fbpx

Nie jestem idealna. I dobrze mi z tym

Żona, babcia, córka, matka… Babcia, matka, żona, córka… Córka, matka, żona, babcia… Jestem każdą z nich, ale w jakiej kolejności? Kim czuję się bardziej? W jakiej roli sprawdzam się najlepiej? To takie trudne pytania, a niektóre odpowiedzi są co najmniej kontrowersyjne. Czy kiedyś było łatwiej odnaleźć swoje miejsce w społecznym ładzie, w szeleście jedwabnych spódnic i elegancji czarnych cylindrów zasiąść na wybranym dla siebie zydelku i przejść do historii jako kolejny, nic nieznaczący trybik w machinie czasu? Czy wybitne jednostki, zapisane wersalikami na mapie pani Historii, byłyby tak wybitne bez anonimowych domowników, pomocników codziennego życia? A może samotne, nieobciążone gromadką dzieci, żoną, rodzicami i pociotkami byłyby jeszcze większe?

Zgodnie z odwiecznym prawem pisanym przez łowców, panów i władców tego świata, rolą kobiety jest tkwić przy domowym ognisku, podtrzymywać ogień, warzyć przy nim strawę, zbierać korzonki, orzechy i słodkie owoce, a pomiędzy tymi jakże pospolitymi zajęciami rodzić dzieci, ogarniać jaskinię (szałas, namiot…), być na każde skinienie i ogólnie umilać wolny czas. Zaraz, zaraz – powiecie – przecież to nie tak wygląda! No może i nie tak, bo również mężczyźni mają dziś sporo do zrobienia, a oprócz utrwalonych tradycją pogawędek przy koniaku i cygarach, liczeniu zarobionych ciężką pracą banknotów i podszczypywaniu skąpo odzianych kelnereczek, trzeba zmienić młodemu/młodej pampersa, zmiksować zupkę, spakować plecaczki i rozwieźć potomstwo do żłobka/przedszkola/szkoły. Bo partnerka ma akurat ważne spotkanie w korpo…

Tośmy sobie pożartowali, a teraz na poważnie. Wielość ról, które gramy we współczesnym świecie bez względu na płeć i wiek, byłaby pewnie nie do udźwignięcia dla naszych przodków, przyzwyczajonych do statecznie uporządkowanego świata, elegancko podzielonego na pracę, dom i przyjemność, choć niektórzy mieli tylko pracę, a inni tylko przyjemność, zaś dom zapełniały głównie dzieci i kobiety. Dziś nic nie jest tak proste.

Dawno, dawno temu, w czasach, które pamiętam jak przez mgłę, dzieci biegały po polach i łąkach, zdzierały sobie kolana, potykając się na nierównych chodnikach, mokły biegając w deszczu i marzły, zjeżdżając na sankach z górki na pazurki. Dziś taka swawola jest oczywiście możliwa, ale raczej w kontrolowanych warunkach wypasionego placu zabaw czy ogrodzonego podwórka przy domu, to zmiana, która niektórych skłania do refleksji o tempie współczesnego świata, a innych do rzewnych opowieści o utraconym dzieciństwie… Jeszcze inni wypominają, że dawniej kreatywność mieliśmy we krwi, a dziś musimy ją wytrenować na licznych kursach i warsztatach. Ale czy na pewno? I czy naprawdę warto? Jestem matką. Moja córka była z tych biegających swobodnie, brudzących urocze, jasne ubranka i kaleczących kolana po licznych upadkach. Nie była wymagającym stałej opieki berbeciem, który bawi się tylko w towarzystwie i na zadany temat. Dziś małe dziecko nie jest już zabezpieczeniem na starość, to raczej inwestycja w przyszłość. Nie, nie rodziców, a w każdym razie nie tylko rodziców. Myślimy bardziej globalnie, wychodząc poza opłotki własnego domu. I choć nikt nas nie uczy wychowywania dzieci, to jakoś sobie radzimy, wykorzystując po części własne doświadczenia z dzieciństwa, wzmocnione fachową lekturą aktualnie panujących trendów, staramy się nie popełniać błędów naszych rodziców, popełniając za to masę własnych, a do wyboru mamy pełne partnerstwo z jednej strony i rygorystyczne podporządkowanie z drugiej.

Jestem córką. To dla mnie najtrudniejsza rola, bo moja mama to silna osobowość, solidnie osadzona w tu i teraz, konkretna i bezkompromisowa.

Moje najdalsze wspomnienie to dziadek pokornie tłumaczący babci, że jestem mokra (z grubsza do pasa), bo sanki się wywróciły i wpadłam w zaspę… Babcia nie była zachwycona, a dziadek dostał ostrą burę, że zaraz katar, kaszel i choróbsko na pewno! Nie pamiętam, czy zachorowałam, ale wypady z dziadkiem wspominam jako najlepsze, co mi się w dzieciństwie trafiło. To było takie dziadkowe wspieranie w poznawaniu świata, rozwijaniu uważności i ciekawości. Chodziliśmy razem do młyna, do budki dróżnika, na targ, do lasu i ogrodu, mieliśmy czas tylko dla siebie i bawiliśmy się przy tym świetnie, choć niestety trwało to zbyt krótko. Po śmierci dziadka plątałam się po najbliższej okolicy całkiem sama, choć dziś taka siedmiolatka zostałaby natychmiast odprowadzona na najbliższy komisariat, a opiekunowie oskarżeni o zaniedbywanie obowiązków.

Gdzie byli moi rodzice? Już dawno nie byli razem, a mama świetnie realizowała się w odpowiedzialnej pracy. Chyba byłam taką self made woman, zawsze z własnym zdaniem na każdy temat, trochę niepokorna i trochę wycofana.

Bycie mamą było dla mnie ustawicznym balansowaniem między radością z każdego uśmiechu a troską o przyszłość malutkiej. Konieczność przeorganizowania życia nie była problemem, problemem była nieznana mi kompletnie cierpliwość, konieczność rezygnacji z własnych przyjemności, potrzeba dzielenia się życiem z malutkim człowiekiem. Babcie niespecjalnie pomagały, bo praca, bo własne życie. Dziś sama jestem babcią i patrzę na córkę, która raczej partneruje mojej wnuczce niż ją wychowuje. Nie wtrącam się i cierpliwie dopytuję, jeśli coś mnie niepokoi, ale nie mówię „powinnaś zrobić tak i tak”, bo pamiętam, jak bardzo denerwowały mnie takie tyrady mojej mamy. To niełatwe stać z boku, będąc jednocześnie zaangażowanym emocjonalnie. Z wiekiem przybyło mi jednak cierpliwości, dystansu i spokoju, trochę żałuję, że nie miałam ich wcześniej. I kiedy spaceruję po parku, ściskając lepką od jedzonego właśnie jabłka dłoń wnusi, czuję spokój spełnienia i miłe uczucie wspólnoty, na które nie bardzo miałam czas jako młoda matka.

No tak, córka, matka, babcia, a co z żoną/partnerką? Bycie razem to trudna sztuka kompromisów, duża zmiana i doświadczanie nowego. Na początku jest łatwo (zauroczenie, miłość i te sprawy), potem coraz trudniej wybaczyć drobne odmienności, a i rutyna zaczyna być nieco denerwująca. Ktoś kiedyś powiedział, że zanim kogoś polubisz, zobacz, jak je jabłko… Ale przecież nie trzeba niczego zmieniać na siłę, wystarczy zaakceptować tę inność. Nie warto też rezygnować z „ja” i zastępować go bezkrytycznym „my”.

Czym jest moje „ja”? To moje poglądy, przyzwyczajenia i nawyki, wypracowane przez lata schematy, ulubione potrawy, filmy i muzyka, to kolory, w których czuję się najlepiej i kiecki, których krój uwielbiam. Ale nie zamykam się w bańce, w tej osławionej strefie komfortu, która według wielu blokuje naszą kreatywność. Nie żebym lubiła ciągłe zmiany, co to, to nie. Mam jednak świadomość, że świat się zmienia. Dziś pięćdziesięcioletnia kobieta to nie staruszka nad grobem, to raczej kobieta wolna pod każdym względem, której nie krępują już pieluchy, szkolne rozprawki, zasmarkane nosy i wieczne pranie (no… to akurat aż tak nie zmienia się z wiekiem). Być może to świetny czas na własne fascynacje i realizację młodzieńczych marzeń, czas na zmianę wyglądu czy sposobu życia. Ja w zeszłym roku postanowiłam pójść na całość i ściąć swoje długie loki, radykalnie i ostatecznie (bez przesady, włosy nie ręka, odrosną). I choć na początku było mi po prostu zimno (nigdy nie róbcie tego zimą!), teraz jestem zadowolona, a nowa fryzura świetnie się sprawdza. Powiecie, że to żadna zmiana? No cóż, dla mnie wielka. Podobnie jak rezygnacja z jedzenia mięsa, szokująca dla mojej mamy i wielu znajomych i skutkująca licznymi zabawnymi (i niekoniecznie) zdarzeniami.

Dziś zmiana pracy to już żadna zmiana, wszyscy to robią, czasem nawet zbyt często. Zmiana partnera? Nic odkrywczego… Może więc jakiś wyjazd, budowa domu czy nauka chińskiego? Może to i fajne i komuś pasuje, ale proszę was: nic na siłę.

Jeśli jesteś szarą myszką i skromną introwertyczką, pomalowanie włosów na marchewkowy czerwony spowoduje jedynie zasłonięcie domowych luster i konieczność noszenia czapki, nie zrobi z ciebie lwicy na salonach i nie powiększy grona fejsbukowych znajomych. Kurs argentyńskiego tanga to ma być przyjemność i próba pokonania nieśmiałości, a nie katorga i strach przed ośmieszeniem się. Rezygnacja z pracy i bycie kurą domową może być fajną zmianą (wiem coś o tym), ale będzie nie do zniesienia dla pełnej energii młodej ekstrawertyczki.

Nie jestem ideałem i nigdy nie byłam, bo ideały nie istnieją. Z wiekiem zaś przychodzi refleksja, że ważniejsze są wspólne chwile, okruchy dobrych wspomnień, pamięć uśmiechu, łza wzruszenia… Zamiast zmieniać coś na siłę, ulegać chwilowej modzie i dać się ponieść instagramowym trendom, lepiej znaleźć plusy wśród minusów. Czy je znalazłam? Chyba tak, bo nawet pisanie tego tekstu odłożyłam na bok, aby spędzić czas z córką i wnuczką, choć tak wielką przyjemność sprawia mi pisanie. Są jednak sprawy ważne i ważniejsze, a wybór należy do mnie. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!