Roślinnie po estońsku

Rzecz dzieje się w na peryferiach internetu. W poszukiwaniu piw specjalnych z małych browarów o tradycyjnych metodach warzenia, przejechaliśmy ciekawsko palcem po mapie wschodniej Europy. Sunąc po Litwie i Ukrainie, a w nadziei na wyjątkowe piwowarskie odrycia zahaczając też o Białoruś i Węgry, naszym oczom nieoczekiwanie ukazał się europejski ranking. Długo nie zwlekając, omietliśmy wzrokiem listę krajów, a stamtąd już małą szczeliną wpadliśmy w bezkres estońskich ciekawostek, talińskich anegdot i skandynawskich wyobrażeń. Myślą przewodnią naszej wycieczki był jednogłośnie jasny, chmielny trunek o wdzięcznej nazwie Saku. Tutaj wznoszę mały toast za Wasze zdrowie i zabieram w ekspresową wyprawę po średniowiecznym mieście północy, gdzie między zabytkowymi kamienicami, a industrialnym klimatem zadbanych przestrzeni, ulice tętnią młodymi ludźmi, a piekarnie cynamonowymi bułeczkami. 

Nie ma co oplatać w bawełnę, kuchnia estońska opiera się głównie na mięsie. Jak się szybko okazało, większość tradycyjnych lokali dysponowało tylko asortymentem półoficjalnie wegetariańskich-wegańskich przystawek, i ciężko było o roślinne warianty dań, nawet tych najoczywistszych (z zupami i sosami na czele). Czy owładnął mną przelotny smutek? Owszem. Nieco nagiętą rekonstrukcją zdarzeń był kolejno wstrząs, łzy i zgrzytanie zębami. Czy był to impuls do zmiany strategii i pożywka dla mojego wewnętrznego, zacierającego ręce krytyka kulinarnego? Bezapelacyjnie.

Estonia liczy sobie niecałe półtora miliona mieszkańców. To mniej niż sama Warszawa. I rzeczywiście, próżno szukać tu roślinnych alternatyw w tradycyjnych kartach dań; niemniej kuchnia wegańska prężnie się przecież rozwija, wystarczy dobrze poszukać. Zatem uzbrojeni w świeży zryw motywacji, pochyleni nad ekranem telefonu i dwoma kuflami Saku, zrobiliśmy listę miejsc must eat i wybraliśmy sobie turystyczną trasę na następne dni. Tym sposobem sumiennie domknęliśmy grafik na długi weekend, a ja mogłam powrócić do delektowania się niebywałą pogodą, architekturą i towarzystwem. 

Mimo, że dzięki szklarniom nietrudno dzisiaj o różne mniej lub bardziej jałowe produkty spoza sezonu, ten nadbałtycki kraj nie słynie że świeżych warzyw i owoców. W Tallinie nietrudno za to natknąć się na grochówkę, kotlety czy pierogi. Tamtejsza kuchnia to istny splot historii; ciekawa kombinacja niemieckiej, rosyjskiej i polskiej gastronomii ze szczodrą domieszką wpływów duńskich i finlandzkich. Popularne są produkty zbożowe, na przykład kasza jęczmienna dodawana jest do wszelakich dań głównych, a czarny kwaszony chleb żytni gości na prawie każdym stole, o każdej porze dnia. Ku mojej radości, Estonia to także jeden z największych producentów ziemniaków na świecie. A ją lubię ziemniaki.  

Skwer Rottermann

Z naszej listy na pierwszy ogień poszedł Skwer Rottermann. Dość eksluzywna, zdawałoby się dzielnica; mieszanka starszych małżeństw sączących z klasą popołudniowe wino, YouTuberów nagrywających reklamę dla marki obuwia sportowego, i grup młodych matek chichoczących przy zielonych sokach. Tutaj wróciliśmy kilka razy, i to bynajmniej na zielone soki. Świetne rodzaje menu w stylu wege zadziałały jak magnes: buraczane ravioli z twarożkiem z nerkowców, pikantne tofu z quinoa i batatem w sosie pomidorowo-kokosowym, fasolowe burgery z pieczonymi ziemniaczkami czy wegańskie drożdżówki do naprawdę niezłej kawy. W końcu płynęłam dobrym nurtem. Po drodze łatwiej już było znaleźć typowo roślinne kawiarnie – i wakacje uratowane. Wszak nie samym piwem człowiek żyje.

Baltic Jaama Turg

W Tallinie stare miasto jest wygodnie skompresowane i wszędzie można dojść pieszo. W drodze do jednej z kolejnych destynacji natrafiliśmy na Baltic Jaama Turg, dość nowoczesny targ zbierający około 300 sprzedawców i cały asortyment produktów spożywczo-tekstylnych. Polskie korzenie nie pozwoliły mi wyjść stamtąd bez worka kiszonych ogórków, kapusty na wagę, soku warzywnego i porcji niezwykle słodkich jak na kwiecień, truskawek. Przejście przez całą długość tego targu graniczyło z cudem; stoiska zwoływały kolorowymi wyrobami, a obserwowanie tłumów napawało emocjami i fascynacją. Nie trudno byłoby spędzić tam kilku godzin eksplorując w ten sposób estońską kulturę.

Skwer Telliskivi

Prawdziwe imperium lokalnych artystów, hipsterów, miłośników muzyki, teatru i roślinnego jedzenia. Niewymuszona, luźna atmosfera. To tutaj zaliczyliśmy curry z kalafiora i ciecierzycy z ryżem basmati oraz soczewicę ze szpinakiem wybornie dobraną do piwa Tanker. 

Wpadając na tłum tancerzy i potykając o scenografię plenerową (to ja), dotarliśmy też niechcący do lodziarni. Wegańskie lody z mleczka kokosowego. Dlaczego nie wszystkie lody są robione z mleczka kokosowego? Proces podejmowania decyzji był koszmarnie długi i przerywany pokrzykiwaniami rozochoczonej ekspedientki podającej kolejne próbki smaków przez ladę. Rozterkom nie było końca.

Stare miasto i Port

Bardzo wielkie wrażenie zrobiła na mnie jedna średniowieczna karczma; talińska jadłodajnia z prawdziwego zdarzenia. Po przekroczeniu jej progu wchodzi się do istnego świata baśni. Setki świec przenikających kompletną ciemność, ciężkie, drewniane meble, ceramiczne naczynia, dźwięki prosto z wielowiekowych antycznych instrumentów, oraz teatralna obsługa w szatach żywcem z XV wieku. Jak można sobie wyobrazić, selekcja dań dość mocno odbiega od roślinnej, niemniej kucharz dopilnował by jedno danie, złożone z przynajmniej sześciu różnych elementów na talerzu, było całkowicie wegańskie. Strączki, kiszonki, warzywa i sosy podane w towarzystwie świeżego żytniego pieczywa wyrabianego w piwnicy tej kilkupiętrowej restauracji. Istny raj.

Nasza ostatnia kolacja miała widok na Bałtyk, statki i przyrdzewiałe ozdoby prosto z malowniczych kutrów. To tam zamówiłam gorącą zupę grzybową, i koszyczek estońskiego chleba. Jak każdy szanujący się korespondent, skosztowałam również mocnego likieru na bazie rumu, Vana Tallinn. 

Ten ciemnobrązowy, tradycyjny trunek z 1960r. ma zbawienny wpływ na dwie rzeczy: układ trawienny oraz wyśmienity humor. W trakcie gdy za Wasz układ trawienny nie odpowiadam (#bezprzesady), to zapewniam, że tego drugiego w Tallinie Wam nie zabraknie!


Więcej wegańskich treści znajdziecie jak zawsze w V magu


Autorka: Anna R. Majek

Mieszkająca w Szkocji wegetarianka-prawie-weganka, współlokatorka czarnego kota i hiszpańskiego męża. Popisowo zarządzam chaosem kuchennym, paprząc przy tym książki kucharskie i śmiejąc się z siebie gromko. Szukam niezwykłości w rzeczach zwykłych uporczywie dowodząc, że nasza rzeczywistość całkowiecie zależy od tego jak na nią patrzymy. Lubię szminki.
Na Instagramie można mnie znaleźć jako @bananove


Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *