fbpx
składy kosmetyków

Składy kosmetyków – SLS, SLES oraz SCS

Dzisiaj na tapet chciałabym wziąć chyba jedne z najbardziej kontrowersyjnych składników pojawiających się w kosmetykach, nierzadko widniejące praktycznie na samym początku ich składów: Sodium Lauryl Sulfate, czyli słynny SLS, oraz Sodium Laureth Sulfate, czyli SLES. Omówię też kwestię bezpieczeństwa SCS, czyli Sodium Coco-Sulfate.

Obecnie, dzięki wnikliwym badaniom od lat prowadzonym na SLS-ach, jesteśmy w stanie pozyskać wiele informacji na ich temat. Oczywiście duża część z nich jest uzasadniona i prawdziwa, ale w Internecie (jak to w Internecie) pojawia się też wiele nieprawdziwych komunikatów mogących wręcz wzbudzić w nas popłoch i doprowadzić do szybkiego pozbywania się wielu kosmetyków używanych przez nas na co dzień.  Czy słusznie? W tym artykule postaram się uporządkować wiedzę na temat tych substancji.

Czym są SLS i SLES?

Na samym początku warto zauważyć, że SLS i SLES to nie to samo. Oczywiście należą one do tej samej grupy, ale różnią się budową i działają w trochę inny sposób.

Obie substancje należą do grupy detergentów anionowych, czyli wykazują silne działanie pianotwórcze oraz zmniejszające napięcie powierzchniowe wody.

SLS

SLS można nazwać bardziej pierwotną i czystą substancją należącą do detergentów anionowych. Jest on bardzo silną substancją myjącą, mogącą w znaczącym stopniu naruszać barierę hydrolipidową skóry, czyli barierę ochronną naszego naskórka. Nie mniej jednak, co może wydać się bardzo kontrowersyjne, część instytucji certyfikujących kosmetyki naturalne (m.in. ECOCERT) pozwala na pojawianie się SLS-ów w składach owych kosmetyków. Z czego to wynika? Instytucje te, przyglądając się każdemu ze składników w danym kosmetyku, biorą pod uwagę zarówno jego pochodzenie oraz to, jaki ma on wpływ na środowisko. SLS otrzymywany jest z kwasu laurynowego znajdującego się w kokosie, czyli nie tylko nie jest substancją odzwierzęcą ale dodatkowo jego pozyskanie zachodzi w sposób przyjazny dla środowiska. Co więcej, SLS jest również biodegradowalny, dlatego, pomimo bardzo silnego oddziaływania na naszą skórę, dozwala się stosować go w kosmetykach naturalnych.

SLES

Jest to przekształcony w procesie oksyetylenowania (czyli dołączania cząsteczek tlenku etylenu) SLS. Dlaczego SLS-y poddaje się dalszym obróbkom? Z bardzo prostego powodu – dołączając do SLS-u mole tlenku etylenu, obniżamy poziom jego właściwości drażniących. Im więcej cząsteczek dołączamy, tym bardziej jesteśmy w stanie obniżyć szkodliwe działanie Sodium Lauryl Sulfate. Dlaczego jednak, mimo tego istotnego faktu, SLES i tak wciąż jest demonizowany? Problem leży właśnie po stronie dołączonego do niego tlenku etylenu, który może się w pewnych sytuacjach (np. podczas nieprawidłowego przechowywania danego kosmetyku) wytrącać do dioksanu, a ten z kolei w postaci czystego surowca jest absolutnie niedopuszczony do stosowania (ma udowodnione silne działanie drażniące oraz rakotwórcze).

Oczywiście, jak zawsze zdania są podzielone – jedni absolutnie nie zalecają stosowania SLES-ów, jako argument podając, że nie da się całkowicie wyeliminować procesu wytrącania dioksanów, przez co zawsze mogą one znaleźć się w kosmetykach, inni znowu twierdzą, że ilość jest tak mała, że absolutnie nieszkodliwa dla naszego zdrowia.

O ile sam SLS, jak już wspomniałam na początku, może być stosowany w kosmetykach naturalnych, tak SLES nie jest uznawany za substancję pochodzenia naturalnego – powstaje dzięki dalszej obróbce i ingerencji procesem oksyetylenowania.

SCS – alternatywa dla SLS?

SCS czyli Sodium Coco-Sulfate nazywany jest naturalną alternatywą dla SLS-ów. Dlaczego? Ponieważ, podobnie jak SLS, pozyskuje się go z kokosa, ale podczas gdy SLS otrzymywany jest z kwasu laurynowego wyodrębnionego z frakcji olejowej kokosa, tak SCS otrzymujemy z całego czystego oleju kokosowego. SCS jest zatem znacznie bardziej bogaty w przeróżne związki i substancje myjące. Niestety około 70% składu SCS-ów ciągle stanowi SLS (właśnie poprzez obecność niewyekstrahowanego kwasu laurynowego). Na resztę składają się inne (już znacznie bardziej pożądane) kwasy tłuszczowe obecnie w kokosie (m.in. kwas palmitynowy czy stearynowy). Czy zatem słuszne jest nazywanie Sodium Coco-Sulfate substancją w pełni bezpieczną i zdrową? Jak widać nie do końca. Jest oczywiście w pełni biodegradowalna i dopuszczona do użytku w kosmetykach naturalnych, ale posiadając specyfiki z SCS-ami w składzie, warto, jak zresztą zawsze, obserwować jak reaguje na nie nasze ciało i w przypadku zauważenia jakichkolwiek zmian (swędzenie, łuszczenie etc.) należy je natychmiast odstawić.

Podsumowanie

SLS jest substancją bardzo silnie drażniącą – co to tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Narusza barierę hydrolipidową skóry, może powodować zaczerwienienia i podrażnienia. Sam składnik jest bardzo często istotnym dodatkiem do płynów do mycia naczyń czy  usuwających trudne do pozbycia się plamy, co powinno dać nam do myślenia.

SLES to związek o znacznie mniejszej szkodliwości, przez co często znajduje się w produktach myjących przeznaczonych nawet dla niemowląt czy w płynach do higieny intymnej. Warto jednak wziąć pod uwagę, że, owszem, dołączanie do SLS-ów większej ilości moli tlenku etylenu znacząco obniży właściwości drażniące preparatu, ale jednocześnie im większa ilość dodanych moli, tym niestety większe szanse na wytrącenie się rakotwórczego dioksanu. Czy warto ryzykować, pielęgnując nasze strefy intymne lub delikatną skórę niemowlaka? Zostawiam to jako pytanie otwarte, na które każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam…

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!