fbpx

Przepraszam za nieobecność, ale zapadłam się w podłogę

Na początku zawsze jest chaos. Postanawiam: chcę medytować. Wyciszyć myśli, zrelaksować umysł, wejść w siebie jak w wygodne legginsy do jogi. Chcę być trochę jak mnich, a trochę jak wojownik. Stabilna i silna niczym skała. Wszystko w swoim czasie. Na razie jestem roztrzepana jak jajko.

No dobra. Nie jestem takim znowu laikiem. Wiem już co nieco o mindfulness i widzę wyraźny związek umysłu z ciałem. Po każdym przebiegniętym kilometrze i każdej długości na basenie czuję, jak negatywne emocje magicznie zmieniają się w endorfiny. Stres znika jak mgiełka na okularach, przetarta rogiem koszulki. Ale medytacja? Eee, to nie dla mnie. Muszę się spocić, żeby się uspokoić. To przecież nudne. Siedzisz w pozycji lotosu z zamkniętymi oczami i powtarzasz w myślach: Jestem spokojna, jestem… spoko? Zaraz. To co ja miałam do zrobienia na jutro? Yyy, czy w drugim pokoju właśnie coś stuknęło o podłogę? I kto tak krzywo powiesił pranie na suszarce?!

Podejście pierwsze: idę na zajęcia grupowe

W grupie raźniej, w grupie siła. Wchodzę na salę z drewnianą, lekko skrzypiącą podłogą. Wielkie okna otwarte na oścież. W końcu jestem tu, żeby przewietrzyć głowę. Kilka osób siedzi w siadzie skrzyżnym na macie. Oczami wyobraźni widzę Alladyna na latającym dywanie. Parę osób leży na wznak i tylko po ruchach klatki piersiowej stwierdzam z ulgą, że jednak wszyscy żyją. Przyznaję, zawsze uważałam, że ludzie praktykujący jogę i medytację są lekko nawiedzeni – w pozytywnym sensie. Jakby otaczała ich jakaś magiczna aura. Zazdrościłam im tego spokoju i energii. Na sali cisza. Słychać tylko miarowe oddechy. Choć w grafiku szukałam zajęć pod hasłem “medytacja dla opornych”, to ostatecznie trafiłam na praktykę dla początkujących. Ponoć każdy jest tu mile widziany. 

Wdech i wydech. Sięgnij myślami do wnętrza ciała, poczuj jak twój pępek przykleja się do kręgosłupa… A teraz wszyscy razem powtarzajcie za mną dzisiejszą mantrę: OMMMM…..

Hi, hi. Delikatnie otwieram przymknięte oko, żeby zobaczyć, czy kogoś jeszcze rozbawił ten śmieszny pomruk na sali. Ale nie. Adepci medytacji siedzą w pełnym skupieniu. MAN to umysł. TRA to wznosić się. Każdy, poza mną, jest już myślami gdzieś daleko, może na wiosennej łące lub na pięknej plaży… Tylko ja siedzę wpatrzona we własne bose stopy, myśląc, czy nie przemalować paznokci na jakiś bardziej żywy kolor. 

Podejście drugie: będę medytować w domu

Dzień pierwszy. Ściągam aplikację z medytacjami prowadzonymi. Przyda mi się przewodnik. Ciągle czuję się zagubiona w tej podróży w głąb siebie. Wybieram krótką sesję z dźwiękami natury: w tle słyszę szum górskiego strumyka i śpiew ptaków. Leżę na macie przykryta kocem – podpatrzyłam to na zajęciach jogi. Savasana. Jest mi ciepło i przyjemnie. Baaaardzo miło… 

Poczuj jak energia przepływa swobodnie w twoim ciele, jak brzuch robi się miękki, a barki rozluźnione… Z każdym oddechem opadasz coraz niżej i głębiej… Powoli wtapiasz się w matę…

Odpływam. Budzę się po 15 minutach i wstaję jak oparzona. Nie wiem, gdzie jestem ani która jest godzina. Czy przespałam cały dzień?! Z medytacji niewiele pamiętam, ale jedno już wiem: działa lepiej niż melatonina. 

Dzień drugi. Czytam o podstawowych technikach medytacji i próbuję wykonywać instrukcje z książki. Mam usiąść wyprostowana, ale się nie spinać. Powinnam spowolnić oddech, ale nie kontrolować go przesadnie. Myślami błądzę po kolejnych częściach ciała – skanuję siebie od stóp do głów. Nasze mózgi są przyzwyczajone do miliona bodźców: powiadomienia push, nowy mail, nowe zdjęcie, nowy news… Myślimy o tym, co było, co będzie – rzadko jesteśmy tu i teraz. Gdzie jest ten magiczny przycisk OFF? Czy można całkiem wyłączyć myśli? Czytam dalej: Jeśli nie możesz kontrolować fal, naucz się surfować. Podoba mi się. Najpierw moja wyobraźnia podpowiada mi szalone scenariusze i faktycznie robię w głowie projekcję, jak pływam na desce w pięknym Algarve. Ale z każdym oddechem, z każdą minutą siedzenia w ciszy czuję narastający spokój. Jestem na fali. Jestem zanurzona w chwili obecnej. I wtedy dzwoni domofon. 

Dzień trzeci. Porzucam myśl, że kiedykolwiek zapanują idealne warunki do pełnego wyciszenia. Choćbym wyciągnęła wszystkie wtyczki z gniazdek, włączyła tryb samolotowy i zamknęła okna, to i tak znajdzie się jakiś rozpraszacz. Mam nowy sposób. Vipassana. Biorę rzeczy takimi, jakie są. Gdy za bardzo się staram, to nie wychodzi. Więc odpuszczam. Umysł jest jak szalona małpka – skacze z tematu na temat. Im bardziej próbuję ją schwytać, tym usilniej ona próbuje uciec. Dlatego powoli ją oswajam i przyzwyczajam się do jej obecności i niesfornych harców. Mam nadzieję, że za jakiś czas poczuję się z nią całkiem komfortowo. W każdym razie jestem na dobrej drodze. 

Nie poddaję się i próbuję dalej. Żadna ze mnie mistrzyni zen, ale dobrze się bawię, praktykując uważność w najzwyklejszych sprawach. Gdy jadę autem, jestem jazdą autem. Gdy jem obiad, to tylko jem, nic więcej. Kiedy myję naczynia, to też staram się być tylko tu i teraz. Biorę sobie do serca myśl, że szczęście to stan umysłu. Czasem siadam po turecku i po 5 minutach wstaję, bo mi cierpną nogi, jestem zbyt pobudzona lub niesforny kosmyk włosów łaskocze mnie po szyi. A czasem udaje mi się skupić nawet w ruchu – w otoczeniu pełnym silnych bodźców. Wtedy łączę swoje ulubione aktywności z uważną obserwacją wszystkiego dookoła. Coraz bardziej lubię te pozytywne wibracje, ten przyjemny odlot w ciszę. Wdech i wydech. Myślę o niczym, więc jestem. 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!