fbpx

To nie mój cyrk

Okrągła arena, widownia wznosząca się aż pod płócienny dach namiotu, elegancki konferansjer w stroju wzorowanym na mundurach szwoleżerów, wykrzykujący gromko: „Piękne panie, szanowni panowie, dziś w programie woltyżerka, podniebne akrobacje, mrożąca krew w żyłach tresura lwów, tańczące psy i kobieta z brodą. Tylko u nas!”. To CYRK.

To rozrywka nie dla mnie. Cyrk nigdy mnie nie ciekawił. Kiedy byłam dzieckiem ku utrapieniu rodziców stanowczo odmawiałam oglądania słoni chwiejnie stojących na jednej nodze i przystrojonych jak na odpust koni tańczących na tylnych nogach. Nie powiem, kilka razy udało się wciągnąć mnie do namiotu, więc wiem, o czym mówię: to nie moje klimaty. Ja nawet nigdy nie obejrzałam Dumbo, dacie wiarę?! Za to przez pewien czas byłam fanką serialu Carnivale

Kiedy dziadkowie uparcie proponowali, że zabiorą naszą córkę do cyrku, nie oponowałam, ale zachwycona nie byłam. Sama oglądałam cyrkowy namiot i otaczające go wozy już tylko z daleka. Na szczęście córka szybko dorosła na tyle, żeby zrozumieć, że w cyrku „męczą zwierzęta” i nie dopominała się jakoś szczególnie.

Dziś cyrki mają słabą prasę, coraz więcej miast nie chce udostępniać im terenu, potencjalni widzowie wykruszają się, protestują obrońcy zwierząt. Jak to więc jest z tym cyrkiem? To jarmarczna zabawa dla niewybrednych czy jednak prawdziwa sztuka? I co z tymi zwierzętami?

Zaczęło się oczywiście dawno, dawno temu, 

gdzieś w Egipcie, Grecji, może w Chinach. A na pewno w starożytnym Rzymie, którego Circus Maximus to pracyrk, niedościgły wzór. Odbywające się tam wyścigi rydwanów to, powiedzmy, taka rzymska F1, ale już pojedynki gladiatorów, bitwy „morskie” czy polowania na dzikie zwierzęta wypuszczane na arenę to po prostu drastyczne spektakle organizowane w amfiteatrach dla uciechy rzymskiego ludu, niewybredna rozrywka najniższych lotów.

Historia nowożytnego cyrku sięga średniowiecznych jarmarków i festynów, gdzie występowały trupy wędrownych komediantów, linoskoczków i połykaczy ognia. Wozy kuglarzy jeździły od miasta do miasta, od karnawału do odpustu, dając odrobinę niewyszukanej rozrywki tak mieszczanom, jak i możnym. Czasem wśród kolorowych artystów pojawiały się też zwierzęta, często niedźwiedzie lub egzotyczne węże, bardziej jako urozmaicenie niż najważniejszy punkt programu.

W okresie renesansu sztuka cyrkowa znalazła oparcie w nauce, powstawały liczne traktaty o tańcu, akrobacji i budowie ludzkiego ciała. Wielkim powodzeniem cieszyły się wówczas występy linoskoczków i atletów.

Cyrk, jaki dziś znamy, czyli namiot rozkładany wśród licznych wozów, w których podróżują i mieszkają akrobaci, żonglerzy, klauni i treserzy oraz oczywiście zwierzęta, powstał w osiemnastowiecznej Anglii. Do zespołu dołączano chętnie kobietę z brodą, mężczyznę mającego sześć palców u jednej ręki (zamiast pięciu, choć dziesięć byłoby jeszcze lepsze), karły czy bliźnięta syjamskie, czyli rozmaite „dziwolągi”. Często organizowano pokazy woltyżerki i akrobacji w czasie jazdy konnej, gdyż kawaleria była wtedy na topie. Pierwsze tresowane słonie pokazano w cyrku francuskim na początku XIX wieku i dość szybko tresura zwierząt stała się integralną częścią widowiska, wręcz wizytówką konkretnego zespołu. Ponętna treserka, skąpo odziana w złocisty kostium, wsadzająca kształtną główkę wprost w paszczę tygrysa bengalskiego to przecież świetna reklama, nieprawdaż?

Dziś cyrk to przede wszystkim doskonale przygotowane pokazy sprawności i umiejętności, to czerwononosi klauni w za dużych kapotach, rozbawiający publiczność do łez, to również zwierzęta wykonujące różne sztuczki. Zawód cyrkowego artysty jest często pokoleniową tradycją, a szkoły kształcące przyszłe gwiazdy aren działają w wielu krajach, ciesząc się dużym uznaniem.

Dzień Cyrku bez Zwierząt

Skąd więc ta moja niechęć do cyrku? 8 czerwca przypada Dzień Cyrku bez Zwierząt. Nie bez akrobatów czy klaunów – bez zwierząt. Dlaczego sprzeciwiamy się tresurze, tańczącym koniom, pociesznym pieskom, skaczącym przez płonącą obręcz lwom?

Zwierzęta występujące w cyrkach w większości urodziły się w niewoli, często pochodzą z nielegalnej hodowli i nie znają innego środowiska niż niewielka klatka i cyrkowa arena. Powiecie, że to nic strasznego, można się przyzwyczaić? Nie tak dawno z powodu pandemii siedzieliśmy w domach i większość mocno narzekała na zakaz wyjścia na spacer do parku czy lasu. Tygrys w cyrku nie ma wyboru, dla niego jedynym „wybiegiem” jest arena. Przez całe życie.

Oczywiście widzowie (mam nadzieję, że wszyscy) wiedzą, że słonie nie mają w zwyczaju stać na jednej nodze. Takie nienaturalne zachowania to wynik długotrwałej tresury, niestety często połączonej z przemocą i karaniem za błędy. Pracownicy cyrków twierdzą, że kochają zwierzęta, otaczają je opieką i nigdy by nie skrzywdzili swoich podopiecznych. Trudno w to uwierzyć, patrząc na smutne oczy tańczących na tylnych nogach koni… Zwierzęta żyją w ustawicznym stresie, stają się agresywne i niebezpieczne tak dla opiekunów, jak i dla publiczności.

A czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z tymi słodkimi zwierzaczkami po zakończeniu „pracy” w cyrku? Na emeryturę to one nie nazbierały, oj nie. Pamiętacie tygrysy, które utknęły na polsko-białoruskiej granicy? Upchane w ciasnych klatkach, bez pożywienia i wody, jechały z włoskiego cyrku do zoo w Dagestanie. Nie wszystkie udało się uratować, a fotografie umęczonych zwierząt wyciskały łzy…

W poszukiwaniu rozwiązania

Na te wszystkie piruety i podskoki patrzą nasi milusińscy. Dzieci, którym potem wydaje się zupełnie naturalne, że ubrany w sukieneczkę piesek tańczy polkę, a puchaty lew z ochotą skacze przez obręcze. Przepraszam za szczerość, ale to jest kompletny absurd i nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem, to nie jest i nie powinno być zabawne.

Nie jestem sama w swojej kontestacji. Koalicja Cyrk Bez Zwierząt, w której skład wchodzi ponad 20 organizacji pozarządowych, organizuje protesty i zbiera podpisy pod petycją. Coraz częściej słyszymy wypowiedzi naukowców i polityków popierających zakaz tresury zwierząt. Podobnie dzieje się w wielu innych krajach. Zakaz wykorzystywania dzikich zwierząt w cyrku obowiązuje między innymi w Wielkiej Brytanii, Belgii i Słowenii, a także Izraelu czy Singapurze. W Grecji, Chinach czy Brazylii zakaz obejmuje wszystkie zwierzęta. W Hiszpanii oprócz lokalnych zakazów dotyczących cyrkowych zwierząt rozpoczęto dyskusję na temat zasadności kontynuowania pokazów korridy. Naprawdę dzieje się!

W Polsce zakazów nie ma. Na szczęście coraz więcej osób do cyrku już nie chodzi właśnie ze względu na cierpienie występujących tam zwierząt. W środowisku artystów cyrkowych pojawiła się inicjatywa „nowego cyrku”, powracającego do tradycji występów akrobatów, żonglerów i linoskoczków. Przedstawienia, podobnie jak w średniowieczu, odbywają się w przestrzeni miasta, na placach i rynkach. Świetnym przykładem takich działań jest lubelski Carnaval Sztukmistrzów, którego pierwsza edycja odbyła się w 2008 roku. Podobny charakter ma Oleśnicki Festiwal Cyrkowo-Artystyczny, którego dodatkową atrakcją jest zachwycająca zabytkowa zabudowa miasta. Z kolei całoroczne działania wrocławskiego Centrum Nowego Cyrku kończy CYRKOPOLE, Cyrkowy Festiwal Podwórkowy. Jest więc z czego wybierać.

Nie wiem jak wy, ale ja wolę obejrzeć teatr marionetek, linoskoczków balansujących na linach uwieszonych między kamienicami czy taniec z ogniem. A najlepiej pokaz mydlanych baniek… Tak, bańki są naprawdę fajne!

P.S. Jeśli mam być szczera, równie małe wzięcie mają u mnie ogrody zoologiczne, ale to zupełnie inna opowieść.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!