fbpx

Moja zdrowa głowa

10. października wypada Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, co budzi we mnie pewną refleksję. Czy taki dzień powinno się jakoś szczególnie obchodzić? Celebrować? Uczcić lampką wina fakt, że wstaliśmy z łóżka i czujemy się po prostu dobrze? 

Pomysł brzmi nieźle, choć nieco inna idea przyświecała Światowej Federacji Zdrowia Psychicznego (World Federation for Mental Health), gdy 28 lat temu dodała nowe święto do kalendarza. Główną misją miało być zwiększanie świadomości na temat zdrowia psychicznego, wzbudzanie empatii wśród globalnej społeczności, aby przeciwdziałać wykluczeniu osób cierpiących na choroby psychiczne, a także dawanie nadziei tym, których codzienność naznaczona jest ogromnym cierpieniem, poczuciem beznadziei i brakiem sił na podjęcie jakichkolwiek działań. 

Ponieważ depresja to poważna choroba psychiczna, nie czuję się na siłach, aby o niej pisać z pozycji eksperta, a powielanie nieprawdziwych teorii i równie nieskutecznych porad, jak sobie z nią radzić, uważam za niebezpieczne. Kwestię zdrowia psychicznego chcę ugryźć od innej strony. Jak rozpoznać moment, w którym pogorszony nastrój to coś więcej niż jesienna chandra? Kiedy pomocy należy szukać u fachowca, a nie w ramionach bliskich? Czy da się wyczuć moment, w którym nasza głowa „zachorowała”, tak jak po łamaniu w kościach rozpoznajemy, że zbliża się grypa?

Mówi się, że złe doświadczenia stają się z czasem wspomnieniem lub lekcją. Ale myślę sobie, że lepiej byłoby, gdyby niektóre przeżycia w ogóle nie miały w naszym życiu miejsca. Nie każdy musi zdać egzamin z psychicznej odporności i pilnowania swoich granic, tak jak zdaje się egzamin dojrzałości. Myślę, że trauma, którą nosi się w sobie po wyjątkowo dotkliwym przeżyciu, nie jest tego warta. Sami psycholodzy i psychoterapeuci negują prawdziwość dość modnego hasła: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Jednak to nie takie proste. Wiele rzeczy dzieje się całkiem poza naszą kontrolą.

Wyobraź sobie, że od urodzenia dźwigasz na głowie kosz, do którego z czasem – z każdym nowym doświadczeniem – wpadają jabłka. W ciągu życia zbierasz ich coraz więcej, więc prawdopodobieństwo, że któreś z nich będą zgniłe, rośnie. Te zepsute jabłka to wydarzenia, które nas boleśnie dotknęły i w jakiś sposób naznaczyły, np. zweryfikowały nasze podejście do ludzi, do samych siebie; być może położyły kres pewnym wyobrażeniom, które nosiliśmy w głowie od dawna, a które okazały się fałszywe. Zgniłe jabłka to również ludzie, którzy pojawili się w naszym życiu jedynie po to, by dołożyć nam ciężaru, a zostawili po sobie tylko niesmak. Tego zbędnego balastu trzeba się po prostu co jakiś czas pozbywać, bo pojemność naszego „kosza” jest ograniczona. 

Pogubić się można na wiele sposobów. Problem zaczyna się wtedy, gdy tracimy orientację i nie wiemy, którędy do wyjścia lub – jeszcze gorzej – nie czujemy sensu, by w ogóle go szukać. Jeśli podobne przeżycie masz już za sobą, to doskonale wiesz, że jest to uczucie niemal fizyczne, namacalne. Jakbyś połknęła duży kamień, przez co sama w swoim ciele czujesz się nieswojo, nijak, niewygodnie. Jesteś smutna, przygaszona, najbliższe osoby martwią się o ciebie i mocno zatroskane, częściej niż zwykle, wypytują o twoje samopoczucie. Powoli odwracasz się od przychylnych ci osób, bo gruncie rzeczy wiesz, że mają rację i podpowiadają ci rozwiązania, na które nie jesteś jeszcze gotowa i które wydają się nieosiągalną, odległą przyszłością. Nie jesteś w stanie tego zaakceptować, więc brniesz dalej, coraz głębiej, aż zakopiesz się w swoich myślach, jak pod kołdrą, spod której z każdym dniem coraz ciężej się wynurzyć. 

Z łaciny depressio, czyli głębokość, bardzo dobrze opisuje ten stan zapadania się w siebie. Powoli przestają cię cieszyć ulubione zajęcia, odkładasz na bok pasje, a w lustrze prawie nie rozpoznajesz tej smutnej, zmarnowanej twarzy. To ja? W głębi serca czujesz, że się pogubiłaś, bo wszystkie dotychczasowe sposoby na poprawę humoru nie działają. Nie da się tego smutku/żalu/lęku wybiegać, przegadać z przyjaciółką, przespać lub przeczekać – choć właśnie trzymasz się tej ostatniej strategii przetrwania. Wiesz, że samo nie minie, że to nie jesteś prawdziwa ty. Najbliższe ci osoby wiedzą, jak wyglądasz, gdy jesteś szczęśliwa i spełniona, więc nie możesz ich dłużej zbywać cichutkim „wszystko u mnie ok”, gdy kąciki ust nawet nie drgną do góry. Czujesz, że masz skłonność do ruminacji: bez przerwy rozpamiętujesz minione wydarzenia na nowo, dopisując im coraz to nowe znaczenie. Na tysiąc sposobów mielisz tę samą sytuację, te same krzywdzące słowa, które usłyszałaś; do swojej historii dopisujesz alternatywne scenariusze, zadając w kółko pytania: „Dlaczego? A co by było, gdybym zrobiła tak…? Co by się stało, gdybym podjęła inne kroki?” Dobijasz się złudnym myśleniem, że danej sytuacji można było zapobiec. Całą winę bierzesz na siebie, nawet gdy nie miałaś wpływu na bieg zdarzeń. Szalone myśli wirują w twojej głowie jak w pralce, tyle że brudy pozostają bez zmian. Nie dochodzisz do żadnych nowych wniosków, bo wciąż jesteś zamknięta na porady innych, przez co powoli stajesz się męcząca dla siebie samej. Jest ci nawet żal siebie i swojego położenia, bo to nie jesteś ty, którą znasz i lubisz. Płaczesz za dawną wersją siebie, a im dłużej to trwa, tym bardziej dziwisz się, że pod powiekami masz źródło niewyczerpanych zasobów łez. Działasz na automacie, dni zlewają się w jedną całość i w sumie niewiele się od siebie różnią – nawet te same myśli dopadają cię w tych samych miejscach. W kuchni jesteś smutna i płaczesz nad nadgryzioną kanapką; pod prysznicem postanawiasz, że koniec z tym i czas się wziąć w garść, a wieczorem w sypialni ogarnia cię ten sam lęk i zapadasz w niespokojny sen, pełen dziwacznych, pokrętnych snów… 

Wiesz co? Nie jesteś w tym sama. Nawet jeśli w tym momencie nie umiesz usłyszeć samej siebie i nie dopuszczasz do głosu intuicji, musisz zdać się na innych: przyjaciół, bliskich, rodzinę, znajomych. Na tych, którzy chcą dla ciebie dobrze i których lojalność wobec ciebie nie zmienia się bez względu na twój stan. Musisz wiedzieć, że ta obecna sytuacja, nawet najcięższa, nie musi decydować o reszcie twojego życia. Ten stan emocjonalnej hibernacji może być przejściowy, a ty w końcu opuścisz z pozoru bezpieczną samotnię i staniesz mocno na nogi. W końcu dopuścisz do głosu myśl, że to tylko epizod, krótki rozdział, a nie cała twoja historia. Tę możesz napisać od nowa, jeszcze raz. 

Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych stworzona przez WHO klasyfikuje epizod depresyjny jako stan obniżonego nastroju (anhedonii, niskiej samooceny, apatii, drażliwości, płaczliwości), który trwa dłużej niż dwa tygodnie. Warto wiedzieć, że między zwykłą chandrą a depresją jest jeszcze duża przestrzeń. Tych pośrednich stanów nie wolno bagatelizować, bo nieleczone mogą rozwinąć się w coś poważniejszego i wpędzić w niemałe problemy. Profesjonalnego wsparcia warto szukać już wtedy, gdy czujesz, że w pewien sposób doszłaś do ściany i kompletnie nie wiesz, co robić dalej. Nawet gdy jesteś silną, asertywną, pewną siebie, niepokorną dziewczyną, możesz doświadczyć takich emocji po raz pierwszy w życiu i być nimi całkowicie zaskoczona i przytłoczona. Dlatego w Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego przypadający na początek jesieni o zaburzeniach psychicznych powinno się mówić równie często jak o konieczności noszenia szalika w chłodne dni. Bo w przeciwieństwie do zwykłego przeziębienia, ciepła herbata pomoże tylko wtedy, gdy zostanie wypita w gabinecie u dobrego psychoterapeuty. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!