fbpx

Muły i Brokuły – o masie na roślinach rozmawiamy z Szymonem Urbanem

Muły i Brokuły – o masie na roślinach rozmawiamy z Szymonem Urbanem

Rozmowę przeprowadziła Łucja Wierzchowska

szymon-urban-muly-i-brokuly

V mag: Jesteś znany przede wszystkim jako Muły i Brokuły na Facebooku. Obserwuje Cię tam kilkanaście tysięcy osób, jesteś więc jednym z najpopularniejszych wegańskich trenerów w Polsce. Jak wyglądała Twoja historia związana z przejściem na dietę roślinną?

Szymon Urban: Na dietę roślinną przeszedłem przede wszystkim ze względów zdrowotnych. Zacząłem się interesować badaniami naukowymi, obserwować sylwetki wegańskich sportowców i w pewnym momencie źle się czułem, jedząc mięso. Po drodze dopadły mnie problemy z trawieniem, zgaga, nadkwasota i stwierdziłem, że skoro badania jasno pokazują, że da się budować masę mięśniową na diecie roślinnej, to można spróbować. W zasadzie z dnia na dzień obróciłem swój jadłospis o 180 stopni i trwam w nim od 4-5 lat.

Miałeś na początku jakieś profesjonalne wsparcie? Własnego dietetyka czy trenera?

Nie, nie, bardzo dużo czytałem, opierałem się przede wszystkim na badaniach. Później zacząłem się w tym kierunku dokształcać i brać udział w kursach i szkoleniach, np. na Uniwersytecie Cornella w Stanach.

Skąd wziął się pomysł na założenie fanpage Muły i Brokuły?

Mniej więcej rok po przejściu na dietę roślinną zauważyłem, że na polskim podwórku sporo jest mitów dotyczących weganizmu wśród osób uprawiających sporty siłowe czy sylwetkowe. Stwierdziłem, że może by wystartować z profilem uświadamiającym ludzi w tych kwestiach i pokazać, że da się budować masę mięśniową lub siłę na diecie roślinnej, zacząć przywoływać ciekawe badania, podsuwać przepisy. Tak też powstały „Muły i Brokuły”. Nie spodziewałem się, że wszystko tak pozytywnie się potoczy, a jednak zainteresowanie okazało się spore.

Obecnie jesteś trenerem personalnym i uprawiasz sporty siłowe – w jaki sposób wcześniej towarzyszył Ci w życiu sport?

Gdzieś w liceum były sztuki walki, a właściwie system samoobrony, konkretnie krav maga. Później przerabiałem sporty drużynowe, głównie football amerykański, grałem w Warsaw Eagles w top lidze futbolu amerykańskiego. Na studiach uprawiałem wioślarstwo, ergometr wioślarski, tam też niejednokrotnie stawałem na podium, a w międzyczasie pojawiła się siłownia. Na początku była ona dodatkiem przede wszystkim do treningów wioślarskich, a później stała się sportem samym w sobie.

Jakie miałeś problemy na początku przejścia na dietę roślinną?

Jak zaczynałem z dietą roślinną, nie było takiego ogromu produktów wegańskich dostępnych w sklepach. To było zaledwie kilka lat temu, ale wydaje mi się, że przez ten czas to wszystko niesamowicie się rozwinęło. W Lidlu nie można było jeszcze dostać tofu, trzeba było jechać do jakichś wielkich marketów. Podobnie było z Biedronką, gdzie o tygodniu wegańskim można było tylko pomarzyć. Co innego na diecie tradycyjnej – do jakiego sklepu by się nie zaszło, mięso spokojnie można było dostać, ale z produktami wegańskimi, mlekiem roślinnym, tofu był problem. To była pewna przeszkoda, że jednak trzeba było wszystko planować z odpowiednim wyprzedzeniem, jechać do większego marketu, żeby się zaopatrzyć. Natomiast jeśli chodzi o samo zbilansowanie posiłków, to nie miałem większego problemu.

Jak na Twoją zmianę diety zareagowały osoby z tego sportowego środowiska?

Osoby na siłowni patrzyły na mnie z ciekawością, bo zamiast potreningowego kurczaka w pojemniku miałem strączki, tofu, a więc coś dość egzotycznego. Nie miałem jednak w związku z tym jakichś nieprzyjemności czy przytyków, a raczej zainteresowanie ze strony osób, które ćwiczyły i odżywiały się w sposób tradycyjny.

A jeśli chodzi o rodzinę i znajomych, takich niezwiązanych ze sportem, miałeś jakieś trudności w relacjach, odkąd zmieniłeś dietę na roślinną?

No tak, tutaj rzeczywiście na początku pojawiły się pewne problemy i oburzenie, zwłaszcza ze strony rodziców. Pojawiły się pytania: „A co Ty w ogóle będziesz jadł?”, „Co ja Ci teraz będę gotowała?”. Teraz jednak to już wygląda zupełnie inaczej. Gdy przyjeżdżam do domu, to czekają na mnie trzy wegańskie ciasta, na które przepisy mama znajduje u Jadłonomii czy na innych blogach. Tak samo z babcią – już wie, że jej wegańskim daniem popisowym jest babka ziemniaczana, więc jak przyjeżdżam, to zawsze na mnie czeka. Trochę problemów miałem trzy lata temu, gdy się żeniłem, bo zdecydowaliśmy, że nasze wesele będzie wegańskie. To miało być nasze święto, miało być zorganizowane po naszemu, więc stwierdziliśmy, że nie chcemy, żeby na stole były mięsa czy sery. Powiem szczerze, że tam była mała wojna, zwłaszcza jeśli chodzi o starsze pokolenie. Ostatecznie jednak dopięliśmy swego, a goście byli zadowoleni. Myśleli, że będą jeść trawę z gruzem, a okazało się, że można smacznie zjeść na diecie roślinnej. Staram się obiektywnie na to spojrzeć, ale wydaje mi się, że to było jedno z najlepszych wesel, na jakich byłem (śmiech). Ludzie bawili się świetnie, impreza była na świeżym powietrzu i słyszałem komentarze gości, że to faktycznie najlepsze wesele, na jakim byli.

Twoja żona jest z pewnością osobą, która Cię wspiera w tym, co robisz. Oboje jesteście na diecie roślinnej i macie wspólne poglądy. Ale czy oprócz niej ktoś w Twoim życiu inspirował Cię do przejścia na dietę roślinną, czy byłeś raczej pionierem w swoim otoczeniu?

Wśród znajomych raczej byłem pierwszy, ale duży wpływ na moją decyzję miały osoby, które spotkałem na swojej drodze, np. podczas podróży. Kiedyś pojechaliśmy autostopem do Maroka, gdzie spotkaliśmy parę Niemców, wegan. Byłem wtedy świeżo po kursach trenerskich, gdzie utrwalane były nieprawdziwe informacje, więc byłem święcie przekonany, że nie da się budować masy mięśniowej na diecie roślinnej. A tu jednak spotkałem taką parę, która zachęcała nas do tego trybu życia, chociaż bardzo się oburzałem. Kiedyś też pracowałem jako pilot wycieczek i będąc w Pradze, wybrałem się na obiad z innym pilotem. Ja zamówiłem posiłek z mięsem, on z tofu. Zdziwiłem się i spytałem, czy nie je mięsa. Odpowiedział, że nie, nie je mięsa. Spytałem dlaczego, a on na to: „Bo zabijanie zwierząt jest chu*owe”. Spojrzałem na niego i pomyślałem, że faktycznie coś w tym jest…

szymon-urban-muly-i-brokuly
fot. Jacek Kołodziejski

Obecnie sportowców na diecie roślinnej jest multum. Którzy z nich najbardziej inspirują Cię do działania?

Jednym z pierwszych, których obserwowałem, był Patrick Baboumian, najsilniejszy człowiek w Niemczech. Jest też Nimai Delgado, który od dziecka jest wegetarianinem, a od kilku lat weganinem, w życiu nie miał mięsa w ustach. Poza tym Ed Bauer, Derek Tresize, Torre Washington, czyli też kulturyści, crossfiterzy. Inspiruje mnie też bardzo Menno Henselmans, Holender, który co prawda nie jest na diecie roślinnej, ale uświadamia innym, że jak najbardziej da się budować masę mięśniową na tej diecie. On do wszystkiego podchodzi bardzo pragmatycznie, racjonalnie. Fajnie, że mówi też o diecie roślinnej, bo to osoba bardzo wpływowa w świecie kulturystyki, podpiera się rzetelnymi badaniami, a nie tylko anegdotkami i tzw. broscience. Dzięki takim ludziom nurt wegański w świecie sportów siłowych czy sylwetkowych może się rozwijać.

Podałeś parę nazwisk osób, które udowadniają, że da się jednocześnie trenować siłowo i jeść rośliny. Sam jesteś tego doskonałym przykładem. Trzeba jednak pamiętać o odpowiednim zbilansowaniu diety. Niektórzy mają z tym problem, a Ty? Jak to robisz? Jakie są podstawy dobrej diety roślinnej przy jednoczesnym uprawianiu sportu?

Przede wszystkim sądzę, że siła każdej diety tkwi w jej braku przetworzenia. Oczywiście, jeśli ktoś trenuje, warto zwrócić uwagę na to, żeby podaż białka i innych makroskładników była odpowiednia, natomiast jeśli będziemy stawiali na produkty nieprzetworzone, to jest to  klucz do sukcesu, nie tylko w przypadku diety roślinnej. Jeśli będziemy czerpać ze wszystkich grup produktów, czy to węglowodanowych, czy białkowych, czy tłuszczowych, to dostarczymy w tej diecie wszystkiego, czego potrzebujemy. Jest też oczywiście witamina  B 12, którą należy suplementować, ale całą resztę możemy wyciągnąć z posiłków. Wystarczy zmieszać trochę kaszy, trochę strączków, trochę pestek albo nasion, jakiś przetwór sojowy, do tego warzywa i będziemy mieli fajny, zbilansowany posiłek. Można to robić w sposób zupełnie intuicyjny – jednego dnia to może być groch, ryż, brokuły, tofu i pestki dyni, a innego kasza gryczana z soczewicą, kalafiorem, tempehem i siemieniem lnianym. Jeśli ktoś nie lubi specjalnie liczyć kalorii, to taki schemat na pewno ułatwi sprawę.

A jak to jest z tym nieszczęsnym białkiem na diecie roślinnej? Ile tak naprawdę powinniśmy go jeść, zwłaszcza w przypadku osób trenujących siłowo?

Jeśli nie trenujemy siłowo, to optymalna wartość, która jest proponowana przez WHO, wynosi 0,8 grama białka na kilogram masy ciała. To w przypadku, jeśli nasza dzienna aktywność ogranicza się do wyjścia z psem na spacer. Natomiast jeśli trenujemy siłowo lub sylwetkowo, to taką odpowiednią wartością może być 1,8 grama na kilogram masy ciała. Nie ukrywam, że przy diecie wegańskiej skłaniałbym się nawet ku wyższym wartościom rzędu 2,1, czy 2,4 grama na kilogram masy ciała. To też zależy od tego, czy suplementujemy białko, czy konkretne aminokwasy. Bo są takie aminokwasy, których faktycznie może być mniej na diecie wegańskiej, na przykład lizyna, metionina, cysteina czy leucyna. Leucyna jest takim zapalnikiem, który powoduje syntezę białek w mięśniach. Jeśli jest jej niewystarczająco dużo, to ta synteza białek w mięśniach jest nieoptymalna. Więc jeśli faktycznie chcemy te wyniki poprawić, to zalecałbym zwiększyć ilość spożywanego białka. Myślę, że na szczęście w dzisiejszym świecie, gdzie mamy odżywki z grochu, ryżu, konopi, przetwory sojowe, strączki,  to żaden problem.

szymon-urban-muly-i-brokuly
fot. Jacek Kołodziejski

Jak wygląda Twój typowy jadłospis?

Każdy dzień zaczynam od szejka na mleku sojowym z dodatkiem mleczka kokosowego, lądują tam też owoce, najlepiej sezonowe, np. truskawki, do tego szpinak, jarmuż, siemię lniane, odżywka białkowa i to jest taki mój pierwszy posiłek. Drugi posiłek jest najczęściej daniem przedtreningowym – składa się on ze strączków, kaszy albo ryżu, do tego dochodzi tofu albo tempeh, warzywa i źródło tłuszczy w postaci np. pestek, nasion, ziaren, orzechów. Po treningu z kolei jem z reguły owsiankę, podobnie jak w przypadku szejka – na mleku sojowym, z dodatkiem owoców, odżywki białkowej, ciemnej czekolady, nasion chia, orzechów. Kolacja jest zbliżona do posiłku drugiego, czyli składa się ze strączków, kasz, warzyw, tylko że z reguły jest ona nawet dwukrotnie większa niż drugi posiłek. Tak, że mój typowy dzienny jadłospis to cztery posiłki, średnio co 4-5 godzin. W obecnym cyklu treningowym skłaniam się ku protokołowi rekompozycyjnemu, czyli staram się jednocześnie zrzucić tkankę tłuszczową, nabudowując masę mięśniową.

Dlaczego Twoje kolacje są większe niż posiłki poranne? Czy z czegoś to wynika?

Jeśli chodzi o jakiekolwiek zmiany w diecie, to kieruję się przede wszystkimi dużymi i rzetelnymi badaniami. W 1997 wyszło właśnie takie ciekawe badanie, gdzie dwie grupy ćwiczących kobiet przez 6 tygodni redukowały poziom tkanki tłuszczowej, stosując się do różnych protokołów Jedna grupa zjadała 30% kalorii w porze przedpołudniowej, a 70% wieczorem. Druga grupa z kolei – na odwrót – 70% kalorii było dostarczanych w śniadaniu i drugim śniadaniu, a 30% na obiad i kolację. Grupa, która jadła zdecydowanie mniejsze kolacje, zrzuciła ponad czterokrotnie więcej masy mięśniowej (1,3kg vs 0,3kg) i 15% mniej tłuszczu (2,6kg vs 3kg). Zatem pomimo tego, że spadek wagi był podobny, to kompozycja ciała była zdecydowanie na korzyść osób, które jadły duże kolacje. Co ciekawe, całość odbyła się w kontrolowanych warunkach, zarówno pod kątem dostarczanych kalorii, jak i aktywności fizycznej, więc wyniki powinny dać nam do myślenia!

Jesteś Team Cheat Meal czy Team Cheat Day, jeśli chodzi o odstępstwa od diety?

Czasami wprowadzam sobie jakieś oszukane posiłki, bo to faktycznie może odciążyć psychikę, być taką chwilą oddechu, ale nie wierzę w zbawienny wpływ cheat meali  czy cheat dayów na metabolizm. Niektórzy uważają, że to podkręca metabolizm na nowo i tak dalej, ale to raczej nieprawda. Dotychczasowe badania nie wykazały, że tego typu praktyki miałyby pozytywnie wpłynąć na dalszą redukcję tkanki tłuszczowej. To może stanowić jakiegoś rodzaju odciążenie dla psychiki, natomiast nie doszukiwałbym się w tym jakiegoś magicznego środka, który miałby nam przyspieszyć redukcję. Zwłaszcza w przypadku, gdy fundujemy sobie cały cheat day. O ile jeden posiłek nie powinien sprawić, że od razu nabierzemy tkanki tłuszczowej, o tyle pozwalając sobie cały dzień na taką dyspensę, można łatwo przesadzić.

Kiedy znajdujesz czas na treningi?

Ćwiczę w ciągu dnia, mniej więcej o godzinie 14. Pracuję wtedy, kiedy inni zwykle mają czas wolny, z reguły mam dwa bloki treningów personalnych – poranny mniej więcej od 6 do 10 i wieczorny, gdzieś między 16 a 21-22. Zmuszony więc jestem ćwiczyć w środku dnia. Swego czasu często trenowałem rano i dobrze się czułem podczas takich treningów, ale jeśli chodzi o taki dobowy rytm wydzielania hormonów i ciepłotę ciała, to okno treningowe między godziną 14:30 a 20:30 zdaje się być optymalne, bo poziom testosteronu i temperatura ciała są wtedy najwyższe i z treningu w takim przedziale czasowym można potencjalnie odnieść największe korzyści.

Spędzasz na siłowni całe dnie ze względu na pracę z podopiecznymi. Ilu z Twoich klientów jest na diecie roślinnej?

Około 30-40%.

Czyli jednak ponad połowa to osoby na diecie tradycyjnej. Jak się dogadujecie na tym polu? Czy zachęcasz ich do przejścia na dietę roślinną?

Staram się w żaden sposób ich nie agitować. Bardzo często są to osoby, które ograniczają mięso albo spożywają go po prostu niewiele i cenią sobie to, że np. w diecie  ode mnie dostają nie tylko posiłki roślinne, ale też roślinne i wegetariańskie.

szymon-urban-muly-i-brokuly

A jaki posiłek najczęściej polecasz takim osobom, by je przekonać do spróbowania diety roślinnej?

Często zapisuję shepherd’s pie (zapiekankę pasterską). To jest mocny argument za dietą roślinną, bo są tam strączki, których na diecie tradycyjnej za wiele nie ma. Często wzbogacam tę zapiekankę wędzonym tempehem. Taki wędzony tempeh, zapiekana soczewica, to wszystko okryte puree z ziemniaków… No to jest to!

Strączki, tempeh, soja… Co z tym słynnym mitem, że mężczyźni nie powinni jeść soi?

Rzeczywiście, jednym z mitów krążących na temat diety roślinnej jest ten, że niby soja obniża testosteron albo ma w ogóle działania proestrogenne. Badania jednak pokazują, że soja nie ma wpływu na testosteron wolny, testosteron całkowity, nie ma wpływu na globuliny, a więc białka, które wiążą hormony płciowe, a w badaniach weganie charakteryzują się wyższym poziomem testosteronu aniżeli osoby na diecie tradycyjnej, tak że…

Totalny mit?

Dokładnie.

Wspominałeś, że na weganizm przeszedłeś ze względów zdrowotnych. Pewnie jednak przez lata doszły do tego różne inne argumenty, np. empatia/troska o zwierzęta?

Tak, zgadza się. Mimo że na weganizm przeszedłem ze względów zdrowotnych, po drodze doszły aspekty etyczne czy też środowiskowe i dziś są nie mniej ważne. Mamy psa, Czesława, z interwencji, obecnie zastanawiamy się z żoną nad adopcją drugiego. Jest to jednak problematyczne i łatwo przesadzić, bo jak nam się jakiś pies spodoba i decydujemy się po niego pojechać, to wtedy myślimy, że jest za ładny i pewnie szybko kogoś znajdzie, a my powinniśmy wziąć takiego najbrzydszego i najstarszego, który w schronisku jest najdłużej. I tak się już to trochę ciągnie. Czesław jest dosyć zaborczy, więc zobaczymy, jak to będzie, ale myślę, że niedługo w mieszkaniu pojawi się drugi pies. Co jakiś czas organizuję licytację voucherów na treningi, a kasa z tych licytacji idzie na zwierzaki. Swego czasu współpracowałem z fundacją DlaSchroniska.pl. Jeśli nie mam takich próśb zbyt często, to czasami wrzucam na swojej stronie informacje o akcjach związanych ze zwierzakami. Co jakiś czas biorę udział w akcjach z wyprowadzaniem psów. Wystąpiłem też w sesji zdjęciowej do kalendarza Psiarelli 2017 na rzecz Schroniska w Korabiewicach.

szymon-urban-muly-i-brokuly
Szymon i Czesław na wakacjach

Oprócz akcji prozwierzęcych, wspierasz również wydarzenia promujące weganizm, zdrowy tryb życia itd. Pojawiłeś się między innymi na targach Veggie World w Warszawie, a teraz jesteś ambasadorem Joga Festiwalu w Wierchomli. Muszę zatem zadać to pytanie – ćwiczysz czasem jogę?

(śmiech) Nie, spróbowałem ze dwa czy trzy razy, natomiast mam nadzieję, że wyjazd na Joga Festiwal będzie przełomem na tym polu i może się przekonam, a ta forma aktywności zagości u mnie na stałe.

Na czym będzie polegać Twoja rola podczas Joga Festiwalu?

Poprowadzę wykład, oprócz tego będą panele dyskusyjne, gdzie będzie można się ze mną spotkać i porozmawiać o diecie roślinnej. Na początku były też rozmowy o warsztatach kulinarnych, ale ja jednak traktuję jedzenie bardziej jako paliwo. Okej, parę przepisów znam, ale to nie jest mój konik. Wolę raczej opowiedzieć o diecie roślinnej, poprowadzić jakieś szkolenie czy wykład, aniżeli gotować.

Czyli książki z przepisami od Muły i Brokuły nie będzie?

Raczej nie, chociaż… Może z takimi pod treningi konkretnie? Zobaczymy, musiałbym się zastanowić i jeszcze troszkę od małżonki nauczyć w kwestiach kulinarnych.

Masz jednak na temat diety wegańskiej dużą wiedzę. Jakie najczęstsze błędy w bilansowaniu diety zauważasz u innych wegan?

Często za bardzo stawiają na soję, a zapominają o pozostałych strączkach. Korzystają niepotrzebnie z tłuszczy płynnych, np. oliwy czy oleju, a moim zdaniem warto je zastąpić pestkami, ziarnami, nasionami czy orzechami, bo oprócz tego, że dostarczają tłuszcze, zawierają również całkiem sporo białka. Często na diecie roślinnej za mało jest kwasów tłuszczowych omega 3, a warto o nich pamiętać. Siemię lniane, nasiona chia czy orzechy włoskie są ich doskonałym źródłem.

A jakie błędy ludzie najczęściej popełniają podczas treningów?

Bardzo często powtarzany jest mit, że jak boli, to rośnie, a po dobrym treningu to się nie powinno dać chodzić i tak dalej. Ludzie trochę sobie nie zdają sprawy z tego, jak funkcjonuje adaptacja mięśni do treningu. Podstawą jest rosnąca objętość treningowa, a nie to, żeby po każdym treningu umierać z bólu. Z tym mitem wiąże się też inny – widzę to do dziś, że trenerzy starają się podopiecznym na każdym treningu serwować coś innego, „zaskakiwać mięśnie”, jak to się mówi. Organizm jednak dużo lepiej reaguje na ten sam trening powtarzany przez dłuższy czas, gdzie stopniowo zwiększamy obciążenie albo dodajemy serie lub skracamy przerwy itd., aniżeli na trening, gdzie cały czas skaczemy z ćwiczenia na ćwiczenie, bo tak naprawdę mięśnie nie mają czasu, żeby się zaadaptować i taki trening nie jest efektywny. Okej, można odczuwać ból po każdym treningu, ale to nie jest miara skutecznego programu treningowego. Innym często powtarzanym mitem jest mit tzw. okna anabolicznego, że do 40 minut po treningu musimy zjeść posiłek potreningowy, bo inaczej to wszystko, co przepracowaliśmy na treningu, idzie na marne i możemy zapomnieć o jakichkolwiek przyrostach. Jasne, warto, żeby między posiłkiem przedtreningowym a potreningowym to okno nie było większe niż 4-6 godzin, w zależności od poziomu kalorii. Jeżeli zjemy posiłek np. 2 godziny przed treningiem, a potem będziemy mieli godzinny trening, to spokojnie nawet godzinę do 3 po treningu możemy odczekać, aż zjemy posiłek. Więc można spokojnie wrócić do domu i coś sobie ugotować i nie trzeba już w szatni ładować w siebie ryżu z kurczakiem czy tofu.

Pomimo tego, że dużo pracujesz i się dokształcasz, starasz się regularnie znajdować czas na podróże. Jak sobie radzisz z dietą i treningami na wyjazdach?

Jeżeli chodzi o treningi, to czasami przed wyjazdem sprawdzam, czy w danym miejscu są jakieś siłownie. Czasem wyszukuję siłownie na świeżym powietrzu, plenerowe, gdzie można zrobić fajny trening kalisteniczny. Biorę ze sobą TRXa, biorę ze sobą gumy, no i z wykorzystaniem tych przyrządów robię trening. Czasami zdarza się, że niestety muszę po prostu odpuścić na parę dni. Gorzej jest z dietą, bo rzeczywiście, o ile w niektórych krajach produkty roślinne są ogólnodostępne, o tyle w innych niekoniecznie. Zawsze staram się wtedy wziąć ze sobą odżywkę białkową, to jest taki must have na wyjazdach. Powstaje też coraz więcej produktów, które ułatwiają podróżowanie, jak produkty sojowe niewymagające przechowywania w lodówce.

Na szczęście jest już coraz więcej miejsc przyjaznych weganom, nawet w takich odległych miejscach jak Tajlandia, która jest popularna wśród wegan ze względu na dużą dostępność wegańskich opcji. Które z miejsc, w jakich byłeś, najbardziej zapadło Ci w pamięć ze względu na dobre, wegańskie jedzenie?

Do tej pory trąbiłem wszystkim, że powinni przyjeżdżać do Warszawy, bo ma trzecie miejsce, jeśli chodzi o miejsca przyjazne weganom, zaraz za Berlinem i San Francisco. Ostatnio byłem w Londynie i muszę przyznać, że chyba Warszawa niesłusznie wylądowała na tym trzecim miejscu. W Londynie jest wszystko – lody wyglądające jak awokado, wegańskie cookie dough, wszelkiego rodzaju fast foody, czyli coś, czego mi Polsce brakuje. Są tam np. knajpy specjalizujące się tylko w daniach z jackfruita albo knajpy, które chwalą się, że w środku nie znajdziemy nasion chia ani dań z ciecierzycy – wchodzisz, a tam pełno chamskich, ociekających tłuszczem dań z seitanu, jakichś hot wingsów albo burgerów z bekonem.  I tego mi właśnie w Polsce brakuje. Nie żebym był jakimś super zwolennikiem takiego śmieciowego jedzenia, ale raz na jakiś czas zamiast takiego zdrowego burgera wypchanego warzywami zjadłoby się coś chamskiego. Zawsze chętnie wracam też do Berlina, powstaje tam coraz więcej wegańskich knajp. Tel Aviv to też super miasto. Do tych miejsc mam największy sentyment. W tych krajach egzotycznych z kolei podstawą są świeże warzywa i owoce. Mango sticky rice w Tajlandii to jest coś niesamowitego, bo to jest mango, które chwilę wcześniej zostało zerwane z drzewa… I to jest siła takich miejsc.

Jakie są Twoje plany, jeśli chodzi o Muły i Brokuły?

Obecnie ruszam z nową stroną WWW. Oprócz wersji polskojęzycznej będzie też dostępna anglojęzyczna, pojawi się więcej artykułów. Zainteresowanie tematem diety roślinnej jest obecnie uniwersalne i czasem piszą do mnie osoby z różnych krajów, więc stwierdziłem, że warto by to pchnąć w przód i wystartować tak bardziej międzynarodowo. Będzie też nowe logo, bardziej profesjonalne. Skłaniam się coraz bardziej ku działalności online, bo coraz więcej osób chce współpracować ze mną pomimo dzielącego nas dystansu, więc być może za jakiś czas tylko na tym oprę swą działalność.

Wielkie dzięki za odpowiedzi!

Dzięki za rozmowę!

Wywiad pochodzi z lipcowego numeru magazynu V mag. 

szymon-urban-muly-i-brokuly
fot. Jacek Kołodziejski

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!