fbpx

O 10 000 kroków za daleko?

Czyli o tym, jak opaski fitness i zegarki sportowe zabierają nam radość z aktywności fizycznej.

Budzę się rano i pierwsze, co pojawia się na wyświetlaczu mojego Apple watcha, to powiadomienie, że mój wczorajszy dzień był „wyjątkowo dobry” pod względem aktywności fizycznej, przebytych kilometrów oraz wykonanych kroków. Używając współczesnej terminologii – udało mi się „zamknąć pierścienie”. Co więcej, tuż obok tego powiadomienia, które zdecydowanie łechce moje ego, wyskakuje drugie, zachęcające, ba, nawet zagrzewające mnie do tego, aby obecny dzień był nie tylko tak dobry jak poprzedni, ale nawet lepszy! Bo przecież postęp jest niesamowicie ważny i pod żadnym pozorem nie można zbyt pochopnie osiadać na laurach i pławić się w samouwielbieniu. 

Dlatego też ten inteligentny zegarek producenta z Doliny Krzemowej wyznacza mi nowy cel do osiągnięcia – dzisiaj mam za zadanie przejść o 2000 kroków więcej, stawać na nogach co godzinę i w międzyczasie ćwiczyć spokojny oraz świadomy oddech co 15 minut. I tak jak pierwsze powiadomienie bardzo mi się spodobało, ponieważ stanowiło odpowiednik przysłowiowej marchewki, tak to drugie, będące kijem, bardzo mnie zirytowało i sfrustrowało. Owszem, mój wczorajszy dzień był rzeczywiście aktywny, ale sprzyjały temu okoliczności. Bezchmurne niebo i promienie styczniowego słońca sprawiły, że mróz był całkiem przyjemny, a świat pokryty puszystym śniegiem wydawał się po prostu piękny. Nie stanowiło zatem większego problemu, aby ubrać się cieplej i wędrować z przyjaciółką godzinami po lesie, a dzień zakończyć sesją jogi. 

Ale dzisiaj, gdy patrzę przez okno i widzę ponury oraz deszczowy krajobraz, ostatnim, na co mam ochotę, jest długi marsz przez błoto. Ponadto jestem zmęczona po nieprzespanej nocy i czeka mnie dobrych kilka godzin nauki i siedzenia przed ekranem komputera. Jednak tego moja mądra opaska, strażnik aktywności, po prostu nie wie. Będzie mi więc nieustannie wysyłała nowe powiadomienia, zachęcające i motywujące do ruszenia się z domu. I oczywiście, ostatecznie wyjdę na spacer w celu zebrania moich kroków, ale nie wspomnę, ile razy zdążę się wcześniej sfrustrować tym, że jestem leniwym i bezużytecznym człowiekiem, który nie jest w stanie zrealizować zadania wyznaczonego przez głupi zegarek. 

Jednak przyrząd realizuje tylko swoje zadanie, którym jest zmotywowanie użytkownika do zwiększenia ilości aktywności fizycznej. Trzeba przyznać, że tego właśnie większość społeczeństwa ma ogromny deficyt, więc posiadanie takiej opaski fitness wydaje się dobrym sposobem na to, abyśmy wszyscy ruszali się choć odrobinę więcej. Założenie jest jak najbardziej dobre i godne pochwały. Mimo to mam wrażenie, patrząc chociażby na siebie samą, że korzystanie z monitora aktywności może stać się też bardzo uzależniające i pociągać za sobą negatywne konsekwencje. 

Doszłam ostatnio do wniosku, że niezwykle rzadko widuje biegaczy, których wyraz twarzy świadczyłby o szczerej radości, jaka płynęłaby z uprawianej przez nich w danym momencie czynności. Wręcz przeciwnie – ból i cierpienie, towarzyszące truchtaniu, zdają się głównymi emocjami odczuwanymi przez wspomnianych wyżej sportowców-amatorów. Nasuwa się więc pytanie – czy ludzie biegają dla radości, która płynie z tego sportu per se, czy być może dla długoterminowych korzyści, do jakich zalicza się dobrą sprawność fizyczną, kondycję oraz (oczywiście) szczupłą sylwetkę? Zdecydowanie uważam, że wszystkie powody są tak samo dobre, ale myślę też, że każdy z nich działa motywująco w zupełnie inny sposób. 

Kiedy sam sport nie daje zbyt wiele przyjemności, aby ubarwić sobie jego uprawianie, ludzie inwestują w rozmaite akcesoria. Dlatego oprócz profesjonalnego obuwia i nienagannego stroju u zdecydowanej większości biegających można dostrzec zegarek sportowy, który odlicza czas i kilometry, zbliżające ich do końca tej „udręki”. Skoro wydawać by się mogło, że wielu ludziom trudno jest czerpać radość z samego aktu biegania, a potreningowe endorfiny nie zawsze są wystarczającą nagrodą za wykonany wysiłek, to statystyki na wyświetlaczu opaski mają dużą szansę, aby uratować sprawę. Komunikaty w stylu: „twój najdłuższy bieg”, „najszybszy kilometr” czy „idealna kadencja kroków” (cokolwiek by to miało oznaczać) są odpowiednikiem trenera, klepiącego z zadowoleniem swojego zawodnika po barkach. Oto i nagroda, radość i satysfakcja, płynące z zadowolenia czegoś (lub kogoś), a także motywacja do ciągłego progresu. Jednak ludzie to nie maszyny, o czym wielu z nas często zapomina, więc nie ma gwarancji na to, że następny trening będzie lepszy od poprzedniego. Jest to zwyczajnie niemożliwe, bo każdy ostatecznie zderza się z własną ścianą – czy to w sensie mentalnym, czy też w fizycznym. W momencie, gdy przyjemność wynikająca z aktywności jest nierozerwalnie połączona z obsesyjnym łaknieniem zewnętrznej aprobaty i gratyfikacji, pojawia się poważny problem. Co wtedy, gdy zegarek nie wysyła wychwalających powiadomień? Kiedy „pierścienie aktywności” pozostają niedomknięte? Najprawdopodobniej pojawia się frustracja, poczucie odniesionej porażki i ogólny brak zadowolenia z samej lub samego siebie. A to prowadzi do złej relacji ze swoim „ja” oraz z szeroko rozumianym sportem. Przestaje on być bowiem inwestycją we własne zdrowie i dobre samopoczucie, a staje się rodzajem kary, obowiązkiem, który należy wykonać. I to bez względu na wszystko. Nie ważne, że danego dnia brakuje nam ochoty, sił i energii. Albo po prostu pojawia się chęć na zupełnie inną formę aktywności fizycznej. Zegarek prosi o kroki, o wyczynowość, o godzinne treningi z coraz to wyżej stawianą poprzeczką. A my chcemy go „karmić”, aby tym samym mieć jakiekolwiek podstawy do budowania poczucia własnej wartości. 

Oprócz tego mam wrażenie, że mierzenie, liczenie i zapisywanie swoich osiągnięć sprawia, że zanika w nas dziecięca radość, płynąca z intuicyjnego ruchu oraz eksploracji różnych form aktywności. Kiedy patrzymy na bawiące się dzieci, widzimy energię, słyszymy śmiech i odczuwamy pozytywne wibracje, które płyną z ich interakcji. Widać w tym wszystkim szczerą radość, wynikającą z bycia „tu i teraz”, z trwania chwili. Żadne dziecko nie uruchamia zegarka, gdy idzie poganiać za piłką lub wspinać się po drabince. Kieruje nimi wewnętrzna potrzeba ruchu, zabawy i dobrze spędzonego czasu z innymi. 

Jako dorośli często zatracamy tę przyjemność z rozmaitych codziennych czynności, nasze dni stają się sumą bardziej lub mniej przykrych obowiązków do wykonania. I to samo dzieje się w przypadku sportu – wiele osób traktuje go jako zło konieczne. Coś, co jak najbardziej warto wprowadzić w życie, ale bez specjalnej ekscytacji czy „fajerwerków” zachwytu. Sporo osób nawet nie zastanawia się nad tym, co tak naprawdę chciałoby robić w ramach swojej aktywności fizycznej. Wszyscy biegają, jeżdżą na rowerze, pływają i chodzą na siłownię. Tutaj lista potencjalnych możliwości się kończy, więc trzeba po prostu wybrać z tego zestawu najmniejsze zło. Jako że sam sport nie za bardzo nas pociąga, inwestycja w opaskę fitness wydaje się dobrym wyborem – dodatkowym, a nierzadko niezbędnym motywatorem.

Ale gdyby tak poszukać głębiej? Poczytać o potencjalnych możliwościach, porozmawiać z innymi o tym, na jaki rodzaj ruchu poświęcają swój czas? Być może istnieje taki sport, o którym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, a może okazać się dla nas opcją doskonałą? 

Głęboko wierzę w to, że każdy człowiek ma sobie to wewnętrzne dziecko, które łaknie przygód i radości w najczystszej postaci. Po prostu u niektórych jest ono bardziej ukryte i wydobycie go na powierzchnię będzie wymagało odrobinę więcej wysiłku. Zastanówmy się nad tym, czy może preferujemy sporty mniej intensywne, bardziej statyczne niż dynamiczne? Albo ruch zespołowy zamiast indywidualnego? Możliwości są naprawdę niewyczerpane, a i opcji do ich zgłębiania wiele. Bo warto podkreślić, że regularne uprawianie aktywności fizycznej pociąga ze sobą szereg korzyści zarówno dla naszego zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. 

Jednak w ostatnim czasie nieproporcjonalnie większy nacisk kładziony jest na ten pierwszy aspekt, który, mimo że jak najbardziej istotny, nie powinien być traktowany jako ten ważniejszy. Sport ma ogromny potencjał, aby pomóc nam ze spadkami nastroju, zahamować procesy starzenia, a nawet tak poważne i coraz bardziej powszechnie występujące choroby jak Alzheimer czy demencja. Korzyści długoterminowych jest naprawdę wiele, ale jak najbardziej możliwe jest czerpanie radości z uprawianej aktywności również na krótszą metę. Aby tego doświadczyć, dobrze byłoby więc wybrać taki ruch, który sam w sobie będzie nagrodą, czystą przyjemnością i źródłem satysfakcji. Czymś, co pomoże nam zbudować dobrą relację ze sobą i z innymi ludźmi. Da ujście złej energii i napędzi do działania. Będzie motywacją samą w sobie. Tak abyśmy opaski sportowe mogli traktować jako miły gadżet i przyjemny dodatek do codziennego funkcjonowania i sportowej garderoby, a nie uznawali je za wyjątkowo surowego trenera personalnego. 

Myślę jednak, że całkowite odrzucanie gadżetów i innych zdobyczy cywilizacji nie jest rozwiązaniem problemu. Jeśli czujemy, że zegarek skutecznie przypomni nam o tym, że dla naszego zdrowia lepsze będzie wejście schodami niż wjazd windą, pójście pieszo na zakupy nim jazda samochodem, to jak najbardziej poczyńmy taką inwestycję w poprawę jakości naszego życia. 

Ale spróbujmy też czasem wybrać się na spacer lub przejażdżkę rowerową tak po prostu, w celu miłego spędzenia czasu wolnego, a nie po to, aby „zamknąć pierścienie” i mieć wyjątkowo „udany dzień”. Do osiągnięcia tego ostatniego nie jest nam potrzebna nawet najbardziej inteligentna opaska fitness.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!