Mój chłopak się żeni!

Mój chłopak się żeni! Właściwie to już się ożenił i to nawet nie był mój chłopak, ale to pierwsza i zapewne najgłupsza myśl, jaka przyszła mi wtedy do głowy. Zaraz po tym był okrzyk radości, a trzy sekundy później: a niech to!, bo przegrałam wyścig z czasem.

Parę lat temu założyłam się z kolegą o to, kto pierwszy wypowie sakramentalne „TAK”. I tak na dobrą sprawę zapomniałabym o tym szczeniackim zakładzie, gdyby nie SMS z USA: „Popełniłem małżeństwo, kara: dożywocie!”.

Odpisałam, że szybki ślub w Vegas się nie liczy. I niech nie żartuje, bo przebrany za Elvisa Presleya facet nie może przecież udzielać tak ważnego sakramentu! Nie żartował. Ślub był w Polsce, z prawdziwym księdzem, pierścionkiem i całusem. Pogratulowałam i zażartowałam, że ja ciągle czekam w kolejce na przydziałowego księcia na białym koniu, bo do tej pory trafiali mi się jacyś kompletnie nie z mojej bajki.

Tomek miał ten komfort, że od tej pory mógł żyć „długo i szczęśliwie” i miał to na piśmie. Farciarz. Ja tymczasem, żeby nieco pomóc losowi, dla zabawy, zrobiłam jeden z tych testów z serii: poznaj swoją datę ślubu. Wiem, że to pachnie desperacją na kilometr, ale wynik był dość zaskakujący, jak na przypadkowe odpowiedzi, które trzeba było zaznaczyć. Wystarczyło podać, jaki jest mój ulubiony kolor, film oraz aktor i superprogram wypluł mi dość precyzyjną datę: maj 2019. A więc maj!
W maju??? Oszalałaś?! Przecież w nazwie tego miesiąca nie ma literki „R”! Babcia byłaby przeciwna. Październik to co innego. Albo grudzień! Chcesz być nieszczęśliwa? Co to jest w ogóle za pytanie?! Pewnie, że nie chcę i pewnie gdybym zaznaczyła, że moim ulubionym kolorem jest biskupi albo granatowy-prawie-czarny, dostałabym czerwiec i babcię miałabym z głowy. I jeszcze ten 2019! Co tak długo?

Nieważne, co bym powiedziała, i tak maj był nie do przyjęcia. Chociaż z tymi miesiącami to też nie do końca prawda. Znam co najmniej dwie osoby, których nawet sam magiczny grudzień nie uchronił od rozwodu, i co najmniej dwie, którym lipiec przyniósł szczęście, a bocian bliźniaki. Bo nie chodzi o żadne „r” w nazwie miesiąca. Ja wolę postawić na „m jak miłość” przez całe życie, choć całe życie brzmi strasznie długo. Czasem to „m” będzie marudzeniem, niekiedy miotaniem się, a może i męką. W jednej z komedii romantycznych, które lubię tylko czasami, padło kiedyś bardzo fajne zdanie dotyczące związku dwojga ludzi: „Wiem, że będziemy się kłócić, wiem, że kiedyś się znienawidzimy i będziemy chcieli się rozstać, ale wiem też, że jak nie spróbujemy, to będziemy tego żałować do końca życia”. I nieważne, że deklarowała to wiecznie uciekająca panna młoda. I nieważne, że to był maj. I nieważne, że to był taki sobie film o miłości. Tak naprawdę chodzi o to, by podjąć ryzyko i spróbować być szczęśliwym, wbrew głupim przesądom, zdrowemu rozsądkowi i specom od horoskopów. Jeśli ślub ma być tym kluczem do szczęścia, to ja już mam swój wytrych. Jeśli to ma być maj 2019, to niech chociaż nie pada, i jeśli to ma być biała suknia z welonem, to żebym nie wyglądała w niej jak beza. Do listy życzeń dorzucam jeszcze to, żeby to była opowieść z happy endem. Zawsze lubiłam to zdanie: i wszystko dobrze się skończyło!
/ Marta Szymczak

Tekst pochodzi z najnowszego numeru V maga

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zapisz się na nasz newsletter!