

Madzia: Ile wlezie! Czytanie jest moją ulubioną rozrywką i przedkładam je ponad filmy, seriale i spotkania towarzyskie (oprócz towarzystwa narzeczonego). Jestem introwertykiem, zatem przychodzi mi to z łatwością i nieskrywaną przyjemnością. Kiedy byłam młodsza, wzbudzałam zdziwienie ciotecznego rodzeństwa tym, że czytam W WAKACJE! Bo jakże to tak? Wystarczy, że trzeba czytać w roku szkolnym! (śmiech)

Ale też od razu zaznaczam, że nie podam ci konkretnej ilości przeczytanych książek, bo nigdy ich nie liczę, co więcej: kompletnie nie rozumiem osób, które czynią sobie założenie, że przeczytają tyle i tyle w danym miesiącu czy roku. Po co narzucać sobie normy jak stachanowcy? To ma być przyjemność, a nie zmuszanie, bo trzeba się zmieścić w widełkach do konkretnej daty.

Każdemu zdarza się mieć przestoje, kiedy ochota na czytanie nieco słabnie, to zupełnie normalne zjawisko. Sama doświadczam go od czasu do czasu i nie należy mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Potem głód słowa wraca i napadam na książki z dziką przyjemnością. Apeluję: żadnych norm i limitów w czytelnictwie! (śmiech)

AR: Twój profil instagramowy wyodrębnia się kompletnym brakiem hasztagów i brakiem selfies, a jednak stał się fantastycznym zbiorowiskiem paru tysięcy miłośników książki, którzy nie stronią od aktywnego dzielenia się opiniami, ciekawymi książkowymi spostrzeżeniami. Można by rzec, że otworzyłaś chcący/niechcący taki niewielki “ośrodek czytelniczy”, gdzie liczy się tylko jakościowa wymiana zdań wokół pozycji literackich! Co skłoniło Cię do założenia profilu @ms.lenkas?

M: Prawda o moim “ośrodku czytelniczym” jest bardzo przyziemna. Zdecydował przypadek i nie od razu chodziło o książki. Po przeprowadzce z miasta na Mazury uznałam, że aby nie oszaleć i nie stracić motywacji do biegania, założę profil na Instagramie. Wówczas podglądałam sporo biegających osób, ale każdorazowe wyszukiwanie ich przez przeglądarkę było uciążliwe, stąd decyzja, że wyjdę z serwerowego cienia i będę podglądać jawnie. Tylko po to był ten profil i wrzucałam byle co, aby było, żeby nikt nie pomyślał, że jestem sztucznym tworem i nie warto się ze mną zadawać. W pewnym momencie zaczęłam pokazywać książki, które czytam. Najpierw “z pewną taką nieśmiałością”, z krótką, jednozdaniową informacją. Stopniowo takich wpisów było coraz więcej, a ja zaczęłam być coraz odważniejsza (śmiech). Pisałam obszerniej, chętniej i z zaskoczeniem stwierdziłam, że ludzie przychodzą poczytać, a nawet na moje wpisy czekają. Okazało się także, że podoba im się mój specyficzny, “madziowy”, jak go nazywam, styl, taki pół żartem, pół serio, który jest recenzją, a zarazem swoistą zabawą słowem. Zdarza mi się dostawać prywatne wiadomości z pytaniem: “kiedy następna recenzja?”, bo od kilku dni nic nie opublikowałam. To jedna z największych niespodzianek, jaka mnie spotkała. Druga to ta, że z okazji np. świąt dostaję prośby o polecenie książki na prezent dla nauczycielki, żony, męża etc. Zawsze przy takich wiadomościach puls mi przyspiesza, bo to sygnał, że warto pisać.

W bio mojego profilu od samego początku stoi: “no hashtag” i “no selfies”. Hasztagi nie były i nadal nie są mi do niczego potrzebne. Nie mam parcia na tysiące obserwujących czy status wpływowej bookstagramerki. Poza tym, jak pewnie zauważyłaś, moje recenzje są obszerne, wykorzystuję wszystkie znaki, często muszę ciąć tekst, żeby się zmieścił. Nie ma już miejsca na hasztagi, a na produkowanie ich w komentarzu jestem za leniwa (śmiech). A poważnie: zależy mi na tych, którzy przychodzą i dzielą się swoimi opiniami czy wrażeniami, nie tylko o książkach. Poznajemy się, wymieniamy prywatne wiadomości, a z czasem wysyłamy kartki i listy (takie prawdziwe, papierowe), drobiazgi z okazji urodzin czy świąt. To jest coś wyjątkowego, bo nagle wirtualny świat przechodzi do realu. A selfie… Na moim profilu rządzą książki….i koty (śmiech). One robią mi reklamę “twarzą”.

AR: OK, a więc wróćmy do Twoich przyzwyczajeń czytelniczych. Czy ma dla Ciebie znaczenie kto napisał daną książkę? Sprawdzasz informacje o autorze?

M: To złożona sprawa. Mam sprawdzonych autorów, szczególnie kryminałów, po których mogę sięgnąć w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Ich poglądy mnie nie interesują, wiek i płeć też nie, bardziej ciekawi mnie to, co robią zawodowo i jak się zaczęła ich przygoda z pisaniem. Dotyczy to zarówno tych, którzy potrafią mnie zafascynować stworzoną fabułą, jak i tych, przy twórczości których macki mi opadają. Z tym, że wtedy sprawdzam także, kto to zredagował i wypuścił w świat (śmiech).

Jørn Lier Horst był policjantem, co niewątpliwie pomogło mu stworzyć postać świetnego detektywa Wiliama Wistinga i tak pleść fabułę, że każdy kolejny tytuł czyta się z zapartym tchem. Jednak równie dobre kryminały tworzy Håkan Nesser, który był nauczycielem w gimnazjum i ze zbrodnią nie miał do czynienia. Wojciech Chmielarz jest dziennikarzem, podobnie jak Robert Małecki, który dodatkowo para się filozofią i politologią. Obydwaj piszą świetnie i należą do moich ulubionych rodzimych “kryminalistów”.

Jak wiesz, uwielbiam literaturę górską i wszelkiej maści biografie. W tym przypadku bardzo liczy się, kim jest autor. Czy napisał biografię himalaisty tylko dlatego, że złapał temat jako pierwszy i choć nie ma wielkiego pojęcia o wspinaniu, to się uparł i popełnił dzieło? Czy też jest to osoba, która w tematyce siedzi od lat i wiadomo, że wie, o czym pisze?

AR: Pamiętam, jak pierwszy raz przeczytałam biografię Marii Callas (Alonso Signorini), i była ona tak dobrze napisana, że tygodniami, zainspirowana, odkrywałam o niej nowe ciekawostki, połączenia historyczne, fotografie. Chciałam wiedzieć, jak “wyglądało” jej życie, po moim wcześniejszym “wyobrażeniu” go sobie z książki!

M: Ogromnie szanuję tych, którzy potrafią zachować obiektywizm podczas pisania biografii. To szalenie trudne, bowiem zgłębiając “życie i twórczość” swojego bohatera, łatwo się nim zafascynować, współczuć mu lub podziwiać. Niestety, słabo później wypada w książce. Dobrym przykładem jest biografia Heleny Rubinstein pióra Michele Fitoussi. Autorka snuje opowieść na wzór niemalże beletrystyki, prowadząc narrację w czasie teraźniejszym, za czym nie przepadam, ale czemu daję radę. Jednak tę książkę dyskwalifikuje fakt, że Fitoussi była tak zafascynowana Madame, iż napisała tę biografię na kolanach. To wspaniała laurka, wręcz pomnik. Cóż, nie podoba mi się i nie polecam. Ale, dla równowagi, muszę rekomendować coś wartościowego: biografię Artura Hajzera “Droga Słonia” pióra Bartka Dobrocha, “Stryjeńska. Diabli nadali” Angeliki Kuźniak, “Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej.

AR: Uwielbiam! 

M: Oraz ostatnio przeze mnie przeczytaną biografię Andrzeja Żuławskiego “Szaman”, napisaną przez Aleksandrę Szarłat. Po resztę zapraszam do mnie!

AR: Jak dla mnie świetne propozycje. Ale powiedz, jak polubić czytanie? 

M: Myślę, że najpierw trzeba dojść do tego, jaki gatunek literacki się lubi. Aby to stwierdzić, należy próbować, testować, szukać. Tu może pomóc biblioteka, żeby nie kupować na darmo i potem nie żałować. Ja w ten sposób dowiedziałam się, że nie daję rady tzw. “literaturze kobiecej”, sci-fi, komiksom oraz fantasy. Ale próbowałam dzielnie! Jednak za każdym podejściem swędziały mnie dziąsła, co było ostatecznym dowodem na to, że się nie polubimy.

AR: Czyli co, domęczamy czy rzucamy słabe książki? Wałkujesz coś czasem do bólu z respektu dla autora?

M: Zalecam porzucenie. Absolutnie! “Życie jest za krótkie, by czytać słabe książki” napisał Artur Schopenhauer i ja się z nim zgadzam.

Stosuję metodę “na separację”. Jeśli zaczynam czytać i mi nie idzie, to odkładam książkę na jakiś czas. Po kilku dniach/tygodniach daję jej drugą szansę, otwieram tam, gdzie skończyłam i sprawdzam, czy to była chwilowa niechęć czy jednak nie jest to dzieło dla mnie. Jeśli nadal jest to droga przez mękę, to się rozchodzimy na zawsze. Jest tyle fantastycznych książek do przeczytania, które spoglądają na mnie z mojej Szafy Hańby, że naprawdę nie warto się męczyć i tracić czas.

AR: Jakie jest Twoje ulubione miejsce i pora na czytanie? Czy warto mieć jakieś rytuały czytelnicze?

M: Ja mam wieczorny, zawsze czytam przed snem, w łóżku. Nie wyobrażam sobie podróży bez książki, zawsze mi towarzyszy. Jednak uczciwie muszę przyznać, że jeśli trafia mi się wciągająca książka, to porzucam świat i nie ma mnie, dopóki nie skończę. Dlatego też, jeśli mam przeczucie, że tak się stanie, bo kupiłam swojego ulubionego autora, to wolę poczekać do weekendu i oddać się lekturze. Nie muszę się odrywać od pracy czy innych rozpraszających obowiązków. Czytam też przy jedzeniu, co jest uznawane za nieeleganckie, jednak zupełnie się tym nie przejmuję. Na szczęście nie jestem następczynią tronu i mogę sobie na to pozwolić (śmiech).

AR: Masz jakieś złote wskazówki dla ludzi, którzy chcieliby więcej czytać, ale nie mogą się zebrać, skupić albo znaleźć czasu? 

M: Jest takie powiedzenie: chcieć to móc. I o ile w pewnych dziedzinach życia można podważać jego słuszność, o tyle w czytaniu się sprawdza. Jeśli jest książka, która cię intryguje, na którą czekałaś, to nie ma możliwości, żebyś nie mogła się zebrać! Możesz nie odkurzyć, nie umyć okien, nie upiec ciasta, ale książkę przeczytasz, to siła wyższa czytelnicza. Widzę na Instagramie, że na czytanie znajdują czas lekarze, matki z małymi i dużymi dziećmi, pracownicy i pracodawcy. Warunek jest jeden: musisz chcieć. Jeśli ci się nie chce, to znaczy, że to nie jest TA książka.

Jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z czytaniem, to powinien zaczynać od książek, które go przyciągają bardziej niż czekolada. Z czasem czytanie staje się nałogiem, wypracowuje się własne rytuały i nagle okazuje się, że nie wyobrażasz sobie dnia bez choćby kilku stron.

AR: A czytanie kilku książek naraz? Polecasz?

M: Może się zdarzyć, że nauczysz się czytać kilka książek naraz. Ja tak właśnie mam. W zależności od nastroju i potrzeby sięgam albo po coś lżejszego, w celu “odmóżdżenia” po ciężkim dniu (tu polecam kryminały), lub po tytuł, który mnie zaintryguje lub podrapie po duszy (literatura faktu, biografie, reportaże oraz powieści cięższego kalibru, np. Jakuba Małeckiego). Ale mam też swoje usypiacze, które nazywam Półkownikami. Stoją na półce obok łóżka, pod ręką, w razie, gdybym potrzebowała środka nasennego.

AR: Czyli książki jako narzędzie do dobrej higieny snu!

M: Taki “Moby Dick” jest lepszy niż melatonina. Opowieść o zmaganiach z kaszalotem i szczegółowe opisy różnych gatunków wielorybów potrafią ululać mnie bardzo szybko. Podobnie działa “Stara baśń” Kraszewskiego i “Boska komedia” Alighieri czy “Nietota” Micińskiego. Ciężka i nużąca to przeprawa, przypominająca tureckie kazanie, ale takie nudne książki są potrzebne właśnie po to, by po przeczytaniu kilku stron usnąć jak niemowlę.

AR: Zatem podsumowując, jeśli jest jedna rada dla chcących czytać więcej – od czego mają zacząć?

M: Powtórzę się, ale uważam, że znalezienie swojego gatunku to klucz do zwiększenia ilości przeczytanych książek. Wtedy chce się więcej i częściej i tupta się niecierpliwie w oczekiwaniu, kiedy nasz ulubiony autor coś napisze oraz pogania się go w myślach. Poza tym – po prostu trzeba to lubić, a nie udawać, że się lubi, bo wypada coś wrzucić na social media. Wtedy dzieje się to naturalnie, bez znajdowania sposobów.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!