fbpx

„To był jeden z tych cudów, w który nie wierzyłam, a jednak się wydarzył. Znalazłam swoje miejsce na ziemi”

To historia o białych nocach, chodzeniu boso po śniegu, śnieżnych kąpielach i łosiach za oknem. „Mamy tutaj dosłownie Bullerbyn. Fabuła tej książki może i jest fikcyjna, ale to nie znaczy, że nieprawdziwa” – mówi Agnieszka, która trzy lata temu wyjechała z mężem Konradem do małej miejscowości na północy Szwecji. Przyjechali na studia, ale dzisiaj czują, że chcą tu zostać na zawsze. Swoim kawałkiem codzienności dzielą się na profilu @KundelekNaBiegunie.

Rozmawiała Dorota Falkowska.

V mag: Może zaczniemy od tego, co zastanawia na samym początku, gdy trafi się na wasz profil: jak to się stało, że kundelek i jego ekipa znaleźli się na biegunie?

Agnieszka Boeske: Kundelek miał być kundelkiem na biegunie. I mowa tutaj o Bocce, naszym psie. Czas mijał, a to konto przekształcało się bardziej w taką typową „życiówkę” – choć dla wielu nie jest ona typowa, bo dzieje się w Czerwonym Domku na północy Szwecji. Przyjechaliśmy na studia, zostajemy na zawsze. Cudownie móc mówić z taką pewnością o miejscu, w którym się mieszka. To chyba jeden z cudów, w które nie wierzę, a jednak się wydarzył – znalezienie Domu. Swojego Miejsca. I tak dzień za dniem opowiadam o dużych rzeczach, jak pobyt w szpitalu psychiatrycznym, aż po te małe, najmniejsze, czyli jakie to przyjemne uczucie siedzieć na ławie i bimbać nogami. Takie to jest właśnie konto. Poniekąd działa na moich obserwatorów terapeutycznie. Piszą do mnie, że lubią usiąść po całym dniu w biegu i obejrzeć film jak przez pięć bitych minut jeż je i pije pod naszym oknem. Pięć minut to mało? Nie w czasach Instagrama, gdzie najczęściej wszystko przeklikujemy. A ja nie mam nic szokującego, żeby dać. Ja mam dzień polarny na przemian z nocą polarną, grządki, do których właśnie niedawno rozrzucałam gnojownik oraz pewną ekipę…

Właśnie! Do waszej rodziny, oprócz Bocci, dołączył jeszcze pies Teo i cztery koty. Wszystkie są, jak je nazywasz, adopciakami. Czy planowałaś tak liczną rodzinę, czy była to raczej spontaniczna decyzja?

Nasza cała szóstka zwierzaków to adopciaki, a każdy ma swoją inną pokręconą historię. O ile Bocca jest ze schroniska, to pięć pozostałych zostało przejętych z drogi do uśpienia. Jeden po drugim, tak przychodziły i oznajmiały nam, że już się donikąd nie ruszają. Bałam się kiedyś kotów, Konrad bał się dużych psów (a musicie zobaczyć, jakiego niedźwiedzia adoptowaliśmy!). Dom zdarzył się nam niespodziewanie. Przeprowadziliśmy się z pokoju w akademiku, 26 m2, na wieś. Myślę, że odratowane świnki czy osły też nas wkrótce znajdą.

Na Instagramie opowiadasz o tym, w jaki sposób robicie z Konradem zakupy i że do waszego koszyka zawsze trafi jakiś obity pomidor, samotny banan czy zgnieciona cytryna. To bardzo zerowaste’owe podejście! Jak się zapatrujesz na ten styl życia?

O, ale mam timing z tym wywiadem. Właśnie siedzę i wcinam pomidora. Obitego nieco. Równie smacznego. Wiesz, to nie jest tak, że ja mam jakąś misję. Nie mówię sobie: „O nie, jak ja nie kupię tej rozlazłej cebuli, to już nikt jej nie kupi”. Nie jestem wybawczynią warzyw i owoców. Albo pogniecionych puszek. Albo pokruszonych ciastek. Mnie to po prostu absolutnie nie przeszkadza. Mam w głowie ten głosik: „Będzie im przykro, jak tu zostaną”. Coś nie do przewalczenia. Założę się, że wiele osób ma podobnie w jakiejkolwiek sferze życia/zakupów. Co do zero waste, najważniejsze, co pomogło nam praktycznie do zera ograniczyć ilość marnowanego jedzenia, to menu na cały tydzień, dzięki któremu wiem też, że nie wolno podżerać, bo na jakiś obiad zabraknie składnika. To idealnie wpisuje się w naszą próbę zmiany nawyków żywieniowych. Z takich mniejszych rzeczy – fusy od kawy to peeling (świetny na skórę głowy), z natki marchewki można zrobić pesto (mega pycha, obiecuję!), a te poobijane owoce/warzywa – to są gangsta składniki ciast, zapiekanek, soków.

V mag był pierwszym w Polsce e-magazynem o tematyce wegańskiej, więc nierozsądnie byłoby cię o ten temat nie zapytać! Ty i Konrad przeszliście na weganizm kilka lat temu. Opowiesz trochę o tym? Co was do tego skłoniło i jak wam się ta przygoda podoba?

Zmieniliśmy dietę nie tak dawno, bo jakieś trzy lata temu. Szkoda, że nie trzydzieści lat temu! Nigdy nie oglądaliśmy filmów typu Cowspiracy, wiemy doskonale podskórnie, jak to wszystko wygląda. Po prostu późno w życiu zaczęliśmy zadawać sobie o to pytania. Myślę, że karaizm zakorzeniony w naszych rodzinach skutecznie nas odciągał od jakichkolwiek analiz na ten temat. Bardzo często znajomi pytają, jak wygląda bycie weganinem w miejscu, gdzie praktycznie nie rosną żadne owoce ani warzywa. True, ale z drugiej strony, takiego wyboru produktów wegańskich w życiu nie widzieliśmy, w żadnym kraju, który odwiedziliśmy (nie, żeby była ich jakaś wielka liczba). Taki przykład – w każdym sklepie są mleka wegańskie. Albo inaczej – w każdym sklepie jest minimum dwadzieścia różnych mlek wegańskich. Wygodne jest to, że kiedy wchodzi się na stację benzynową lub do restauracji, czekają tam różne opcje wegańskie. Nie wyobrażam sobie, żeby gdzieś nie było alternatywy wegańskiej. I to jest super! Sama pracowałam w dużej restauracji i zawsze „wpychałam” klientom vegan burgera zamiast zwykłego. Wracali już tylko po niego. Win, win, win!

Czy twoje życie mocno się zmieniło, odkąd zamieszkaliście w Czerwonym Domku na wsi? Dobrze żyje ci się w wolniejszym, wiejskim tempie czy może tęsknisz do miasta?

Urodziłam się i wychowałam w małym miasteczku, później przeprowadziliśmy się na wieś, a studiowałam w Poznaniu. Mam więc pobieżny ogląd każdego z stylów życia odpowiadających danemu miejscu. Myślałam, że jestem dziewczyną z miasta. Kiedy wyjeżdżasz z małego miasteczka z historią wszyscy-wiedzą-wszystko, to jest to wielka ulga. A potem trafiamy tutaj – północ, gęstość zaludnienia to siedem osób na kilometr kwadratowy, na każdego człowieka przypada pół jeziora, a największe wydarzenia gromadzą dwa tysiące osób. To duża zmiana i zupełnie inny klimat życia, bo tutaj małe miasto, jakim jest Skellefteå, jest rozwinięte właśnie na poziomie (na przykład) Poznania. Wiem, jak to brzmi, ale nie wiem, jak to opisać, żebyście uwierzyli. Przyjedźcie!

Aha, ale ja miałam o Czerwonym Domku i wsi. Ludzie często mówią, że mamy tutaj dosłownie Bullerbyn. Rozumiem to porównanie. Fabuła tej książki może i jest fikcyjna, ale to nie znaczy, że nieprawdziwa. Łosie za oknem, białe noce, ptaki śpiewające dwadzieścia cztery godziny na dobę – to mnie nadal szokuje. Kilka metrów śniegu, problem z dokopaniem się z domu do auta – to mnie nadal szokuje. Pozytywnie. Pokochałam ten nieoczywisty klimat. Nauczyłam się chodzić boso po śniegu i kąpać się w nim. Nauczyłam się, że opalać nogi można i w środku nocy. Codziennie jest tutaj po prostu bezpiecznie. Nie trzeba udawać. Nie mam nawet kluczy od domu, nie jestem pewna czy takie w ogóle istnieją.

Zaczęliście z Konradem nowe życie w nowym kraju, nie znając języka. Czy samo podjęcie decyzji o wyjeździe było trudne? Czy może to, co najtrudniejsze, wystąpiło już po podjęciu pierwszych kroków, na zasadzie: „O rany, co my właśnie zrobiliśmy”?

Trudne to było życie przed decyzją. Nieprzespane noce z pytaniem w głowie – czy tak właśnie ma to wyglądać, czy to już wszystko, czy trzeba codziennie zwalczać paradoksy naszej ojczyzny? Decyzja to było wybawienie. Wyjazd to odetchnięcie z ulgą, że jest miejsce, które pasuje do naszego światopoglądu, naszych wartości. Często słyszę, że taki wyjazd to odwaga. Odpowiadam wtedy szczerze, że to zdecydowanie coś innego. To ostateczne, krańcowe wkurwienie.

Jesteś osobą bardziej ciekawą niż strachliwą czy boisz się, ale robisz to, o czym wiesz, że może okazać się dla ciebie dobre?

Kurde, chyba żadne z tych. Kiedyś, przed rozpoznaniem mojej choroby (choroba dwubiegunowa), byłam nieustraszona. Teraz wiem, że to mania przejmowała stery mojego życia w takich momentach. Były też czasy, kiedy czułam się bardzo słaba, w depresji, i nie potrafiłam wykonać żadnego kroku. Teraz nareszcie osiągnęłam medianę. Nie boję się, ale i nie porywam się na to, co wyssałoby ze mnie całą energię.

Co byś powiedziała osobom, które chciałyby wyjechać i zacząć życie w innym mieście lub kraju, ale się boją?

Jedźcie.

Idea weganizmu przyświeca również waszej firmie @FeelsLikeNorth, którą prowadzicie wspólnie z Konradem. Wszystko jest ręcznie robione i wprost zachwyca klimatem Północy. Wiedziałam, że w waszym sklepie można kupić piękne drewniane kubki i inne elementy z drewna, ale zaskoczyło mnie, że sprzedajecie również kolczyki, które własnoręcznie tworzysz! Czy to powstały spontanicznie produkt? Skąd wzięło się u ciebie zamiłowanie do wyplatania?

Bo ja też chcę mieć coś swojego, a nie tylko on z tym swoim drewnem! Meble tworzyliśmy sami, remontując dom. Drewniane poroża, kubki to domena Konrada. Ja siedzę i wyplatam, bo bardzo mnie to uspokaja. Zupełnie jak puzzle. Potrzebuję takiego wyciszenia. Przy okazji, i to jest dla mnie największy zaszczyt, wyplatam, bardzo często kolczyki dla panien młodych. Potem dostaję zdjęcia i tak sobie ryczę, i wyplatam dalej.

Motto V maga to życie bez przesady. Przekonujemy ludzi, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Jak ty opisałabyś życie bez przesady? Co na pewno musiałoby się w nim zawrzeć?

To, na co cię stać, tylko o połowę mniej. Kiedy „o połowę mniej” staje się dla ciebie „idealne”, to jest według mnie życie bez przesady. Z pokorą. Z wdzięcznością. Wtedy nie myśli się obsesyjnie o tej drugiej połowie i o tym, co jeszcze, co dalej.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!