fbpx

Jak nie przekonałam ludzi do less waste

Wszystko zaczęło się od mojej mamy. To ona zaczęła całą przygodę z zero waste, zamieniając jeden główny kosz na kilka mniejszych przeznaczonych do segregacji poszczególnych śmieci. Potem weszło nam to w nawyk. Następna byłam ja, po kilku latach wchodząc już całkowicie w świat niemarnowania i dbania o środowisko. Wtedy też uczeń przerósł mistrza w niektórych kwestiach, bo to ja po wielu miesiącach używania przez moją mamę plastikowych słomek powiedziałam koniec i sprezentowałam jej zestaw słomek bambusowych razem z mini szczoteczką do czyszczenia. Od tamtego momentu używa tylko takich – ku uldze wszystkich (no dobra, ku mojej uldze).

Inaczej układa się sytuacja z moim tatą. Od kiedy zaczęłyśmy w domu całe to „szaleństwo” niemarnowania, każdego dnia próbowałyśmy go tym zarazić. Bezskutecznie. Nadal słyszę przed każdym wyjściem na zakupy krzyk mojej mamy “Weź torby z domu!”, podczas gdy tata próbuje zamknąć drzwi na tyle szybko, by mógł udawać, że tego nie słyszy. Były prośby, krzyki i groźby (“A spróbuj mi znowu wrócić z jednorazową siatką”)! Zazwyczaj wszystkie próby przekonania go idą na marne. Nadal kupuje wodę w plastikowych butelkach (nie pije ani wody z kranu, ani z dzbanka filtrującego), bierze w sklepach torby sprzed kasy (chociaż czasem bierze takie bardziej „eko” zamiast tych plastikowych – doceniam próbę) czy kupuje ubrania w sieciówkach. Jedyne, do czego udało nam się go przekonać, to segregacja śmieci (choć nadal zdarza się nam przekładać coś ze złego kosza do prawidłowego, ale z drugiej strony – kto z nas czasem się nie myli). I tyle. Tylko tyle albo i aż. Bo z jednej strony nie podoba mi się to, że ktoś nie chce dbać o środowisko – to przecież nie zajmuje więcej czasu, czasem wręcz się oszczędza (zostając przy temacie reklamówek – w sklepie trzeba za nie dopłacać, czyli marnuje się pieniądze; nie są one też zbyt dobrej jakości, więc często się dziurawią lub urywają i trzeba zbierać zakupy z chodnika lub wracać do sklepu kupić nowe jajka; takie sklepowe reklamówki są też mniejsze niż torby płócienne, więc trzeba wziąć ich więcej i tak dalej). Co za problem nalać sobie wodę z kranu, zamiast przynosić ze sklepu kilka zgrzewek dokładnie takiej samej wody, tylko w butelce? Z drugiej strony, doceniam każdy mały krok w stronę ochrony naszej planety, zarówno swój, jak i ludzi dookoła mnie. Myślę też, że skoro jedna osoba w mieszkaniu robi dużo na rzecz planety, to nawet jeśli druga robi niewiele, to finalnie jako rodzina i tak robią całkiem sporo. Prawda?

Do zmiany nastawienia nie przekona się kogoś na siłę. To zasada, która sprawdza się zarówno przy filozofii less waste, jak i ogólnie w życiu. Możemy krzyczeć, płakać, grozić i obiecywać, ale jeśli ktoś nie będzie chciał zmienić swojego życia, to go nie zmieni. A my, jako osoby postronne, mamy na to wszystko niewielki wpływ. Jest taki żart o psychologach – ilu psychologów potrzeba, by zmienić żarówkę? Jednego, ale żarówka musi chcieć się zmienić. I jest w nim trochę prawdy. Myślę, że niektórzy ludzie mogą nie chcieć zmienić swojego postępowania względem planety tylko dlatego, że czują zbyt wielką presję, by to zrobić. Ile razy, gdy ktoś nam coś kazał, chcieliśmy zrobić na przekór, niezależnie od tego, czy to było mądre czy nie? Dlatego pierwsza i najważniejsza zasada nakłonienia kogoś do bycia less waste powinna brzmieć – nie nakłaniaj go do tego.

Ilu psychologów potrzeba, by zmienić żarówkę?

Jednego, ale żarówka musi chcieć się zmienić

No dobra. Skłamałabym, gdybym utrzymywała, że całkowicie akceptuję zachowania ludzi, którzy nie dbają o środowisko. Mimo że wiem, że nie powinnam, czasem nie potrafię powstrzymać się od komentarza. Zdarzyło mi się zwrócić komuś uwagę w sklepie, że pakuje jedną gruszkę do osobnej reklamówki. Faceci, z którymi się spotykałam, otrzymywali ode mnie na starcie ogromnego minusa, jeśli kwestionowali zasady dbania o środowisko. Mówię też głośno, co sądzę na temat jeżdżenia samochodem do sklepu, który znajduje się dwie ulice dalej. Moi znajomi już przyzwyczaili się (tak mi się wydaje) do wymownych spojrzeń na plastikową słomkę i małą wodę kupioną w sklepie. Chociaż staram się tego nie robić, czasami to silniejsze ode mnie. Ale dobrze wiem, że moje narzekanie nie skutkuje niczym więcej, poza złością znajomych. Usłyszałam też parę razy jakieś szepty o „eko wariatce”.

Jak więc nakłonić drugą stronę do zmian? Poprzez dobry przykład. Ale ostrzegam – może to trwać miesiącami, a czasem i latami. Myślę jednak, że jest to tego warte. Zamiast wyrzucać komuś, że źle postępuje, pokażmy mu, co my robimy i jak nam z tym wygodnie. Na przykład butelka filtrująca – mam ją przy sobie zawsze i wszędzie. Wiele razy okazała się zbawieniem również dla moich znajomych podczas wycieczki, gdy im skończyła się woda w plastikowych butelkach (albo, co gorsze, zapomnieli kupić lub nie było po drodze żadnego sklepu), a ja mogłam dolać ją sobie z jakiegokolwiek kranu bez większych obaw. Jedna z moich przyjaciółek dostała ode mnie taką butelkę na urodziny. Z prośbą, żeby spróbowała, czy nie będzie jej tak wygodniej, jednak bez przymusu używania. Teraz nie wyobraża sobie bez niej życia. Druga przyjaciółka kupiła ją sobie sama po kilku takich podróżach, podczas których ratowałam ją swoją wodą.

Ludziom łatwiej jest też zrobić coś, co robi ktoś inny. Jeśli zobaczą, że ty segregujesz śmieci i robisz to bez wstydu – możliwe, że też zaczną to robić. Gdyby mieli robić to sami i być jedyni w okolicy, pewnie byłoby im wstyd, martwiliby się, co ludzie powiedzą. Biorąc z kogoś przykład, prościej jest wytworzyć w sobie nawyk. Nawet na siłownię łatwiej się zebrać, mając świadomość, że idziesz z koleżanką (i nie chcesz jej zawieść). Gdybym miała pójść sama, znalazłabym jeszcze sto wymówek, by tego nie robić.

Przeczytałam też gdzieś, że dużo zależy od komunikatów, jakie przekazujemy społeczeństwu. Ludzie przyjmują pozycję obronną, gdy mówimy im: Zrobiłeś coś źle, znowu nie posegregowałeś śmieci, dlaczego myjesz zęby plastikową szczoteczką, jesteś taki nieodpowiedzialny! Lepiej zmienić przekaz na taki od siebie, mówiąc: Kupiłam sobie ostatnio szczoteczkę bambusową, jest tak samo wygodna w użyciu jak ta plastikowa, a lepiej się czuję, ze świadomością, że jej używam. Znalazłam ją na promocji, więc zapłaciłam nawet mniej niż za normalną. Jeśli chcemy kogoś przekonać, nie pokazujmy mu złych stron tego, co robi, tylko dobre strony tego, co mógłby robić (na przykład jakie korzyści dla organizmu ma dieta oparta na produktach roślinnych, kupowanych u lokalnych dostawców).

Nie każdego da się przekonać i musimy się z tym pogodzić. Z drugiej strony, czasem można zrozumieć takich ludzi choć trochę – sama też miewam kryzysy w swoim życiu less waste (o czym pisałam w zeszłym miesiącu) i zastanawiam się, czy nie byłoby łatwiej bez tych zasad. Ale wiem, że nie byłoby łatwiej i że czułabym się źle. Dlatego staram się z całych sił. Za siebie i za tych ludzi, którzy nie chcą zmienić swoich zasad. Najważniejsze jest to, że ktoś się stara. Może próbował przejść na dietę wegańską, ale stwierdził, że to nie dla niego? Próbował szamponu w kostce, ale taka forma do niego nie przemówiła? Może nie ma zaufania do domowych detergentów, ale za to kupuje sery i przyprawy do swoich pojemników? Doceniajmy każdą próbę drugiej strony i każdy mały krok. Pochwałami możemy zdziałać najwięcej. A przede wszystkim – nie psujmy sobie relacji kłótniami o środowisko. Najważniejszy jest przecież drugi człowiek. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!