fbpx

Powinniśmy policzyć do dziesięciu przed dokonaniem każdego zakupu

O krawiectwie, fast fashion, zero i less waste w szyciu, podróżach oraz o tym, jak z przypadku może powstać wspaniałe miejsce, rozmawiamy z Dominiką Pyś, założycielką pracowni krawiectwa nietypowego Kosmitex. Rozmawiała Gabriela Kasprzycka.

fot. Dominika

V mag: Dominika, podróżujesz, uwielbiasz kino Bollywood, pasjonujesz się kulturami Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, fascynuje cię otaczający świat. Skąd wzięło się w twoim życiu krawiectwo?

Dominika Pyś: Trochę z przypadku (śmiech)! Pod koniec studiów, gdy do napisania została mi praca dyplomowa, pomyślałam, że muszę mieć coś z życia i że warto byłoby powrócić do kreatywnych działań. W dzieciństwie, w zasadzie aż do liceum, bardzo dużo rysowałam i malowałam. Później ta pasja została przeze mnie porzucona na rzecz nauki do matury… A szkoda, sprawiała mi dużo radości i przyjemności. Pod koniec studiów zew kreatywności zaczął mnie wzywać. Wpisałam w wyszukiwarkę hasło „kurs krawiecki Kraków” i tak zaczęła się moja przygoda ze szkołą cierpliwości. Nie miałam wcześniej styczności z szyciem, nie wiedziałam, że jest to na początku orka na ugorze (śmiech). Wyobrażałam sobie to zupełnie inaczej, jako zajęcie łatwe i przyjemne. Okazało się, że szyciem rządzą zasady i reguły, które na początku były dla mnie bardzo trudne.

Opowiesz nam o historii Kosmitex? Jak to się zaczęło i potoczyło?

Chyba jeszcze podczas trwania kursu krawieckiego, dzięki któremu udało mi się uzyskać tytuł krawcowej, usłyszałam o dotacjach przyznawanych młodym „na start”. Postanowiłam spróbować. Niestety nie udało mi się otrzymać dofinansowania na założenie działalności, ale nadal czułam, że powinnam mimo wszystko próbować stworzyć fizycznie swoje kreatywne miejsce na mapie. Mam taką teorię, że jeżeli czegoś bardzo pragniemy w swoim życiu i otwieramy się na to również na poziomie podświadomości, to wszechświat nam to daje. Zupełnie niespodziewanie ktoś życzliwy postanowił udostępnić mi niewielkie pomieszczenie na moje działania. Było to dość zaniedbane miejsce, ale wspólnie z moimi znajomymi udało się je wyremontować. Ktoś podarował mi ogromne lustro, inna osoba zaoferowała farby z remontu swojego mieszkania. Tatuś znajomej położył mi płytki wokół umywalki. Jeszcze ktoś miał do oddania szafkę na krawieckie szpargały. Inna znajoma znalazła sterty tkanin, które leżały zapomniane w pawlaczu w mieszkaniu jej ciotki. Jeden kolega przywiózł mi nawet szafkową maszynę Łucznik ze środka Polski, bo jego mama już dawno przestała na niej szyć. I z tych wszystkich „przypadków” udało się nam stworzyć takie moje miejsce, które zaczęło żyć swoim życiem. Powiem szczerze, że było to dla mnie dość niesamowite. Ale chyba dopiero od niedawna zaczęłam korzystać z pełnych możliwości tego miejsca. To jest też kwestia wiary w siebie, gdzieś głęboko w sercu. Takie rzeczy to długi proces, potrzebują czasu, aż zakwitną.

Czym się inspirujesz, tworząc swoje projekty i szyjąc ubrania oraz dodatki?

Ojej… Ciężkie pytanie. Chyba moim życiem wewnętrznym. Tym, co akurat przeżywam w środku. Wiadomo, że jest ono zazwyczaj odpowiedzią na to, co widzę dookoła siebie. Jest moją interpretacją rzeczywistości. Dużo u mnie barw, to na pewno – inspiruje mnie wyjątkowa siła kolorów, które występują w większości ubiorów etnicznych. Wyraziste czerwienie pojawiają się na przykład zarówno w stroju krakowskim, jak i w elementach ubioru ludów tybetańskich. To dla mnie fascynujące, że tak odległe geograficznie regiony używają podobnych konstrukcji kolorystycznych – inspiracja płynie w pierwszej kolejności z natury, z tego, co bezpośrednio otaczało te ludy w zamierzchłych czasach i, dzięki Bogu, części z nich udaje się nadal być blisko tej natury.

Inspiruje mnie również piękno, które czasami zakrawa o kicz – płynące z kina Bollywood. Myślę, że przypomina ono wiele marzeń z dzieciństwa – męskie wzorce herosa, który pokonuje wszystkie przeciwności losu czy też piękno zewnętrzne i dobro płynące z serca głównej bohaterki. Bardzo w tym momencie upraszczam, ale te żywe i roztańczone układy taneczne z ich piosenek, których zadaniem jest uchwycenie emocji głównych bohaterów, tak często trudnych do opisania słowem – to dla mnie żywa inspiracja ukazująca skomplikowanie świata ludzkich emocji, które wszyscy przecież przeżywamy.

Jaką rolę w twoim procesie twórczym odgrywają podróże? Jaki jest wpływ Indii?

Podróże to jedna ze stałych zmiennych w moim życiu (śmiech). Niezależnie od tego, czy chodzi o podróż na Podkarpacie, czy tysiące kilometrów dalej. W każdej z nich zawsze chodzi o ludzi i o spotkania z nimi. Jest coś absurdalnego w tym, co powiem, ale żaden Tadź Mahal nie zastąpi nam głębi spotkania przy przysłowiowym stole (bo w Indiach wielokrotnie jadałam pyszny obiad, siedząc na podłodze) u miejscowej rodziny w domu. I po to się już później wraca do danego miejsca; nie po to, żeby obejrzeć skąpany w chmurze smogu Kutub Minar, ale po to, żeby spotkać się z jedną osobą w Gudźaracie, bo rok wcześniej nie udało nam się być na jej zaślubinach.

Jaką to wszystko pełni rolę w procesie twórczym? Dzieło rąk, że tak to doniośle nazwę, jest wypadkową wielu czynników; zazwyczaj to echo wydarzeń, które rezonują we wnętrzu. Wydaje mi się, że największy ślad w ludzkim wnętrzu, oprócz bezpośredniego kontaktu z naturą czy z Bogiem, zostawiają właśnie ludzie.

Na twoim profilu na Instagramie i Facebooku pojawiają się treści dotyczące zero waste i recyklingu w twoim krawiectwie. Możesz nam powiedzieć o tym coś więcej?

Idea less waste czy zero waste jest symbolicznym zwróceniem uwagi na problem wyzysku istniejącego w świecie tzw. fast fashion. Wyzysku zarówno pracowników szyjących ubrania eksportowane do nas, jak i eksploatacji planety poprzez niezrównoważone generowanie zbyt dużej ilości odpadów czy też nakręcanie spirali wzmożonego konsumowania „modnych” ubrań w ten sposób, żeby większość z tych rzeczy trafiła w ciągu kolejnego pół roku na śmietnik i żebyśmy czuli przymus kupowania kolejnych.

Idea zero waste niejako ratuje nas częściowo z opresji, bo z niechcianych już ubrań czy z niewykorzystanych w szwalniach skrawków mogą jeszcze powstać inne, niestandardowe rzeczy, którym ktoś zechciał poświęcić więcej czasu niż zwykle (dlatego też zero waste to trochę „robota głupiego”, głowienie się, jak mogę pokombinować z szablonem, żeby udało mi się maksymalnie wykorzystać możliwości danego skrawka materiału). Zajmuje to, jak już wspomniałam, dużo więcej czasu, ale efekty mogą być właśnie – dosłownie – nieszablonowe. Z tego też względu takie ubrania czy dodatki mogą kosztować ciut więcej. Ktoś może się oburzyć: „Ale jak to, uszyte ze śmieci i jeszcze płacę za to jak u Diora?” – śmieci w rozumieniu tej osoby, bo tzw. odpady produkcyjne to nic innego jak nowa, porządna tkanina, z której dana szwalnia nie jest w stanie wykroić już nic więcej, bo na przykład nie zmieści się jej już szablon. A taki mniejszy twórca na przykład ma czas, żeby zszyć tę tkaninę w kilku dodatkowych miejscach i tym samym nadać ubraniu nowy, niepowtarzalny nigdzie indziej, kształt.

Na początku mojej działalności krawieckiej często dostawałam od znajomych różne materiały. Były to między innymi próbniki bardzo drogich, dekoracyjnych tkanin, które wylądowały u mnie na takich wyrobach jak nerki – fragmenty z próbnika były akurat na tyle małe, że nikt by nimi nie obił sofy czy fotela – ale już taka kolorowa, ozdobna nerka świetnie się prezentowała jako dodatek. Szczerze mówiąc, szycie zero waste jest ogromnie trudne, bo to wieczna „kombinatoryka”, jednak czasami warto, ponieważ efekty mogą nas zaskoczyć, jeśli oczywiście mamy na to czas. Obecnie bliżej mi do idei less waste.

Dlaczego warto kupować odzież od polskich producentów, takich jak Kosmitex?

Z czystego poczucia lokalnego patriotyzmu. To powoli dojrzewa w ludziach – można iść na obniżkę -70% do sieciówki, bo wiadomo, że człowiek chce o siebie zadbać i dobrze wyglądać. Ale może zamiast tych czterech nowych bluzek warto byłoby dać zarobić polskiemu producentowi, który podjął wysiłek zaistnienia na rynku odzieżowym, który do łatwych nie należy, i proponuje coś swojego. Ale też dlatego, żeby nie wyglądać identycznie jak Zosia z klatki obok. Bo różnorodność jest fajna? Moje dzieciństwo nie przypadło na epokę PRL-u, ale wydaje mi się, że ta ostrożność w doborze kolorów i wzorów ubrań może być konsekwencją tego okresu naszej historii. W zbyt wielu ludziach drzemie potencjał, na który polski odbiorca chyba jeszcze nie ma odwagi. Kiedyś lepiej było się nie wyróżniać, dla własnego dobra. Teraz czasy się zmieniły, ale szablony w naszych głowach niekoniecznie. Przecież nawet garnitur można tak wystylizować dodatkami czy choćby ostębnowaniem klapy w marynarce, żeby osoba, która go założy, wyglądała profesjonalnie, ale nadal inaczej niż wszyscy inni na piętrze w tej samej korporacji. Pamiętam, że kiedyś spotkałam się ze znajomym podczas przerwy u niego w pracy – zrobił na mnie ogromne wrażenie. Miał na sobie rozpiętą, szarą marynarkę, ale okazało się, że w środku są aż cztery różne wzory podszewki! To było kapitalne.

Nawet ubrania w stonowanych kolorach mogą wyglądać inaczej niż te z sieciówki. Mogą wyróżniać się krojem, jakością materiału. Ponadczasowością. Fast fashion to ciągłe zmiany, ale czy naszą planetę na nie stać?

Jak przetrwać, będąc na rynku zdominowanym przez fast fashion?

Jeszcze tego nie odkryłam (śmiech). Branża jest bardzo ciężka, nie usłana różami. Ogromna ilość małych marek powstaje i zaraz upada, a szkoda. Ja sama nie mam jeszcze na to gotowej recepty. Wiadomo, że można iść w ubrania, które każdy założy. Każdy ma przecież w swojej szafie T-shirt, ludzie zawsze będą potrzebować na przykład skarpetek – a te kolorowe to pomysł na świetny prezent. Ale sukienki to już grubsza sprawa – na jaki fason się zdecydować? Zakup belki materiału to już nie lada przelewki… Czy dany wzór tkaniny spodoba się moim klientkom? Wydaje mi się, że znalezienie grupy docelowej może być kluczowe. Osoby, które docenią styl twojej marki, szanujące twoją pracę – takie osoby częściej sięgają po tzw. slow fashion.

Na co powinniśmy zwracać uwagę, kupując ubrania?

Powinniśmy policzyć do dziesięciu przed dokonaniem każdego zakupu (śmiech). Może w pierwszej kolejności powinniśmy się zastanowić, czy naprawdę tego potrzebujemy. Następnie: czy dany fason, który jest modny w tym sezonie, dobrze wygląda na mojej sylwetce, bo może się okazać, że wcale nie i wtedy ubranie wyląduje na tej półce w szafie, którą każdy z nas ma, a nazywa się ona „może kiedyś to założę”. Jeśli fason na nas pasuje, przyjrzyjmy się tkaninie. Czy nasza skóra dobrze się w niej czuje? Czy ubranie jest uszyte porządnie? Czy nie ma miliona luźnych nitek w środku, czy ścieg overlockowy zaraz się nie spruje?

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w odkrywaniu recepty na triumf slow fashion.

Zdj. Ewa Płonka

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!