fbpx
zmiana strefa komfortu

O strefie komfortu ‒ jak próbować nowego i pozostać sobą

Tekst pierwotnie opublikowany został w 30. numerze V mag 1.08.2019

Większość z Was, a już szczególnie ci, którzy interesują się szeroko pojętym samorozwojem, z całą pewnością kojarzą popularne od dłuższego czasu pojęcie „strefy komfortu”. Strefa komfortu (ang. comfort zone) jest to psychologiczny stan, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, posiada w zasadzie pełną kontrolę nad otaczającą go rzeczywistością, dzięki czemu jego poziom stresu jest niski. Najbardziej komfortowe sytuacje to te, które są nam już dobrze znane ‒ ulubiona zielona herbata, własne łóżko, wieczór na kanapie z filmem i popcornem. Mamy sentyment do znanych zapachów, piosenek, książek. Do pracy jeździmy tą samą trasą, kupujemy sprawdzone wzory i kolory ubrań. W restauracji wybieramy dobrze poznane, bezpieczne dania, a w domu gotujemy swoje comfort food kilka razy w tygodniu, bo próbowanie czegoś nowego jest czasochłonne, wymaga dużo więcej koncentracji i istnieje znacznie większa szansa na porażkę. Jak można się spodziewać, w przypadku takich sztandarowych sloganów jak „strefa komfortu” większość stanowisk dotyczących zjawiska wychodzenia z niej i przełamywania swojej „bezpiecznej rutyny” to skrajne ujęcia tematu – niektórzy uznają to za absolutną konieczność, inni negują i wrzucają do wora coachingowych bzdur. A jak jest naprawdę? Czy stawianie samego siebie w sytuacji stresogennej jest konieczne do autentycznego rozwoju? Czy może trwanie ciągle w tych samych schematach jednak odbiera życiu trochę koloru? Jak to zazwyczaj bywa, prawda wydaje się znajdować dokładnie pośrodku.

Status quo

Tendencja do wybierania znanych sobie rozwiązań i niechęć do zmian to dobrze poznane zjawisko psychologiczne. Większość ludzi będzie odczuwać swego rodzaju barierę powstrzymującą ich przed podjęciem decyzji, która ma szansę zachwiać ich dotychczasowym życiem. Gdyby tak zastanowić się, jakie życiowe sytuacje mogą wiązać się z największą ilością stresu, wiele osób pomyślałoby o odejściu z pracy po latach tkwienia w jednej i tej samej, przeprowadzce, zakończeniu trudnego związku. Każdorazowe opuszczenie stałego stanu rzeczy (łac. status quo) stawia człowieka w gotowości do zmierzenia się z nieznanym, a umysł nie lubi nieznanego. Każdego dnia około 95% naszych decyzji podejmujemy w sposób nieświadomy, polegając na czymś, co określane jest jako adaptive unconscious, będące sposobem, w jaki nasz umysł postrzega świat. Owa adaptacyjna nieświadomość pozwala nam nie „przemęczać” nadmiernie swojego mózgu przy codziennych działaniach wymagających wzmożonej uwagi ‒ stąd jeździmy samochodem „na pamięć”, nie wykonujemy dokładnych obliczeń przy krojeniu warzyw na obiad i często nie zastanawiamy się specjalnie nad rutynowo wykonywanymi czynnościami. No właśnie ‒ rutyna. Umysł z jednej strony preferuje rutynę jako stan dla siebie naturalny ‒ w ten sposób oszczędza swoją moc obliczeniową, nie „przeciąża” poszczególnych systemów i nadmiernie się nie przepracowuje. W sytuacji każdej potencjalnej zmiany, która może zaburzyć dotychczasowy rytm, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią „STOP”. Nie rób tego. A co, jeśli nie wyjdzie? Lepiej się wstrzymaj. Poczekaj. Wróć do tego, co znane. Im częściej poddajemy się tego rodzaju wewnętrznym komunikatom, tym mocniej mogą oddziaływać one na nas w przyszłości. Amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir opracowała koncepcję modelu zmiany, w której to sama zmiana traktowana jest nie jako pojedyncze wydarzenie w życiu człowieka, ale jako złożony proces podzielony na kilka etapów. Autorka modelu podzieliła zmianę na 5 części ‒ poprzednie status quo, opór, chaos, integracja, nowe status quo. Człowiek przyzwyczajony do określonego stanu rzeczy po zetknięciu się ze zmianą najpierw odczuwa silną niechęć i stara się ją wyeliminować. Następnie zaczyna dostrzegać pojedyncze dobre strony zmiany, ale stale musi mierzyć się z nieznanym i odczuwanym brakiem kontroli. Z czasem rozpoczyna się jednak proces idei transformacyjnej, wraz z którym pojawia się ekscytacja nowymi możliwościami i zafascynowanie procesem zmiany. Już za chwilę wcześniejsza nowość zmieni się w tak lubianą przez ludzkie umysły codzienność. To, co z perspektywy pojedynczego mózgu jawi się jako stan podwyższonego ryzyka ‒ z punktu widzenia nauki jest logiczną sinusoidą starannie wykreśloną na infografice. Krzepiące, prawda?

Każdorazowa rezygnacja ze zrobienia wymarzonego kroku dokłada kolejną cegiełkę do muru obaw.

Bój się i działaj

Wyjście poza własne ramy jest trudne ‒ tym trudniejsze, im większy krok chcemy zrobić. Wielu ludzi będzie całe życie tkwić w starym porządku rzeczy tylko dlatego, że dobrze go poznali, choć czyni ich on skrajnie nieszczęśliwymi. Zapewne jest sporo sposobów na wyważenie murów wewnętrznych obaw, ale moim osobistym faworytem jest postawienie sobie dwóch kluczowych pytań. Po pierwsze – co najgorszego może się stać, jeśli zdecyduję się coś zmienić? Po drugie ‒ czy mój żal, że czegoś nie zrobiłam, będzie w przyszłości większy niż obecny strach przed działaniem? Te dwa pytania można zadać sobie w zasadzie każdej życiowej sytuacji ‒ podczas rozważań o rozpoczęciu nowego projektu, który chodzi nam po głowie już od roku, w trakcie refleksji nad wzięciem udziału w rekrutacji na wymarzone stanowisko (nawet jeśli rozum podpowiada, że szanse są mniejsze od zera) czy nawet kiedy przeglądamy menu w restauracji i kusi nas zamówienie po raz kolejny tej samej pizzy. To wszystko na poziomie jednostkowym wydaje się nie mieć większego znaczenia, ale małe rzeczy budują większe, a codzienne decyzje nie wiadomo kiedy zmieniają się w pojemną ilościowo i znaczeniowo „codzienność”. Wówczas można dopiero zaobserwować jakość naszych wyborów, to, na ile działamy zgodnie ze sobą, a na ile poddajemy się wewnętrznemu cenzorowi, który sugeruje zmierzać utartymi szlakami, żeby przypadkiem nie potknąć się na wystającym z ziemi korzeniu. W takim ujęciu strefa komfortu wcale nie musi być dla nas komfortowa. Jedno to codzienne rytuały, które poprawiają nasz stan ducha i budują nasze ja; drugie to powszechna rezygnacja z rzeczy, do których miesiącami i latami odczuwamy wewnętrzny pociąg, ale jawią się nam one jako zbyt wymagające. Powstrzymywanie się od działania może niejednokrotnie prowadzić do poczucia stagnacji, a każdorazowa rezygnacja ze zrobienia wymarzonego kroku dokłada kolejną cegiełkę do muru obaw. Jak więc wyjść z tego błędnego koła lęku przed zmianą i jej jednoczesnego pragnienia? Z pomocą przychodzi metoda małych kroków, ponieważ, jak w większości przypadków, rzucanie się na głęboką wodę bez podstawowych umiejętności pływackich to średnie rozwiązanie. Każdego dnia wprowadź małą zmianę. Dokładnie jedną. Jeśli zawsze pijesz wodę z cytryną ‒ dziś wrzuć do niej limonkę i miętę. Jeśli codziennie jeździsz do pracy autobusem – jutro przejdź kawałek drogi pieszo albo wybierz rower. Jeżeli zazwyczaj nie rozmawiasz z sąsiadką na klatce schodowej ‒ spróbuj pojutrze i obserwuj, jak małe zmiany generują większe. Ja wiem, jednym taka koncepcja wydaje się nonsensowna, a innych (widzę was, introwertycy!) wizja minuty rozmowy z obcą osobą może przyprawić o ból głowy. Nie ma sprawy ‒ wybierz takie zmiany, które wewnętrznie „czujesz”. Tutaj chodzi tylko o to, by próbować robić pewne rzeczy instynktownie, bez zasłaniania się przyzwyczajeniami, blokadami i irracjonalnymi obawami. 

Dużo małych zmian to większe szanse – zarówno na zysk, jak i na porażkę. Brak zmiany nie daje za to żadnej nowej szansy.

Słuchaj siebie

Samorozwój, nowa Ty, multitasking, najlepsza wersja Ciebie. Coaching już jakiś czas temu zaczął się ludziom powszechnie „przejadać”. Owszem, wiele z tych rozwojowych pojęć ma mocne fundamenty psychologiczne, ale koncepcja dawania z siebie sto procent zawsze i wszędzie oraz działania na pięciu frontach naraz nierzadko uderza do głowy. Aby z tych wszystkich sloganów wyciągnąć mądre i potrzebne treści, konieczne jest znalezienie swojego własnego balansu, a do tego z kolei potrzebny jest regularny trening wsłuchiwania się w siebie. W końcu nie każdy jest działaczem i aktywistą, a już na pewno nikt nie powinien zmuszać się do czegoś na siłę tylko w imię wyobrażonego rozwoju. W mądrym próbowaniu nowych rzeczy nie chodzi o rezygnację z tego co już lubimy, ale o świadomość, że poza granicą naszej wiedzy i doświadczenia może znajdować się coś, co również przypadnie nam do gustu. I w takiej sytuacji nie ma znaczenia rozwiązanie. Tak naprawdę nieistotne jest to, czy dostaniemy tę pracę, czy projekt się uda, czy risotto ze szparagami będzie smaczniejsze niż ulubiona pizza. Dużo małych zmian to większe szanse ‒ zarówno na zysk, jak i na porażkę. Brak zmiany nie daje za to żadnej nowej szansy. Decyzja, którą opcję wybierzesz, należy do Ciebie.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!