fbpx

Minimalizm i wiosenne porządki, czyli ze skrajności w skrajność

Niecierpliwie czekam na wiosnę. Ta pora roku dodaje mi energii i motywacji do działania, szczególnie po tegorocznym styczniu, który – jak się wydawało – trwał mniej więcej pół roku. W końcu słoneczne dni są coraz częstsze, a ja postanowiłam zabrać się za oczyszczenie przestrzeni, która mnie otacza. Wiosenne porządki to wdzięczny temat. Dobrze jest zwolnić miejsce w szafie, chowając grube, puchowe kurtki czy swetry i wyciągnąć letnie sukienki. Więcej pustej przestrzeni to również okazja na nowe ubrania, które ze sklepowych manekinów kuszą krojami i kolorami. I ja regularnie wpadałam w manię sprzątania tylko po to, by popędzić do centrum handlowego i wrócić z kilkoma, najczęściej plastikowymi (sic!), torbami wypełnionymi nowymi ubraniami takiej jakości, że przeżyły maksymalnie jeden sezon. Konsumpcjonizm pełną parą. Wiele z tych ubrań nadal leży na dnie szafy i gdy przypadkiem na nie natrafię, zastanawiam się, dlaczego przyszło mi kiedykolwiek do głowy, że będę w nich dobrze wyglądać.

W tym roku, jako coraz bardziej świadoma mieszkanka naszej planety, wkręcona w filozofię less waste, postanowiłam podejść do wiosennych porządków w zupełnie inny sposób. Ostatnio sporo naczytałam się o minimalizmie. Zainspirowana tym sposobem myślenia postanowiłam i swoje mieszkanie przekształcić w takie z większą ilością wolnej przestrzeni. Przy okazji, mniej przedmiotów oznacza mniej sprzątania w przyszłości, a także mniejsze zbiorowisko kurzu. Same pozytywy! Czy cokolwiek może pójść nie tak?

Przede wszystkim wiedziałam, że takie generalne sprzątanie zajmie mi sporo czasu. Zazwyczaj poświęcałam temu jeden dzień, a i tak pod koniec byłam już znudzona i zmęczona, więc wrzucałam resztę nieprzejrzanych rzeczy do szafy z zamiarem zrobienia tego kiedy indziej (jak łatwo się domyślić, „kiedy indziej” nie nadchodziło aż do następnej wiosny). Tym razem zarezerwowałam sobie kilka wieczorów z rzędu. Po rozpisaniu planu działania pełna motywacji zabrałam się do pracy. Na początku szło bardzo dobrze. W kwestii ubrań byłam bezwzględna. Bluzka, którą kupiłam trzy lata temu i nigdy nie założyłam – na sprzedaż. Za małe spodnie, w które nadal mam nadzieję kiedyś się zmieścić (która z nas nie trzyma takich w szafie?) – również. Dziurawy szal, rozciągnięte dresy, które wstyd założyć nawet w domu, pięć jednakowych swetrów – wszystko kładłam na stos rzeczy do oddania. Po tak restrykcyjnym przeglądzie szafy miałam cztery worki wypełnione ubraniami, którym dam nowe życie – oddam znajomym lub sprzedam. Na półkach zapanował porządek, a zamiast kolorowego nieładu wyklarował się mój styl. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę chodzę tylko w kilku ulubionych T-shirtach dobrej jakości i mogę się pozbyć tych kupionych w sieciówkach, a krótkich spodenek nie założyłam od pięciu lat, chociaż mam siedem par.

Gorzej było, gdy przyszło do porządkowania szuflad pełnych drobiazgów i rzeczy, które „kiedyś się przydadzą”. Długo walczyłam ze sobą, by pozbyć się wielu do połowy zapisanych zeszytów jeszcze z czasów podstawówki. Od zawsze oszukuję się, że w duchu niemarnowania zapiszę je do końca, ale nigdy tego nie zrobiłam – kto by chciał notować w ledwo trzymających się okładki, zapisanych do połowy dyktandami z polskiego zeszytach? Nie wiem też, po co trzymałam kilkanaście niewypełnionych kalendarzy z ubiegłych lat. A mimo to czułam do tego wszystkiego jakiś niezrozumiały sentyment. Tak jak do nie do końca udanych prezentów urodzinowych schowanych na dnie szafy czy płyt zespołów, których słuchałam, gdy byłam nastolatką, a teraz czuję wstyd, gdy wyciągam je z pudła. Z biblioteczką poszło o wiele łatwiej – zostały na niej jedynie te pozycje, które wnoszą coś do życia, czegoś uczą lub czytałam je już więcej niż jeden raz i chętnie przeczytam ponownie (a także kilka moich guilty pleasures, do których chyba nigdy nie przyznam się publicznie).

Po tygodniu pełnym segregowania, wahania się, odkrywania dawno zapomnianych przedmiotów skończyłam wiosenne porządki! Niechciane rzeczy wystawiłam na różne grupy na Facebooku, aukcje internetowe, a także odniosłam między innymi do biblioteki. Moje mieszkanie stało się bardziej przestronne i czystsze. Człowiek od razu czuł się w nim lepiej. Byłam z siebie naprawdę dumna. Jeszcze nigdy nie zrobiłam takiego generalnego sprzątania i nie zbliżyłam się tak bardzo do bycia minimalistką, dbającą o planetę i powstrzymującą konsumpcjonizm. Cel osiągnięty.

Problemy zaczęły się kilka dni później. Skończył mi się peeling do ciała. Pozbyłam się całego zapasu, ponieważ postanowiłam, że będę robiła kosmetyki domowymi sposobami. Nie miałam na to czasu przez kolejne kilka tygodni, więc rozczarowana musiałam wybrać się na spacer do drogerii. Po jakimś czasie zrozumiałam też, że do kilku bluzek pasują jedynie czarne spodnie, a oddałam je przekonana, że nie chodzę w nich wcale. Noc przed egzaminem okazało się również, że nie mam żadnej koszuli, by ubrać się stosownie do okoliczności, a dzień zapowiadał się na zbyt zimny, by zakładać sukienkę. Co jakiś czas kolejne drobiazgi pokazywały mi, że nie do końca przemyślałam zabieranie się za bycie minimalistką. Zamiast odłożyć ubrania, co do których nie jestem pewna, na bok i dać sobie jeszcze kilka miesięcy na sprawdzenie, czy na pewno nie będę w nich chodzić, oddałam wszystkie, po czym zaczęłam żałować. Powinnam zostawić sobie też jakikolwiek pusty zeszyt, bo okazało się, że i tak musiałam kupić w sklepie nowy, by mieć na notatki. A podczas wyprawiania imprezy urodzinowej zrozumiałam, że zostawienie sobie jedynie trzech ulubionych kubków nie było najlepszym pomysłem i powinnam mieć ich więcej na awaryjne sytuacje. Nagle okazało się, że musiałam na nowo dokupić wiele przedmiotów, które przecież miałam wcześniej w mieszkaniu.

Chciałam zostać minimalistką, ale zamiast robić to z głową, na siłę ograniczyłam ilość przedmiotów do niezbędnego minimum. Oczywiście, że mogłabym spędzić życie, posiadając jedynie tyle rzeczy, ile zmieści się w plecaku, ale kto ma na to ochotę? Lubimy czasem kupić sobie ładną świeczkę i zapalać ją od święta, albo mieć w szafce dwadzieścia talerzy, choć na co dzień używamy tylko czterech, bo wiemy, że kilka razy do roku będzie nam potrzebna właśnie taka ich ilość. Wiele z tych przedmiotów można pożyczać okazyjnie od rodziny czy znajomych i to też jest jakieś wyjście. Ale skoro już je mamy, to nie pozbywajmy się ich w manii minimalizmu. W tym wszystkim chodzi o niemarnowanie tego, co mamy i oddanie (a nie wyrzucanie – to też ważne, by dać przedmiotom drugi dom) rzeczy, których naprawdę nie używamy, bo w manii sprzątania wydaje się czasem, że nie potrzebujemy niczego. Wszystko trzeba robić z głową. Nadal muszę sobie przypominać, że filozofia less waste i minimalizm są wspaniałe, tylko nie można popadać ze skrajności w skrajność. Bo przynosi to efekty przeciwne do zamierzonych. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!