fbpx

Odpuść sobie zdrowie

Kiedy myślisz, że masz już wszystko i jesteś Królową Świata, przychodzi czasem taki dzień, kiedy nie jesteś w stanie wstać z łóżka i nagle świat staje. Myślisz sobie, że to niewyspanie, gorszy dzień, zmęczenie, chandra jesienna, ale rzeczywistość czasem bywa przerażająca, dlatego – jeśli boisz się takiego stanu – odpuść sobie zdrowie i nie czytaj dalej.

Dzisiejsza historia jest opowieścią o mnie samej, dlatego też niektórym może się ona nie podobać. Jest to jednak historia, która pokazuje nam, że czasem możemy popaść w kompletną rutynę i dowiedzieć się, że coś jest nie tak, o wiele za późno. Niedawno przechodziliśmy przez dwa świetne miesiące Pinktober, czyli październikowe przypomnienie o profilaktyce raka piersi, oraz Movember, czyli listopadowe przypomnienie o profilaktyce raka jąder. Ale jak wygląda dbanie o ludzi chorych w rzeczywistości?

Jestem wcześniakiem

Od tego powinnam tak naprawdę zacząć. W latach 90., kiedy moja mama postanowiła powić ostatnie swoje dziecię (wcale nie z wpadki), nikt nie przejmował się aż tak bardzo dziećmi urodzonymi przed terminem. Nie było jeszcze wtedy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która kupowała inkubatory dla maluszków. Nie było badań prenatalnych (ba! moja mama chyba tylko raz w czasie ciąży miała USG kiepskiej jakości).

Urodziłam się zdrowa. Płakałam, oddychałam, ruszałam się – dostałam 10 w skali Apgar. Ważyłam niecałe 2 kilogramy i miałam mniej niż 50 cm. Może to w skali wcześniaków dużo (obecnie ratujemy maleństwa mające 600 gram i nie więcej niż 20 cm), ale wtedy był to wcześniak, który mógł mieć duże problemy ze zdrowiem. Jednak nikt nie zalecał wizyt w poradniach neonatologicznych ani regularnych badań serca. Nawet to, że moja mama zbliżała się do czterdziestki, nie spowodowało, że lekarze kazali jej mieć mnie pod szczególną opieką. Ot, zwykłe: „proszę dogrzewać, jest malutka musi przybrać na wadze, proszę uważać na nią, żeby jej nie przeziębić, bo już jest październik”. I tyle. Mleka jeść nie chciałam. Dostałam drogą i kupowaną w aptece na receptę Humanę. Dziś – robiąc zakupy – widzę ją na półkach w markecie. Kiedyś moja mama musiała za każdym razem starać się o receptę dla mnie, bo inaczej nie mogłam nic zjeść.

Od porodu minęły 3 miesiące, wagą oraz „wzrostem” dogoniłam tabelki centylowe, więc pediatra był zadowolony i stwierdził, że zdrowe ze mnie dziecko. Jeszcze kilka miesięcy i będzie powtarzał mojej mamie, że powoli zaczynam mieć nadwagę, ale odpuści sobie, bo jestem jeszcze noworodkiem, który przecież dopiero rośnie!

Polska „służba zdrowia” i wyrozumiałość pedagogów

Jak już wspomniałam, ledwo skończyłam rok, a już moja lekarka pediatra marudziła, że mam lekką nadwagę i mama powinna pilnować, co jem i w jakich godzinach. Jednak mimo karmienia z zegarkiem w ręku i wydzielonymi porcjami, nadal beztrosko rosłam i tyłam. „Och taki wiek!”, „Rośnie, później wylata”, „Jeszcze się wyciągnie!”. Nie wyciągnęłam się.

W przedszkolu ważyłam tyle co niejedna nastolatka, a nawet dorosła kobieta. Jednak nauczyciele, pedagodzy, pielęgniarki szkolne, zamiast pokierować gdzieś moją mamę, cały czas mówią jej, że powinna mnie przenieść na dietę i kazać więcej się ruszać. Akurat zdrowa dieta to to, co zawsze było w moim domu, a ruchu – jak to na wsi – nigdy mi nie brakowało.

W wieku szkolnym zaczęły się również inne problemy – kłótnie z rówieśnikami, niewielka grupa przyjaciół, nieumiejętność odnalezienia się w grupie i… wysoki iloraz inteligencji. W pierwszej klasie moja nauczycielka dawała mi dłuższe sprawdziany z matematyki, bo inaczej wstawałam z ławki i rozwiązywałam zadania innym dzieciakom, nie żeby się skarżyły, ale tak podobno nie wolno. Czytać i pisać umiałam płynnie w wieku 4 lat, więc już w zerówce nudziłam się jak mops. Jednak moi rodzice – obawiając się, że nie poradzę sobie emocjonalnie w szkole – woleli mnie nie „przeskakiwać” w edukacji. Podobna rozmowa była później, w pierwszej klasie. Pamiętam, że mieliśmy zeszyty ćwiczeń. Na jeden miesiąc przypadały 4 zadania tematyczne. Jakoś w grudniu skończyłam książkę, bo nauczycielka odpuściła sobie i nie zabraniała mi robić zadań na przód, inaczej przeszkadzałam na lekcji.

Później nie było lepiej. W klasach 4 – 6 wychowawczyni wspierała mój rozwój naukowy. Konkursy, olimpiady, stypendia, kolonie dla dzieci za darmo – wszystko po to, żebym była coraz lepsza. Mogę jej zawdzięczać wiele, w tym jedną z moich pasji – fitoterapię, ponieważ w szóstej klasie zajęłam drugie miejsce w konkursie: „Pospolite rośliny zielarskie i ich zastosowanie”. Pokonałam tam osoby w wieku 10 – 16 lat. Byłam z siebie dumna i do dziś interesuję się ziołami i ich właściwościami. Jedyną przeszkodą w średniej powyżej 5,7 był… WF.

Nauczyciel WF-u – mimo mojej ogromnej nadwagi, a wręcz początków otyłości – nie miał dla mnie litości. Wszystko musiałam robić jak inni. Nie miałam „taryfy ulgowej”, nikt nie zwracał uwagi na to, że nie jestem w stanie przebiec dwóch kilometrów. Nie obchodziło go, że kręci mi się w głowie po dużym wysiłku. „Po prostu byłam gruba”. Pielęgniarka szkolna oraz pediatra na bilansach powtarzał tylko: „Schudnąć, mniej jeść, więcej ćwiczyć. Okres jest? Nieregularny? Unormuje się, młoda jesteś”. Więc jadłam mniej, ćwiczyłam na każdym WF-ie i w domu, jeździłam rowerem i… tyłam. A średnią podnosiła mi czwórka, wystawiona pod groźbą wychowawczyni, bo jak to, żeby medalistka, najlepsza średnia w szkole (!) miała dwóję z WF-u. Nauczyciel WF-u odpuszczał, bo po co miał robić grandę na całą szkołę?

A może poradnia?

W gimnazjum nadal miałam łatkę „tej inteligentnej”, więc nikt nie zwracał uwagi na mój wygląd. Oprócz dorastających nastolatków, którzy świetnie się bawili, przezywając mnie „wieloryb” albo „wielka stopa” (kurde, noszę rozmiar 36!). WF wspominam lepiej – może dlatego, że nie mieliśmy bieżni, a na stadion nie chciało się chodzić nauczycielce, więc było dużo lekkoatletyki i gimnastyki na korytarzu, bo hali sportowej też nie było. Okazało się, że WF może być przyjemny, jeśli całą lekcję stoisz na bramce, gdy gracie w piłkę albo unihokeja.

Jednak mimo aktywności byłam ciągle „wielorybkiem”. Każdy się w końcu przyzwyczaił. Nawet pediatra. „Ot taka Twoja natura maleńka, ja też mam boczki i za dużo kilogramów! Tylko uważaj na siebie, bo możesz mieć zawał albo nadciśnienie. Miesiączkujesz? Raz na pół roku? Unormuje Ci się jeszcze!”. Odpuszczałam, bo to racja, czytałam o tym w książkach – do 17. roku życia mogły być nieregularne miesiączki, a ja miałam dopiero 13 lat!

Jedyną osobą, która zauważyła we mnie talent – i kazała pisać opowiadania, zamiast rozprawek na 15 stron – była nauczycielka języka polskiego. To ona wysłała mnie do poradni pedagogiczno-psychologicznej, bo ilość błędów ortograficznych powodowała, że za jakość i styl wypracowania dostawałam piątkę lub szóstkę, a za ortografię, naciąganą dwóję na szynach.

W poradni było miło. Recytowałam formułki o ortografii: „Kto kreskuje -uje / Otrzymuje dwóje”, „Kłopotliwe samo „h” / Dość szczególną skłonność ma; / Lubi hałaśliwe słowa: / Huk, harmider, hałasować, / Heca, hurmem, hej, hop, hura, / Hola, horda, hejnał, hulać, / Hasać, halo, hop, wataha. / W tych wypadkach się nie wahaj!”. A później bez ogródek napisałam: „Halina usłyszała chuk, ktury dobiegał zza drzwi”. Po rozmowie pani psycholog poprosiła mamę do gabinetu. Stwierdziła, że jestem nad wyraz inteligentna: „nie mam tak dużej skali w tekstach IQ, ale ma ponad 130 punktów, tylko chyba za wcześnie nauczyła się pisać i czytać, bo źle trzyma długopis i ma dysgrafię, dysortografię i dysleksję”. Później kazała mi wyjść z gabinetu, ale w aucie mama mówiła coś tacie, że mam problemy z „nawiązywaniem kontaktów społecznych z rówieśnikami”. Kazali mi też czytać dużo książek (jej! w końcu mama się nie wkurzała, że wieczorami czytam, zamiast odrabiać lekcje). Myślę, że to było bardzo pomocne. Do dziś pamiętam scenę z książki Hanny Ożogowskiej „Tajemnica zielonej pieczęci” (choć ani autorki, ani tytułu nie pamiętałam w ogóle!), w  której Kierownik szkoły tłumaczy Stefanowi, jak krowie na rowie, zasady ortografii. Jest to fragment, który mocno zapadł mi w pamięć, ponieważ tak bardzo widziałam się w roli Stefana! Przywołam tu tylko skromny fragmencik z całej rozmowy:

– Najgorsze w tej ortografii jest to, że mnóstwo trzeba wykuć na pamięć. Dlatego tak mi trudno, bo ja to lubię na rozum wziąć. Jak coś zrozumiem, to od razu zapamiętam. Więc w ortografii też wymyśliłbym wszystkie takie prawidła, żeby każdy rozumiał, dlaczego się pisze tak, a nie inaczej. Na przykład herbata; jeżeli z cukrem, to pisałbym przez „ch”, a jak bez cukru to samo „h”. Rozumie się samo przez się.

— Hm, a jakbyś napisał na przykład „herbaciane róże”?

— Przez samo „h” — przecież nikt róż cukrem nie posypuje.

— A takie zdanie: „Ciotka poczęstowała nas herbatą”?

— Naturalnie przez „ch” — przecież nie się częstuje gości herbatą bez cukru. Lepiej się pod ziemię zapaść, niż przed gośćmi zawstydzić.

— Ale przecież ta ciotka mogła być na przykład skąpa.

— O, panie kierowniku, skąpy to w ogóle nic nie da, ani cukru, ani herbaty. Ja wiem, ja sam mam taką ciotkę.

Pan kierownik śmiał się na dobre. Podniesiony na duchu Stefan wywodził swojej teorii ciąg dalszy:

— Albo na przykład kluska. Kluskę powinno się pisać przez „ó”, bo jest okrągła. No nie?

— Nie — zaprotestował kategorycznie pan kierownik. — Nie zgadzam się z tobą. Znasz kluski kładzione?

— Znam.

— Okrągłe są?

— Nie. Kładzione to są przeważnie podługowate.

— A krajane?

— Krajane do pomidorowej zupy to są kwadratowe albo takie spiczaste.

— No, więc gdzie te okrągłe?

— A kartoflane? Moja mama robi pyzy z kartofli, takie okrągłe z dołkiem w środku. Pyszne są.

— I Stefan przełknął ślinę.

— Dobrze. Ale to pyzy. Nie ma w nich w ogóle „ó”. Proszę cię więc, pisz zawsze kluski przez „u” zwyczajne, bo wcale nie są okrągłe. A co do herbaty, to wiesz przecież: przygotowuje się ją zawsze bez cukru. Cukier podaje się oddzielnie. Każdy sobie słodzi, ile chce. Pisz więc herbatę przez samo „h”. Stefan zamilkł na chwilę. Rzeczywiście, teraz już ani herbata, ani kluska nie pomylą mu się nigdy. Żeby to Gramatyka chciała tak każdy wyraz wytłumaczyć. Ale ona widocznie takiego wykształcenia jak pan kierownik nie ma1.” 

Tak właśnie widziałam swoją drogę przez ortografię. Przecież każde słowo można było jakoś wytłumaczyć! Chociaż w szóstej klasie podstawówki moja polonistka tłumaczyła nam, że „góra” pisze się przez „ó”, bo wymienia się na rosyjskie „gora”. A ja sobie odpuściłam wkuwanie regułek, miałam w końcu papier, że mi to nic nie daje.

Po ciąży Ci przejdzie!

O ile z ortografią i resztą nauki jakoś problemy się nie pogarszały, tak z perspektywy czasu widzę, jak bardzo musiałam już wtedy cierpieć z powodu różnych zaburzeń.

Tyłam po 20 – 30 kg ciągiem, przez co nie mieściłam się w żadne ciuchy, tylko po to, by dwa miesiące później wrócić do swojej „normalnej” wagi. Jak skończyłam 16 lat przeniesiono mnie w przychodni od pediatry do „dorosłego” lekarza rodzinnego. To do niego teraz chodziliśmy na wszelkie bilanse na początku każdego roku szkolnego. Było o tyle fajnie, że on nie brał nas „hurtem” po 5 – 6 osób, tylko każdego badał indywidualnie, poświęcając mu odpowiednią ilość czasu. To właśnie on po pełnym wywiadzie ze mną wysłał mnie „na cito” na pierwszą wizytę u ginekologa.

Poszłam na wizytę z mamą. Dostałam skierowanie na badania krwi. Jeździłam po laboratoriach i w dzień drugiej kontroli dostałam miesiączkę, pierwszą od 168 dni. Ginekolog uśmiechnął się i stwierdził, że wyniki mam „książkowe” (no cóż, były, ale dla przedziału wiekowego 20 – 30 lat, a nie dla piętnastolatki) i „po ciąży Ci przejdzie!”. Co z tego, że nie chciałam mieć dzieci jeszcze przez co najmniej 10 lat?

Ten cudowny tekst: „Po ciąży Ci przejdzie!”, „Jeszcze jesteś młoda!” słyszałam wielokrotnie od ginekologów, endokrynologów i innych lekarzy. Zawsze „wszystko jest okej” , mimo że nie jest i nie mogę zrzucić wagi – „więcej się ruszaj i mniej jedz”. Mam nieregularne miesiączki – „przejdzie po ciąży!” i tak w kółko.

Pamiętam  jedną okropną dla mnie sytuację – teraz nie pozwoliłabym się tak potraktować, ale wtedy… miałam ledwie 20 lat. Ginekolog po dwupunktowym badaniu prolaktyny stwierdził: „Hłe, hłe, hłe, następnym razem to weź na badanie te tableteczki, co Ci kazałem wziąć, a nie witaminkę C” – ale powtórzyć badania nie kazał. Stwierdził że to błąd laboratorium, bo „nie możliwe, żeby tak młoda dziewuszka miała trzycyfrową prolaktynę”.

Dopiero lekarz, do którego poszłam po prostu po antykoncepcję, żeby chociaż mieć kontrolę, kiedy będę mieć miesiączkę, przyłożył się do ogarnięcia mnie. Dziadek miał z 70 lat, ale jako jedyny zdiagnozował mi PCOS i hiperprolaktynemię, chociaż „leczył” mnie antykoncepcją. Do dziś pamiętam, jak na każdej wizycie co 3 miesiące pytał: „To jak? Robimy już sobie dzidziusia? Czas płynie! Ja ci mówię złotko, ze mną najdalej za dwa lata urodzisz chłopca!”. Może wydawać się to niektórym przykre, ale dla mnie było miłe, bo na jednej z pierwszych wizyt po przeczytaniu wyników krwi i badaniu USG stwierdził: „Dziecko kochane! Kto Cię tak zaniedbał?! Przecież ty dzieci nigdy nie urodzisz!”. Nie urodziłam „mu” dziecka, ale czytałam komentarze w sieci na jego temat, że „dziaduś” ma setki wnuków i wnuczek, które „podarował” nawet tym, którzy starali się o nie latami i nawet in vitro zawodziło. Lekarz był z niego świetny, aż żałowałam, że wyprowadzam się z Olsztyna.

Po wyprowadzce odpuściłam sobie, bo przecież już nie mam torbieli, ani nie chcę dziecka, więc jest dobrze.

Depresja, której nie było

Tuż przed wyprowadzką z Olsztyna wyszłam po kilkutygodniowym pobycie na oddziale zamkniętym z tamtejszego Szpitala Psychiatrycznego.

Znalazłam się tam, ponieważ mój psychiatra leczył mnie na depresję, której prawdopodobnie nie miałam. Sama końcówka mieszkania w Olsztynie to był ciężki czas – rozpadający się toksyczny związek, problem ze studiami, praca na dwa etaty. Wszystko to sprawiło, że się posypałam. Trafiłam na fotel u psychiatry. Posłuchał, kazał brać leki, skierował do psychologa. Psycholożka zrobiła testy i stwierdziła: „depresja”. Kazała raz w tygodniu przychodzić na „terapię”, ja jej mówiłam, co się u mnie wydarzyło i czy jest mi smutno. Ona milczała albo zadawała te same pytania. Raz w tygodniu 30 minut.

Psychiatra w tym czasie raz w miesiącu pytał: „są skutki uboczne?” Jeśli powiedziałam „tak”, zmieniał dawkę tego samego leku lub dodawał drugi na uspokojenie.

Po 4 miesiącach psycholog kazała przychodzić co 2 tygodnie: „bo widać, że jest lepiej”, a miesiąc później stwierdziła: „Świetnie sobie Pani radzi! Powodzenia! Ja już nie zapraszam na wizytę! Proszę brać leki!”.

Trzy miesiące później siedziałam w gabinecie na Izbie Psychiatrycznej ze skierowaniem od psychiatry: „leczenie zamknięte – myśli samobójcze” i słuchałam komentarzy pielęgniarek: „Ale wiesz, że jak tam wejdziesz, to Cię już nie wypuszczą, nie?”, „He, he, he… ale nie becz! Tam na górze nikt się z tobą nie będzie cackał!”, „Patrz jaka przygotowana, nawet sobie książeczkę i kredki wzięła! Ale kredek to ci nie wolno, bo się jeszcze nimi pokaleczysz”.

Na oddziale spędziłam trzy długie tygodnie – lekarza prowadzącego (psychiatrę) widziałam 3 razy, psychologa – 2. Na wypisie miałam umieszczone: „Niezidentyfikowane zaburzenia osobowości ze skłonnościami do epizodów depresyjnych”. W tajemnicy moja lekarz prowadząca wygadała się, że myśli samobójcze miałam po lekach na depresję. Miałam „zbyt słaby stan depresyjny i zbyt wysoką dawkę leku”.

Po przeniesieniu do Gdańska, prawie dwa lata czekałam na miejsce na terapii u polecanej lekarki, która miała zajmować się takimi przypadkami jak mój. Nie doczekałam się, prywatnie nie było mnie stać, żeby płacić 200 zł raz w tygodniu. I tak oto moja depresja „zniknęła sama”, bo w końcu psychiatra stwierdził, że przecież jest okej, nie mam już myśli rezygnacyjnych i złego samopoczucia. Super! Odpuściłam sobie czekanie, bo przecież nie mam już depresji.

Chcesz wiedzieć, po co to mówię?

W międzyczasie poznałam swojego obecnego partnera. Zamieszkałam z nim w Poznaniu i gdyby nie on, pewnie mogłoby być ze mną gorzej. Grudzień 2019 roku. Ciągły stan podgorączkowy, bóle mięśni i stawów, bóle głowy, migreny, drętwienie kończyn, opuchnięte ręce i stopy, ranki na rękach. Nie byłam w stanie rano wstać z łóżka i iść do pracy.

Poszłam do lekarza rodzinnego. Badania krwi, badanie ogólne: „Jest Pani chora, ale nie wiem na co, podwyższone OB i CRP, jakiś stan zapalny. Weźmie Pani antybiotyk i przejdzie!”. Nie przeszło. Wzięłam antybiotyk i nic się nie zmieniło w moim samopoczuciu. Wyniki badań wcale się nie poprawiły. Lekarka leczyła mnie na ślepo: może grypa, może żołądek, aż w końcu rozłożyła ręce: „To trzeba do szpitala, bo ja nie wiem, co Pani jest”.

Ale szpitale nie przyjmowały chorych ot tak, bo wybuchła pandemia. W międzyczasie płakałam w poduszkę, że jestem „do niczego”, wszystko mnie bolało, nie miałam na nic siły. Padło z ust chłopaka ultimatum: „idziesz do psychiatry”.

Psychiatra stwierdził, że coś jest nie tak: „Zapiszę Pani leki na depresję, może się poprawi. Proszę przychodzić co tydzień, będziemy sprawdzać”. Psychicznie dzięki niemu stanęłam na nogi, chociaż stan nadal był ciężki. Mimo szalejącej pandemii ja brnęłam do przodu: ginekolog, endokrynolog, dermatolog, reumatolog, onkolog. Wymazy, badania krwi, badania na boreliozę, badania na reumatoidalne zapalenie stawów, badania poziomu hormonów, badania wątroby, USG brzucha, USG tarczycy, USG piersi, rezonans magnetyczny. Badania za 20, 50, 100, 250, 400 złotych, wizyty prywatne, torby leków. Diagnoza: niedoczynność tarczycy, guzek na tarczycy, PCOS, hiperprolaktyniemia, insulinooporność, tragicznie niski poziom witaminy D, podejrzenie guza przysadki, depresja, być może zaburzenia ze spektrum autyzmu.

W 4 miesiące wydałam wszystkie swoje oszczędności, bo służba zdrowia na NFZ w czasie pierwszej fali pandemii okazała się, jak zwykle, niewydolna. Musiałam zmienić swoje życie, przekopać je „do góry nogami”, nauczyć się nowej „diety”, pilnować regularnego brania leków – kilkunastu rodzajów – o różnych porach, bo mogą wchodzić w interakcje i niwelować swoje działanie, jeśli nie będę pamiętać o przerwach pomiędzy ich zażywaniem. Musiałam się na nowo uczyć żyć w nowej rzeczywistości. Musiałam odpuścić sobie wszystko: szkolenia, pisanie dla „V maga”, ograniczyć pracę zarobkową przez jakiś czas. Musiałam odpuścić wstawanie z łóżka w dni, kiedy nie byłam wstanie ruszyć kończynami. Tylko jednego nie zrobiłam. Nie odpuściłam sobie tym razem swojego zdrowia, bo może gdyby w moim trzydziestoletnim życiu choć jedna z wymienionych w tym tekście nie odpuściła sobie, to dziś nie musiałabym zmagać się z tym wszystkim.

Przede mną jeszcze bardzo długa droga – kolejne diagnozy, kolejne leczenie, dobieranie leków, szukanie specjalistów w danej dziedzinie, ale wiem jedno. Tym razem nie odpuszczę!


[1] Hanna Ożogowska, Tajemnica Zielonej Pieczęci, Warszawa, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, 1983, s. 5. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!