fbpx

Skutki uzależnienia od kultu diety

Obecnie z wielu stron docierają do nas informacje, że nasze czasy naznaczone są epidemią otyłości. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że ponad 2 miliardy ludzi ma podwyższoną masę ciała, a ich procent w ogólnej populacji, w ciągu ostatnich 40 lat zwiększył się trzykrotnie. To statystyki globalne, a jak wygląda ten problem na naszym lokalnym podwórku? Niestety, tak jak cały czas dążymy do tego, aby być wysoko w przeróżnych międzynarodowych rankingach, tak tutaj zajmowane przez Polskę miejsce w samej czołówce nikogo nie powinno cieszyć. Statystycznie co drugi obywatel lub obywatelka naszego kraju zmaga się z nadwagą albo otyłością, co sprawia, że jako naród stajemy się coraz bardziej podatni na zapadanie na poważne choroby cywilizacyjne. Tym samym cukrzyca typu drugiego, nadciśnienie czy problemy z wydolnością serca powodują, że więcej osób narzeka na słabszą jakość życia, która nierzadko bywa powodem przedwczesnej śmierci. Dlatego powszechność kampanii oraz inicjatyw propagujących tzw. „zdrowy tryb funkcjonowania” wydaje się być tutaj zjawiskiem potrzebnym, a wręcz koniecznym dla zbudowania korzystnych nawyków żywieniowych wśród ogółu populacji. Czy możliwe jest jednak, że z założenia tak pozytywna propaganda, może nieść za sobą negatywne, a często fatalne w skutkach efekty dla ludzkiego zdrowia?

Powszechna jest tendencja do popadania ze skrajności w skrajność. Dzieje się tak, bo z psychologicznego punktu widzenia, dużo trudu sprawia nam odnalezienie tego idealnego i upragnionego „złotego środka”. Wymaga to bowiem pozostawienia dość sporego marginesu na potencjalne błędy i potknięcia, których za wszelką cenę pragniemy uniknąć. Wpasowanie się w hipotetyczne pudełko konceptualne, czarne albo białe, pozbawione odcieni szarości, wydaje się być tutaj rozwiązaniem idealnym. Dlatego potencjalna jednostka nierzadko wybiera albo życie napędzane wysoko przetworzoną żywnością i brakiem aktywności fizycznej, albo decyduje się na dietetyczny reżim, okraszony morderczymi treningami. Jedno lub drugie, bez opcji na wariant „pomiędzy”. W ten sposób, ogromny procent populacji ma poważny problem z nadmierną masą ciała, a niewiele mniejszy cierpi na obsesyjne dbanie o własne zdrowie i przestrzeganie rozmaitych dietetycznych reguł. I słowo „cierpi” jest tutaj jak najbardziej uzasadnione, bo egzystencja w nieustannej potrzebie kontroli każdego aspektu codziennego funkcjonowania, niesie za sobą ogrom zmęczenia, stresu i zupełnie niepotrzebnej nikomu presji. 

Niestety życie we współczesnym świecie nie ułatwia nam zbudowania zdrowego stosunku zarówno do jedzenia, jak i do samych siebie. Zewsząd docierają do nas głosy przeróżnych „ekspertów” z branży dietetycznej, które bardzo często głoszą dość opozycyjne względem siebie teorie. Jedni mówią, że gluten to ucieleśnienie całego zła tego świata, powód wszelkich dolegliwości zdrowotnych. Drudzy z kolei twierdzą, iż nie ma sensu się go obawiać, a całkowite wykluczenie tego składnika z naszego jadłospisu może mieć szkodliwe wręcz konsekwencje. To samo tyczy się ilości węglowodanów, białka i tłuszczy w diecie. Jakie proporcje są dla nas najlepsze? Czy warto całkowicie wyeliminować któryś z tych makroskładników albo drastycznie zmniejszyć jego udział, aby uzyskać najwyższy „wymiar zdrowotności”? Teorii jest tyle, ile głosów i opinii w sprawie. I to tyczy się nie tylko wspomnianych wyżej aspektów dietetycznych, ale i całego świata „fit”, który pełen jest nieustannie wypływających nowych dogmatów. W momencie, gdy padają one na podatny grunt w postaci osoby pragnącej zadbać o siebie, poprawić jakość życia, a przede wszystkim uciec mackom wszechobecnej otyłości, to niestety w efekcie mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Dzieje się tak, bo dana jednostka, podążając za wspomnianym wcześniej modelem zero-jedynkowym, tak bardzo boi się utraty zdrowia i szczupłej sylwetki, że zrobi wszystko, aby do tego nie dopuścić. Jeśli usłyszała więc, że niejedzenie po godzinie osiemnastej, unikanie owoców, produktów z białej mąki, tłuszczu, słodyczy i alkoholu może jej to zagwarantować, to kurczowo będzie się tych zasad trzymać. 

I tu zaczynają się poważne problemy. Po pierwsze, niejeden dietetyk zgodzi się, że tylko odpowiedni bilans kaloryczny może nam zapewnić upragnione efekty. Nie jest więc do końca istotne to, jakie produkty będą się w nim zawierały. Owszem, na dłuższą metę każda osoba będzie czuła się znacznie lepiej, jedząc w większości roślinną i nieprzetworzoną żywność. Jednak jeśli od czasu do czasu w jej diecie znajdą się produkty mniej odżywcze, świat naprawdę się nie zawali. Wręcz przeciwnie – uda zachować jej się balans, który jest nieodłącznym elementem dobrostanu zarówno fizycznego, jak i psychicznego, a o to powinno chodzić nam wszystkim w dążeniu do holistycznie rozumianego zdrowia. 

W momencie, gdy wpadniemy w pułapkę obsesyjnego przestrzegania dietetycznych reguł, kategoryzowania produktów na „złe” i te „dobre”, staniemy się więźniami utworzonego przez system, ale i nas samych, reżimu. Każda sytuacja, która będzie wymagała od nas elastyczności, „nagięcia” zasad czy jakiejkolwiek zmiany planów, stanie się powodem stresu i dodatkowej presji. Aby tego uniknąć, podświadomie zaczniemy unikać spotkań towarzyskich, wyjazdów i uczestnictwa we wszelkiej maści wydarzeniach, które związane są z jedzeniem. Strach przed spożyciem produktów z „czarnej listy” stanie się tak bardzo paraliżujący, że zacznie odcinać nas od tego, co w życiu najpiękniejsze i najbardziej wyjątkowe. Od ludzi, na których nam zależy, od spontanicznych działań, od niespodzianek, które zwykle są niesamowitym sposobem na ubarwianie codzienności i przełamują rutynę. Tkwiąc w dietetycznym reżimie, pozbawiamy się tego niezwykłego kolorytu, a coraz bardziej pragniemy pozostawać w strefie komfortu, która z każdą chwilą wzmacniana jest o nowe restrykcje, stając się tym samym trudniejsza do wyjścia poza jej ramy. 

Ten mechanizm działania oraz myślenia ma w swoją nazwę: ortoreksja, czyli patologiczna koncentracja na spożywaniu zdrowego jedzenia, która prowadzi do znacznych ograniczeń żywieniowych, to coraz bardziej powszechny problem naszych czasów. Kłopot w tym, że choć eksperci i lekarze zgadzają się, iż jest to poważne zaburzenie odżywiania, w dalszym ciągu nie zostało ono oficjalnie włączone do listy chorób psychicznych, na której figurują chociażby anoreksja czy bulimia. Dlatego osobom przejawiającym oznaki ortoreksji, dość łatwo ukryć się pod płaszczykiem potrzeby zadbania o własne zdrowie oraz wygląd, bo jest to po prostu zachowanie dopuszczalne, a często też aprobowane przez kontekst kulturowy i społeczny. Oparte jest jednak na fiksacji i maniakalnym kontrolowaniu wszystkich aspektów życia, co sprawia, że „zdrowy styl życia” pozostaje już tylko naklejką, pięknym opakowaniem na niezwykle szkodliwe mechanizmy o mocnym zabarwieniu autodestrukcyjnym. Granica jest tutaj dość cienka i łatwa do przekroczenia, a fakt, że ortoreksja w dalszym ciągu nie może zostać oficjalnie stwierdzonym zaburzeniem, zdecydowanie nie pomaga w procesie samodiagnozy. Dlatego warto być ze sobą szczerym i krytycznie oceniać swoje zachowania żywieniowe, badać, czy aby na pewno nie jesteśmy więźniami jakiegokolwiek reżimu dietetycznego. Gdy zauważymy, że mamy tendencje i skłonności o zabarwieniu ortorektycznym, nie bójmy się o tym rozmawiać i szukać pomocy. Szanse są, niestety, że niejedna osoba w naszym otoczeniu będzie mogła podpisać się pod naszymi doświadczeniami obiema rękoma. Im więcej jednostek zauważy problem i wadliwość systemu opartego na toksycznej, dietetycznej propagandzie, tym łatwiej będzie nam uwolnić się od macek obsesji związanych z jedzeniem. 

Kultura diety stała się częścią współczesnego świata, w którym dbałość o zdrowie jest jednym z ważniejszych priorytetów. Z jednej strony bardzo dobrze. Nie ma co ukrywać, że otyłość to naprawdę poważna choroba cywilizacyjna o coraz większym zasięgu. Widok dzieci, które już na starcie, poprzez konkretny bagaż genetyczny przekazany od rodziców z nadwagą oraz wychowanie w domu o złych nawykach żywieniowych, stają się podatne na zmaganie z dodatkowymi kilogramami, smuci i martwi. Dlatego kampanie, mające na celu uświadamianie ludzi oraz zapewnienie im dostępu do zdrowych produktów spożywczych, są naprawdę ważną częścią w procesie walki z epidemią otyłości. Klucz w tym, że należy przekazywać te informacje w sposób umiejętny. Tak, aby nie przyniosły one więcej szkody niż pożytku. Kategoryzowanie żywności na „dobrą” i „złą” oraz przyzwolenie na to, aby rozmaite teorie dietetyczne szerzyły się na lewo i prawo, spowoduje, że ogromny procent populacji wpadnie w wir błędnych i szkodliwych treści. Podawanie ich pod przykrywką zdrowia tylko usypia naszą czujność, bo przecież większość z nas pragnie żyć długo i szczęśliwie oraz cieszyć się witalnością. Paradoksalnie, sekretem do uzyskania takiego stanu wcale nie jest żadna magiczna dieta czy specyficzne zalecenia. Odnalezienie balansu, w którym jest miejsce zarówno na bogaty w mikro i makro składniki jadłospis, na spotkania towarzyskie przy piwie, jak i na sport oraz realizowanie swoich pasji, to klucz do upragnionego przez wszystkich zdrowia. Jest to bowiem tak złożony koncept, że nie da się sprowadzić go wyłącznie do zasad żywieniowych, pomijając tym samym wszystko inne. Zdrowie to dobrostan psychiczny jak i fizyczny, na który składa się naprawdę wiele elementów. Dlatego zamiast spędzać czas na obsesyjnym stosowaniu się do dietetycznych reguł, lepiej jest skupić się na szerszej perspektywie i na tym, co zrobić, aby odnaleźć się w tej holistycznej układance i być szczęśliwym. Bo od szczęścia do zdrowia jest już naprawdę niedaleko.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!