fbpx

Powrót do centrum, czyli o budowaniu siebie na nowo po czasach kryzysu

2020 był dla mnie – i pewnie nie będę tutaj jedyna – istnym rollercoasterem. Wywrócił mnie na drugą stronę, odmienił całkowicie wygodną, dobrze poznaną rzeczywistość, w której zdążyłam ulokować się w ciągu ostatnich kilku lat, a to sprawiło, że w pewnym momencie zwyczajnie zaczęło brakować mi tchu. To było tak, jakbym biegła w jakimś dziwnym, niekończącym się maratonie – z odległym widmem mety na horyzoncie, miejscami przebijającym się zza szarej, gęstej mgły i jednym podstawowym pytaniem na ustach: „Kiedy to wszystko wreszcie się skończy?”.

Przetrwaj lub zgiń

Najpierw wybuch pandemii z początkiem roku – zjawisko tak nagłe i w życiu wielu z nas bezprecedensowe – wytworzył lawinę myśli i lęków, zawłaszczając nasze poczucie bezpieczeństwa, dobrostan psychiczny oraz podstawowe kontakty społeczne. Nikt z nas nie miał więc wyboru: wszyscy musieliśmy stać się ludźmi na miarę XXI wieku – błyskawicznie ewoluującymi, elastycznymi do granic możliwości, adaptującymi się do ekstremalnych zmian w mniej niż minutę. 

W moim życiu pandemia najpierw zabrała mi ostatni semestr studiów magisterskich. Za oknem walił się świat, a ja, odpierając od siebie lęk o bliskich i o to, co przyniesie przyszłość, próbowałam odnaleźć w sobie wenę, siłę i dyscyplinę. Codziennie starałam się odkopywać głęboko ukryte pokłady energii potrzebne do pracy nad dyplomem magisterskim w warunkach domowych, jednocześnie starając się ignorować niecierpliwe tykanie zegara, który przypominał, że lada dzień będę brała ślub. Ślub w dobie pandemii – mimo chwilowej odwilży restrykcji, którą przyniosło lato – generował we mnie i w moim jeszcze-nie-mężu dodatkową masę obaw, ale znacznie bardziej stresowała nas perspektywa odsunięcia go na „nie wiadomo kiedy” w czasach, w których przyszłość w ogóle stała pod jednym wielkim znakiem zapytania. 

Z morza ślubnych przygotowań wypłynęłam na ocean niecierpiących zwłoki spraw uczelnianych, które doprowadziły mnie na absolutny skraj wytrzymałości, aż wreszcie – uff, udało się – otrzymałam tytuł magistra sztuki! Wydawałoby się, że w końcu mój maraton dobiega końca. W tydzień po obronie znalazłam pracę, udało mi się złapać kilka głębszych oddechów, powoli moje tętno zaczęło wracać do normy, aż tu nagle… jak potężny grad zaczęły spadać na mnie kolejne sprawy, tak mocno ingerujące w ten nowy, ciężko wypracowany, ale chybotliwy jeszcze porządek. Druga fala pandemii, zakaz aborcji z przyczyn embriopatologicznych, Czarnek ministrem edukacji, Strajk Kobiet, policyjni tajniacy pałujący i gazujący protestujących na ulicach – wszystko to i wiele więcej, ułożone w dowolnej kolejności, sprawiło, że na nowo zadrżałam w posadach.

Katharsis

Wydawało mi się, jakbym przespała ostatnie pół roku. Ba, jakbym smacznie spała przez ostatnie kilka lat. Zasnęłam jeszcze gdzieś w liceum, w wolnym, choć niepozbawionym wad kraju, w którym moi klasowi koledzy i koleżanki – mimo nastoletniego wieku, różnorakich światopoglądów i wychowywania się w rozmaitych, często niesprzyjających środowiskach – mieli w sobie znacznie więcej z dojrzałej, empatycznej postawy pełnej zrozumienia oraz akceptacji w stosunku do odmienności, niż ludzie rządzący moim krajem. Niby od dawna pływałam w tym sosie, w końcu obserwowałam, co dzieje się za oknem. Mimo to ta dotkliwa i niebywale bolesna świadomość o miejscu, w którym się znaleźliśmy – jako państwo, jako społeczeństwo, jako świat – zaskoczyła mnie, wprawiła w osłupienie i konsternację. Dostałam jak obuchem w głowę. Ten stan rzeczy sprawił, że zaczęłam zadawać sobie miliony, precyzyjnych jak nigdy wcześniej, pytań o kontekście kulturowym. Odpowiedzi na nie miałam na końcu języka od dawna, ale odsuwałam je od siebie metodycznie, obawiając się stanąć z nimi twarzą w twarz. Jak duży wpływ na moje obecne życie ma środowisko, w którym zostałam ukształtowana? W jak ogromnym stopniu narzucone role kulturowe wkradają się do moich decyzji, zawłaszczając pewne jego elementy przy błogim akompaniamencie dźwięków mojej nieświadomości? Czy potrafię odnaleźć w sobie agresję, by głośno krzyknąć „nie!” i wyrazić opór, kiedy moje granice zostają bezceremonialnie przekroczone, czy jednak decyduję się milczeć, bo wewnętrzny głos podpowiada mi, że tak będzie najwłaściwiej? Czy ten dobiegający ze środka głos w ogóle należy do mnie? Na wielu kobiecych profilach, które obserwuję w internecie, czułam podobną energię: energię transformacji, energię uderzenia z impetem głową o dno, przekroczenia powierzchni ostatniego rozproszenia. Za tą granicą pozostał już jedynie gęsty ocean niepoznanej ciemności, w której przydałoby się nauczyć na nowo stawiać kroki, choćby nieporadnie.

Transformacja

Pod koniec 2019 roku napisałam dla Vmaga dwa teksty, z których byłam zresztą bardzo dumna: jeden o dialogu w czasach podziałów, drugi o „ideologii LGBT”.  Podsumowywałam w nich rok, życzyłam sobie, aby 2020 był czasem odwilży i dał nam trochę odsapnąć. Cóż. Nie dał. Cały ten szalony rok pod wieloma względami doprowadził nas do ściany, jednocześnie krzycząc głośno: hej, tak naprawdę nie ma tu żadnej granicy! Jak się okazuje, granica jest dokładnie tam, gdzie osobiście zdecydujemy się ją wyznaczyć. Zawsze może pojawić się ktoś, kto niepostrzeżenie przesunie ją o metr, a potem o kolejny i jeszcze jeden. Po katartycznej jesieni przyszła zima, która w końcu zdaje się być dla mnie czasem głębszego oddechu. Okresem podsumowań, odkopywania siebie samej z gruzów, które zostały po starym porządku i – że to tak biblijnie określę – oddzielania ziarna od plew. Rok 2020 był, jaki był: trudny, stresujący, ściskający za gardło i rozkazujący biec dalej mimo trudów czy niedogodności. Czas transformacji jest okresem z założenia niewygodnym – gryzie jak nowy sweter założony na delikatną, nieprzyzwyczajoną skórę, trzeba dłuższej chwili, by poczuć się z nim komfortowo. Jednocześnie transformację widzę jako bliźniaczą siostrą transcendencji: otwiera ona oczy na dotychczas niewidoczne, pozwala ruszyć do przodu, zobaczyć rzeczy z innej niż wcześniej perspektywy, a w końcu – daje przestrzeń na budowę, a może raczej odbudowę.

Wracam do siebie

No i obudziłam się pewnego dnia w grudniu 2020 roku, zaparzyłam herbatę i zobaczyłam, że zmieniło się wszystko. Jak się okazuje, nie tylko na lepsze. Z rzeczy stricte prozaicznych i codziennych – w natłoku wydarzeń, obowiązków i myśli zaczęłam ignorować coraz to więcej istotnych przejawów mojej codziennej, osiędbaniowej rutyny. Zdrowa dieta – leci w odstawkę, nieistotne gdy wali się świat. Wysiłek fizyczny? Nie mam na to czasu ani siły – pomiń, odsuń na później. Pisanie? Zero we mnie emocjonalnej i umysłowej przestrzeni – zdania nie mają sensu; wylewają się ze mnie chaotycznymi falami pozbawionymi ładu i składu. Czytanie książek, woda z cytryną po wstaniu z łóżka, pielęgnacja skóry, planowanie posiłków i gotowanie – wszystkie te pojedyncze karty mojej dotychczasowej codzienności waliły się, jedna po drugiej. Zostałam tylko ja – odarta ze złudzeń, z głęboką refleksją na temat kondycji współczesnego świata, emocjonalnym kołowrotkiem, wegańskim majonezem w roli najlepszego przyjaciela i szóstym pokoleniem Simów, które zdążyłam wychować w ciągu ostatniego pół roku. I wtedy – po tym całym pokręconym roku – dotarło do mnie, że wreszcie nadszedł czas powrotu. Czas wrócić do wewnętrznego centrum. Powrót ten, jak się okazuje, jest jednocześnie wytaczaniem zupełnie nowych ścieżek, bo powrót do prawdziwej siebie oznacza udanie się w miejsca, w których być może jeszcze nigdy się nie było. Po zakrętach tego roku, po uderzeniu głową w mur, po katarktycznej jesieni – wreszcie jest czas na zabranie z przeszłości wszystkiego tego, co dobre i postawienie kroku w stronę lepszego, bardziej świadomego jutra. 

Jeśli w jakiś sposób utożsamiasz się z moimi doświadczeniami tego roku i masz w sobie podobne emocje – zbijam z tobą wirtualną piątkę! Nie jesteśmy w tym sami, nie jesteśmy w tym same. Ten maraton być może nigdy się nie skończy, ale jest szansa, że gdy nauczymy się prawidłowo oddychać i nie lekceważyć odczuć płynących z ciała czy serca, przebiegniemy go z podniesioną głową.

Początkowo myślałam o tym, by na końcu tego tekstu pojawiło się kilka rad w stylu „Jak po 2020 roku zbudować siebie na nowo?”, ale zdecydowałam się z tego zrezygnować. Tym razem nie będzie poradnika, nie będzie żadnych dobrych rad ani pouczeń. Wszystkie odpowiedzi mamy już w sobie. Chyba nadeszła pora, żebyśmy wreszcie zaczęli słuchać samych siebie – zamiast tych wszystkich głosów dobiegających z zewnątrz.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!