fbpx

Nie lubię słodkiego

czyli sernik to nie ciasto

Znacie te niedzielne obiadki u naszych mam? Solidne zupy, okraszone ziemniaki, warzywka w postaci korniszonów i schabowy albo kurczak. A potem tradycyjne: „Komu ciasta?”. No i ja wtedy mocno podpadam… (Choć tak naprawdę podpadłam już wcześniej, bo ani tego schabowego, ani kurczaka przecież nie jem).

Słodkie nie jest dla mnie żadną pokusą. Owszem, zjadłabym truskawki, jabłka i czereśnie (zwłaszcza czereśnie!), ale czekolada może być przy mnie spokojna, ciasteczka, cukierki i napoleonki też. Tylko sernik musi się mieć na baczności, ale przecież sernik to nie ciasto, prawda?

Nie da się ukryć, że słodycze to uzależnienie. I bardzo trudno je pokonać.

Jako dziecko nie przepadałam za cukrem, moje koleżanki ubóstwiały mnie za to i zjadały czekolady piętrzące się na moim biurku. Czekolady przywoziła moja mama, która uważała, że dziecko musi jeść słodkie – ja nie jadłam. Dzieciństwo i czasy szkolne przypadły na okres braków w zaopatrzeniu i zakupów na kartki. Przydziałowe słodycze i tak trzeba było wykupić, żeby się nie zmarnowało (młodszym biegnę wyjaśnić, że kartki się dostawało na różne artykuły, np. dorośli mieli przydział alkoholu, a dzieci kartki na słodycze). Dzielnie kupowałam kolejne czekolady, których nie jadłam. Aż któregoś pięknego dnia gdzieś w towarzystwie, w roztargnieniu czy po prostu głodna, napoczęłam kostkę ptasiego mleczka… i wpadłam w nałóg! Czekolada mnie nie interesowała, za to środek i owszem – ta słodziutka pianka, idealnie rozpływająca się na języku… Na szczęście również i ten smakołyk nie był dostępny inaczej niż na kartki, a zakupienie go na jedną osobę było niemożliwe, bo opakowanie było zbyt duże i nie mieściło się w gramaturze miesięcznego przydziału. Cóż było robić… Namawiałam koleżanki na wspólne zakupy, co czasami się udawało, a czasem nie. W końcu nadszedł ten ostatni nieletni miesiąc, po nim już tylko Wyborowa czy inna Żytnia. Poszłam z przyjaciółką, nabyłyśmy pudełeczko z ptasim mleczkiem i… spożyłyśmy na miejscu, uczciwie dzieląc się na pół. Jestem pewna, że nigdy przedtem ani nigdy potem nie zjadłam takiej ilości słodkiego naraz! Niestety zapamiętany smak nęcił, przypominał o sobie i kusił coraz bardziej. Wkrótce słodkie zaczęło być bardziej dostępne, a ja jadłam ciasta, babeczki i czekoladki. I robiłam się coraz bardziej zaokrąglona. Co prawda, trwałam w swoim uporze niesłodzenia herbaty, ale wszelkie desery wchodziły mi już bez problemu.

Znacie to?

Nasi przodkowie (mam na myśli tych bardzo dalekich antenatów, nie tylko pradziadków i praprababki) cenili słodki smak. Słodkie było mleko mamy, zapewniające dziecku wszystko, co niezbędne dla prawidłowego rozwoju. Słodkie były owoce, zbierane i zjadane przez naszych przodków w długich przerwach między kolejnymi udanymi łowami. Zjedzone słodkie dawało przypływ energii i zapewniało siłę do codziennej krzątaniny, wędrówki czy tropienia zwierząt. Ale tego słodkiego nie było zbyt wiele, bo i zwierzęta chętnie korzystają z dobrodziejstwa darmowego słodkiego bufetu. Do owoców ustawiały się kolejki. Owoce były za darmo – mięso trzeba było wytropić i upolować.

Przez długie lata jedliśmy naturalne słodycze, czasem tylko o smaku lekko podkręconym przez suszenie, a słodziliśmy miodem. Cukier w formie czystej zawdzięczamy Aleksandrowi Macedońskiemu, który przywiózł go z Indii. Drogie kryształki spożywano z umiarem, może łyżka na rok. Na rok?! W elegancko czerwonej (z elementami białego) puszce napoju gazowanego jest tych łyżek pięć…

Do zasłodzenia naszego życia przyczynił się Krzysztof Kolumb, przywożąc do Nowego Świata sadzonki trzciny cukrowej. Zamorskie kolonie szybko stały się producentem tańszego cukru, co było wynikiem zarówno korzystnego klimatu, jak i niewolniczej pracy tubylców i biednych imigrantów. Cukier buraczany, czyli nasz swojski kryształ, to wynalazek XIX wieku i wynik kontynentalnej blokady Anglii w czasach napoleońskich. Słodkie kostki zagościły na naszych stołach, a hasło „cukier krzepi” długo było najlepszym sloganem reklamowym. Kolejną słodką cegiełkę dorzucili Amerykanie, którzy w latach 70. XX wieku dosłownie zalali świat syropem glukozowo-fruktozowym, produkowanym z kukurydzy. Jest to tańszy zamiennik cukru, co ważne, w formie ciekłej, która ułatwia zarówno jego transport, jak i stosowanie w przemyśle spożywczym. Zaobserwowano przy tym, że produkty, do których go dodano, dłużej zachowują świeżość i nie wysychają.

I tak cukier się rozsypał po świecie. Tortem świętujemy urodziny, czekoladą zajadamy smutek, dokładamy jeszcze jedną gałkę lodów, a potem popijamy słodkim napojem gazowanym… Na potęgę zaczęły psuć się nam zęby i przybyło kilogramów. I co z tym teraz zrobić?

Jeśli jak ja czytacie wszystkie etykiety, z pewnością wiecie, że cukier bywa dodawany do wielu nieoczywistych produktów. Maltoza, ksyloza, fruktoza, laktoza, dekstryna, syrop, melasa, słód, zagęszczony sok owocowy – wszystko to tak zwany cukier dodany, który powoduje, że przekąska, zupka czy kotlecik są takie przyjemne w smaku. I takie uzależniające. Napisałam „kotlecik”? Oczywiście! Cukier (często w formie miodu) jest używany przy peklowaniu, a w gotowym produkcie zapewnia żywszą barwę. Sery, musli, jogurty – wszystko z cukrem. Oczywiście jest na to metoda i to całkiem prosta: kupujemy produkty podstawowe, z których sami przygotowujemy posiłki. Moda na pieczenie domowego chleba, spotęgowana przez początkowe obostrzenia związane z pandemią, z pewnością wyszła wszystkim na zdrowie, bo ciemne chleby dostępne w sklepach swój kolor często zawdzięczają karmelowi albo słodowi jęczmiennemu, czyli, niestety, cukrom.

Znawcy tematu twierdzą, że łatwiej odstawić słone niż słodkie. Potwierdzam, sól prawie od zaraz i bez problemu zastąpicie ziołami i już za kilka tygodni podczas domowej kolacji znajomi będą prosić was o solniczkę (wiem, co piszę – nasi goście proszą, dyskretnie oczywiście). Niestety z cukrem nie pójdzie tak łatwo. Naukowcy twierdzą, że słodkie jedzenie i środki uzależniające mają podobne działanie, aktywując dopaminę. Słodkie to przyjemność. U osób jedzących cukier w nadmiarze pojawiają się też podobne objawy odstawienia: niepokój, drażliwość, senność i apatia. Podobnie jak przy narkotykach: im więcej jemy, tym więcej słodkiego potrzebujemy. Błędne koło…

Na początku warto zastanowić się, dlaczego tyle tego cukru. Może w diecie jest za mało węglowodanów, może zajadamy jakiś większy problem, a może po prostu jemy z nudów?

W zbilansowanej diecie jest miejsce również na słodkie, ale cukier powinien pochodzić z owoców, nie batoników. Jednak przede wszystkim warto poradzić się dietetyka i ustawić plan posiłków dostosowany do rytmu naszego dnia. Ustalone godziny naprawdę pomagają, wiem to z własnego doświadczenia. Nasze posiłki powinny być wartościowe. Nie zadowalajmy się byle jakimi śmieciówki. Kiedy odstawiałam cukier, w każdej torebce i plecaku nosiłam pojemnik z rodzynkami i żurawiną, a na przekąskę wybierałam jabłka. Polecam. Zamiast prozaicznej kanapki na drugie śniadanie można zabrać ze sobą pudełko z pietruszką korzeniową i marchewką (pokrojonymi w eleganckie słupki), które mają naturalny lekko słodki smak – w sam raz na przedpołudniowy spadek formy.

Zajadanie problemu nie rozwiąże się samo, to trudniejsza sprawa. Ale czasem pomaga spacer lub herbatka z przyjaciółką, joga, taniec, bieganie. Coś, jakaś aktywność, byle nie jedzenie. Podobnie można walczyć z nudą. Nie ma nic gorszego niż kanapa, film i… podjadanie.

Nie pamiętam dokładnie, ile trwało odstawianie słodkiego w moim przypadku, ale na pewno parę miesięcy. Teraz i owszem, zdarza mi się zjeść jakiś smakołyk, częściej lody (uwielbiam sorbety) niż tytułowy sernik, ale mogę też nie jest słodyczy miesiącami. Są jednak takie chwile, kiedy pozwalam sobie na coś ekstra, ale wtedy twardo trzymam się zasady, że musi to być coś naprawdę wyjątkowego – jakaś lokalna specjalność, niepowtarzalny smak, ciekawe składniki. Łatwiej mi w domu, bo przyznam, że nigdy nie miałam ręki do ciast, a szczytem moich kulinarnych umiejętności w dziedzinie słodyczy są kulki mocy i jaglane rafaello.

Natomiast jeśli chodzi o ten sernik, to moja przyjaciółka twardo obstaje przy twierdzeniu, że sernik to nie ciasto, czyli… można jeść bez wyrzutów sumienia. Pozwolę sobie pozostać przy zdaniu odrębnym. Po zajrzeniu w pierwszy lepszy przepis już na pierwszy rzut oka widać, że to cukrowa kopalnia. Smacznego!

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!