fbpx

“Nasza historia pokazuje, że każdy może czytać składy kosmetyków”

rozmowa z Moniką i Anią z Piggypeg

Monika i Ania jako Piggypeg analizują składy kosmetyków, obalają mity na temat pielęgnacji i zwiększają świadomość ludzi na temat kosmetyków i ich składników. Są prawdziwymi pasjonatkami, a przez lata zdobyły w blogosferze pozycję ekspertek w temacie kosmetyków. Wiedzą dzielą się na swojej stronie internetowej, social mediach i w podcaście Tak się składa.

O początkach Piggypeg, trudach prowadzenia własnej marki i planach na przyszłość z Anią i Moniką rozmawiała Łucja. Zdjęcia w Malej Szklarni we Wroclawiu wykonała Mirella Panecka.

V mag: Jak powstał Piggypeg? Skąd się wziął pomysł/nazwa? Jak wyglądały początki?

Monika: Poznałyśmy się z Anią w pracy w juice barze, jeszcze na studiach. Od zawsze interesowałyśmy się tym, co jemy, składnikami żywności, z czasem naturalnie także składnikami kosmetyków. Na początku byłyśmy strasznie zakręcone tym tematem i ciągle o tym gadałyśmy. W końcu nasi znajomi powiedzieli, że mają dosyć słuchania nas i żebyśmy poszły z tym do Internetu. Więc poszłyśmy. 

Ania: Za nazwą nie stoi żadna przełomowa historia niestety. “PEG” to nazwa substancji, która często występuje w kosmetykach. Znajduje się też na naszej liście kontrowersyjnych składników. “Piggy” wybrałyśmy, bo w połączeniu z “peg” oznacza coś świńskiego, niefajnego. Pasował nam wydźwięk tego połączenia, jest bardzo chwytliwe.

Monika: Nie chciałyśmy nazwy typu Jak czytać składy albo Jak kupować kosmetyki. Chciałyśmy, żeby nazwa była chwytliwa, wpadająca w ucho. Tak samo wymyśliłyśmy nazwę “keg” zamiast wyświechtanego już w blogosferze “denka”.

Jak wasza znajomość przerodziła się w na tyle bliską przyjaźń, że zdecydowałyście się na taki, dosyć ryzykowny, krok jak założenie razem bloga i prowadzenie go?

Monika: Jak do tego doszło, nie wiem (śmiech)…

Ania: Pewnie wzięło się to stąd, że bardzo nam siadł ten temat pielęgnacyjno-kosmetyczny.

Monika: Chociaż żadna z nas nie była nigdy zagorzałą urodomaniaczką…

Ania: Nie, ale kwestie dbania o siebie, zdrowej diety, świadomego podejścia do życia – chyba to nas połączyło.

Monika: Głównie chodziło o świadomość. Wtedy nie było dla nas ważne, czy będziemy się dzielić wiedzą na temat kosmetyków, jedzenia czy ciuchów. Bardziej chodziło o to, żeby z tym wyjść do ludzi. Akurat padło na kosmetyki, bo mocno się ich uczepiłam na początku. Spytałam Anię: “Ty, chcesz to robić?”, a Ania mówi: “No słuchaj, jasne, nie ma problemu”. I zaczęłyśmy wymyślać nazwę. 

Ania: My się tak naprawdę bardziej zaprzyjaźniłyśmy już w trakcie prowadzenia bloga. 

A ile lat to już trwa?

Monika: We wrześniu 2020 minie nam 5 lat prowadzenia Piggypeg. Taka ładna rocznica.

A dużo wcześniej się poznałyście?

Monika: Może z pół roku. Ania zaczęła pracę jakoś miesiąc po mnie. Pamiętam, jak mój manager mówił, że przyjdzie do pracy taka ogarnięta deweloperka. A ja myślałam sobie: “Ta, jasne, zobaczymy”. No i przyszła taka roztrzepana blondyna.

I pykło!

Monika: Tak, tak to się w sumie zaczęło. Bardziej pomysł przyszedł do nas, niż my szukałyśmy pomysłu.

Ania: Nigdy nie spodziewałyśmy się, że nasz projekt aż tak rozwinie. Monika to może jeszcze, bo jest po studiach brandingowych. Ale ja, deweloperka, nigdy nie myślałam, że będę współprowadzić fanpage, stronę, podcast. Jeszcze kilka lat temu, jakby mi ktoś powiedział, że tak będzie, powiedziałabym: “Co ty, ja? Ha, no pewnie!”. 

Monika: A jakby jeszcze ci ktoś powiedział, że będziesz szła sobie ulicą i ktoś do ciebie podejdzie i powie: „O jaaaa, ty jesteś Ania z Piggypeg! Ja cię kręcę!”.

To się zdarza?

Ania: To się często zdarza w totalnie niespodziewanych momentach. Może nie na ulicy, ale, powiedzmy, siedzimy sobie w kawiarni, widzimy, że ktoś ewidentnie się nam przygląda i poznaje. Miałam też raz sytuację, że wybierałam sobie stanik w sklepie, pani przynosi mi do przebieralni kolejne modele i w końcu mówi: “Przepraszam, że tak pytam, ale czy pani nie jest przypadkiem Ania z Piggypeg?”. A ja w totalnym negliżu…

Mówiłyście o tym, że nigdy nie spodziewałyście się, że wasz projekt tak się rozwinie, że będzie rozpoznawane na ulicy, tym bardziej, że żadna z was nie ma wykształcenia kierunkowego, zawodowo zajmujecie się czymś zupełnie innym. Skąd w takim razie czerpiecie całą swoją wiedzę o kosmetykach?

Ania: Na początku wiedzę czerpałyśmy głównie z Internetu. Zauważyłyśmy, że tam często informacje nie są do końca wiarygodne, a jeżeli chcemy pisać o kosmetykach, nie mając doświadczenia zawodowego, potrzebujemy mieć pewność, że to, co mówimy, nikomu nie szkodzi. Więc zaczęłyśmy trochę grzebać w badaniach. Ja na politechnice miałam dostęp do bazy badań z Wydziału Chemicznego, więc mogłyśmy sobie je czytać. Przez chwilę miałyśmy także współpracę z jedną dziewczyną, która jest chemikiem, więc to też nam pomogło.

Monika: A jeśli mamy wątpliwości, konsultujemy się po prostu z safety assessorami niektórych marek, ale też z chemikami, czy toksykologami, którzy są powiązani z danymi firmami. Niektórzy myślą, że ten nasz brak wykształcenia kierunkowego może być minusem. Ja bym powiedziała, że wręcz przeciwnie. Nasza historia pokazuje, że każdy może czytać składy, każdy ma dostęp do tej wiedzy.  

Niewątpliwie, mimo braku wykształcenia kierunkowego, osiągnęłyście sukces i dużo się u was dzieje, zwłaszcza ostatnio. W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałyście współpracę z ChillBoxem przy boxie z kosmetykami, potem ta świetna maseczka z ASOA, teraz podcast… Jak się z tym czujecie?

Ania: Zmęczone (śmiech)!

Monika: W sumie tego nie planujemy, okazje same do nas przychodzą. Na podcast  zdecydowałyśmy się, bo to nowa forma przekazywania wiedzy, która nie wymaga od nas aż tak dużej ilości czasu. W montażu pomaga nam Miłosz, który posiada własne studio (Studio Makers). To bardzo odciążające. 

Co jeszcze ciekawego planujecie na najbliższy czas?

Ania: Teraz na pierwszym miejscu jest przebudowa strony. Chcemy naprawić wszystkie błędy techniczne, które nie są może aż tak bardzo widoczne, ale my je dostrzegamy i nas to boli. Tę stronę robiłyśmy trzy lata temu, kiedy ja jeszcze nie zajmowałam się tak bardzo frontendem…

Monika: I nie miałyśmy jeszcze takiego pojęcia o user experience, a teraz najważniejszy jest użytkownik i jego preferencje, bo to on się porusza po tej platformie, nie my.

Ania: Działamy prężnie i mamy nadzieję, że premiera już wkrótce. Chcemy pójść bardziej w minimalizm, bo trochę dorosłyśmy, a strona razem z nami. Będzie bardziej unisex, więc trochę mniej różowo. Idziemy mocniej w stronę portalu niż bloga. Będzie tam dostęp praktycznie do każdego naszego kanału. Strona będzie też szybsza i świetnie wyglądająca na telefonie. Będzie super! Jak tylko zaczniemy ją w końcu pisać (śmiech).

A aplikację szykujecie?

Monika: To nie jest takie proste. Raczej skupimy się na platformie dostosowanej do wersji mobilnej, która będzie miała funkcje aplikacji. 

Ania: Mogłybyśmy na stronie stworzyć taką analizę składu, że wrzucasz sobie skład i uzyskujesz okrojoną analizę kosmetyku, ale nad tym trzeba sporo pomyśleć.

Monika: Trochę się przed tym wzbraniamy, bo taka analiza nie uczy refleksji. Ona po prostu podaje gotowe rozwiązanie na tacy i uczy bierności, jeśli chodzi o czytanie tych składów. My nazywamy to “graniem kolorkami”, czyli zaznaczaniem składników na czerwono, żółto i zielono, a użytkownik nawet nie czyta, tylko patrzy na te kolorki. Nie myśli, co to za substancja, i dlaczego ona na ten kolor została zaznaczona. Dlatego nie oznaczamy kolorami tych substancji, tylko zachęcamy, żeby każdy sam sobie ocenił, co dla niego jest dobre, a nasza grafika jest tylko naszą subiektywną oceną danego kosmetyku. 

Ania: Chcemy nauczyć ludzi świadomego wyboru, a nie tylko zerojedynkowego podejścia: dobry/niedobry składnik. 

Jak udaje się wam połączyć to wszystko: bloga, pracę, rozwój marki, życie, przy takiej ilości pracy i planów?

Monika: No, ja już ci na to pytanie kiedyś odpowiedziałam: nie udaje nam się (śmiech).

Ania: Bardzo nam pomogły aplikacje do zarządzania czasem i zadaniami, między innymi Todoist, bo tam możemy sobie przypisywać taski, dawać sobie deadline’y.

Monika: Bardzo pomógł nam też Artur, który dołączył do naszego zespołu i zmobilizował. To on nam pokazał to narzędzie i to on wprowadził nam procesy, które mamy do tej pory. Wcześniej nie ustalałyśmy sobie żadnych deadline’ów, nie ustalałyśmy sobie priorytetów, nie wpisywałyśmy sobie zadań wzajemnie, nie miałyśmy też żadnych zebrań dotyczących np. księgowości.

Ania: Miałyśmy bardzo dużo pomysłów, które po prostu ulatywały gdzieś bokiem, bo ich nie pamiętałyśmy. A teraz, jak mamy tego Todoista, to faktycznie sobie to wpisujemy, na przykład pomysł na podcast czy post albo pilne zadanie. Teraz o tym pamiętamy, staramy się pilnować terminów. Plus mamy zawsze statusy w środę, chociażby się paliło, musimy się chociaż na 15 minut zdzwonić, żeby wiedzieć, gdzie jesteśmy, co trzeba zrobić w tym tygodniu.

Monika: Regularność tak naprawdę nas uratowała, bo kiedyś podchodziłyśmy do pracy nad blogiem bardzo spontanicznie i w końcu nic z tego nie wychodziło. Teraz w każdą środę rozmawiamy. Trochę nam pomaga to, że pracujemy w jednej firmie. Ania może po prostu przyjść do mnie do pokoju na spotkanie. Jeśli nie ma takiej możliwości, to organizujemy wideokonferencję, bo wtedy łatwiej nam się skupić niż przy zwykłej rozmowie telefonicznej. Regularne przeprowadzanie statusów, opowiadanie, co się wydarzyło, co musimy zrobić, planowanie kolejnych kroków są bardzo bardzo pomocne.

Ania: Ustaliłyśmy też sobie minimaliną liczbę analiz w miesiącu i że przynajmniej raz w miesiącu ma wyjść także jakiś inny wpis. Keg, czyli zestawienie kosmetyków, których używamy (https://piggypeg.pl/piggypeg-keg-lista-kosmetykow/), na szczęście wychodzi zawsze, raz na miesiąc, niezależnie od wszystkiego.

Monika: Może być jakaś mała obsuwa, ale zawsze musi być opublikowany. Pomaga nam też to, że mamy jasno określone obowiązki, która czym się zajmuje.

Ania: Musiałyśmy się podzielić, bo narobiło się tych kanałów komunikacji strasznie dużo. Monia dobrze się czuje w Instagramie i działaniach marketingowych, a ja bardziej w kwestiach prowadzenia spółki, strony internetowej, odpowiadam także na wiadomości na Facebooku. 

Monika: Każda odnalazła się jakoś w swoich obowiązkach. Jeśli zdarza się, że któraś z nas jedzie na urlop, to delegujemy sobie taski, potem mamy urwanie głowy. Ja na przykład miałam naprawdę ciężki czas, gdy Ania była w Australii, bo to były trzy tygodnie i wtedy wypuszczałyśmy boxa. Różnica czasu nas po prostu zabiła, ale jakoś dałyśmy radę.

Ania: Jak ty byłaś w Izraelu, to też było ciężko!

Monika: Generalnie jest ciężko, jak ktoś wyjeżdża. 

Ania:  Tak, ale jakoś dajemy sobie radę, trzeba ciągnąć ten wózek.

Monika: Jest trochę dziurawy i ma trzy koła, ale jedzie (śmiech).

Jak radzicie sobie z tym, żeby przy prowadzeniu Piggypeg dalej się lubić? Bo mówimy tutaj dużo o podziale obowiązków, o spotkaniach biznesowych itd. Jak to pogodzić z przyjaźnią?

Monika: No, jest ciężko. Mamy swoje osobne grupy znajomych i wolny czas zwykle spędzamy z nimi, bo my widzimy się jednak cały czas. Ale jak przychodzi jakiś trip służbowy, to wtedy sobie gadamy o takich swoich prywatnych rzeczach, rozkminiamy życie i tak dalej. 

Jest też tak, że jeśli któraś z nas ma problem, to wie, że zawsze może zadzwonić do drugiej. Chronimy tę znajomość, żeby nie zwariować w drugą stronę. Kiedyś powstał pomysł, żeby zamieszkać razem, ale Ania na szczęście była głosem rozsądku i stwierdziła, że zwariujemy. Potem się jeszcze dowiedziałyśmy, że znowu będziemy razem pracować, więc naprawdę byśmy oszalały. 

Ania: To jest w stanie zabić każdy związek. Praca razem, mieszkanie razem… Trzeba jednak mieć swoje strefy prywatne, żeby nie zwariować. Tym bardziej, że my mamy praktycznie cały czas ze sobą kontakt, czy to w kwestiach pracy, czy Piggypeg, czy po prostu żeby sobie pośmieszkować.

Jeśli chodzi o śmieszkowanie… Trzecim członkiem Piggypeg jest Żorż. Nie wszyscy wiedzą, kto to. Wy wiecie, ja wiem… Kim jest Żorż i czemu tak często o nim mówicie?

Monika: To wyszło dosyć samoistnie i spontanicznie, po prostu Ania kiedyś palnęła: “Ej, Żorż mi na twarzy wyskoczył!”. Tak zaczęłyśmy na pryszcze mówić Żorże.

Ania: “Żorż” jest łagodniejszym określeniem niż taki prosty “pryszcz”.

Monika: I daje mu taką ludzką twarz. Pryszcz, zamiast wrogiem, staje się niechcianym przyjacielem. 

Ania: Niechciany przyjaciel, niespodziewajka. Dajemy mu tę ludzką twarz, żeby o trądziku mówić otwarcie i się nie wstydzić, bo Żorże każdy ma i nie widzimy powodów, żeby się tego wstydzić.

Niedawno powitaliśmy wiosnę. Po zimie/mrozie/czapkach i szalikach człowiek wygląda nie najlepiej. Pewnie też tak macie. Nie było długo słońca, nie wszyscy suplementują zimą witaminę D. Jakie są Wasze urodowe tricki po zimie?

Ania: Fajnie, że wspomniałaś o witaminie D, bo ja zauważyłam, że odkąd faktycznie tego pilnuję zimą i suplementuję, to moja skóra nie wygląda aż tak tragicznie po zimie. Pomaga mi też tłusty krem, który chroni skórę przed zimnem. Aż się zdziwiłam, jak dobrze to robi na moją skórę. Pod krem kładę czysty kwas hialuronowy. Do tego porządne wieczorne oczyszczanie twarzy. A jeśli więcej czasu spędzam na dworze, to od razu do pielęgnacji włączam krem z filtrem. Staram się też dbać o nawilżenie od środka, piję dużo wody. Po zimie mam mocno wysuszone ręce i bardzo zwracam uwagę na to, żeby dużo kremować przed wyjściem z domu, a na to nakładam rękawiczki.

Monika: Jeśli chodzi o zabezpieczenie skóry twarzy, to dobrze sprawdzają się mineralne kosmetyki do makijażu. U mnie są to zazwyczaj trzy warstwy: krem odżywczy, na to filtr, a na to jeszcze minerały. To są warstwy cienkie, ale zabezpieczające,tak, że nic mi się tam zimą nie dzieje.

Monika, ty masz kręcone włosy, więc u ciebie pewnie po zimie i noszeniu czapki najmocniej obrywają włosy?

Monika: Zima to nie jest okres łaskawy dla moich włosów. Przez większość czasu wiążę je po prostu w cebulę na czubku głowy, bo pod czapką są już strasznie wymięte. Zimą częściej suszę włosy suszarką, bo nie chcę wychodzić z wilgotnymi włosami, a nie mam też niestety czasu stać godzinę z dyfuzorem, żeby nadać im skrętu. Suszę na szczotkę, na prosto, chowam pod czapkę i staram się przetrwać. 

Na koniec mam dla was pytanie, które zadajemy wszystkim naszym gościniom. Motto V maga to “Życie bez przesady”. Jak wy to rozumiecie? Co to dla was znaczy?

Ania: Życie bez przesady to dla mnie takie podejście do życia, w którym akceptujesz to, że ci się nie chce. Nie starasz się na siłę wpasować w jakieś kryteria, które wyznacza ci społeczeństwo. Stawiam sobie oczywiście jakieś wymagania i cele, ale nie biczuję się, jeśli mi to nie wyjdzie. Akceptuję swoje porażki, wyciągam z nich lekcje i staram się nie przejmować. Wychodzi mi to różnie, bo jestem bardzo emocjonalna, przejmuję się każdą pierdołą, ale staram się tego nie robić.

Monika: Mnie się to skojarzyło z posiadaniem rzeczy: żeby nie mieć zbyt dużo, a wystarczająco. Ale w innym kontekście pomyślałam, że to znaczy, żeby nie robić nic pod innych. Kierować się swoją intuicją i żyć w zgodzie ze sobą. Jak nie masz na coś ochoty, to tego nie rób. Jak chcesz czytać składy kosmetyków, to czytaj, jak nie chcesz czytać składów, to nie czytaj.

Ania: Nasze główne założenie jako Piggypeg jest takie, że wszystko opiera się na małych kroczkach. Nie musisz być idealna/idealny, nie musisz mieć wszystkich kosmetyków z perfekcyjnie dobrym składem, ale jeśli chociaż się starasz, to już to jest fajne i wyjdzie ci na dobre.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!