fbpx

Trzymaj sztamę, dziewczyno!

Jedną z moich przyjaciółek poznałam dawno temu na szkolnym korytarzu. Staksowała mnie wzrokiem, po czym wkurzona rzuciła niewybredny komentarz o moich dżinsowych dzwonach, które były nie tylko hitem ówczesnej mody, ale też identyczne jak jej. 

Kiedy dziewczyna ma kilkanaście lat, rywalizuje ze wszystkimi o wszystko. Stawia sobie wysoko poprzeczkę, choć ledwie rozumie samą siebie. Koleżanek potrzebuje jak tlenu, byle być częścią grupy, przez którą się definiuje. W innych dziewczynach szuka potwierdzenia, że jest wystarczająco dobra lub… przeciwnie. 

W dorosłym życiu kobiece wsparcie zyskuje na znaczeniu. Przyjaźnie ewoluują, bo na każdym etapie rozwoju potrzebujemy od innych kobiet czegoś innego. Dziś wiem, że dobrej relacji nie warto zaniedbywać, bo daje jedyne w swoim rodzaju poczucie, że ktoś miewa w głowie podobny mętlik i tak samo jak ja przeżywa rozczarowanie samą sobą. Jesteśmy podobne, dlatego dobrze wyczuwamy i rozumiemy swoje emocje. I jednocześnie jesteśmy całkiem różne, więc możemy się nawzajem inspirować, a nawet zachwycać odmienną kobiecą energią. 

Z pewnych schematów myślowych wyrasta się jak z noszenia kolorowych spinek. Równie infantylna wydaje mi się teraz kobieca zazdrość i cicha pogarda dla domniemanych rywalek. Ale każda z nas od czasu do czasu – często nieświadomie – wchodzi w rolę wrednej laski, która krytycznie ocenia tę drugą, nawet gdy widzi ją pierwszy raz w życiu. Ha! Albo nawet, gdy nigdy jej nie spotka. Jak to możliwe? Niektóre założenia robimy automatycznie i kompletnie bez refleksji. Weźmy eksdziewczynę obecnego chłopaka. Lubisz? A tę, która zajęła stanowisko, o którym marzyłaś w pracy od miesięcy? Ta niesamowicie ambitna i zawsze-pełna-dobrej-energii kobieta, która zdobywa wszystko, czego chce w dziedzinie, w której Ty ciągle raczkujesz? Tu pojawia się to nieprzyjemne ukłucie zazdrości, które każe Ci myśleć albo źle o sobie (jestem beznadziejna na całej linii), albo źle o tej drugiej (głupia pin*a, wszystko jej się udaje). Oba wnioski są, umówmy się, raczej płytkie. Wyjdźmy więc z tej mielizny. 

Nie ukrywam, że zdarza mi się pomyśleć o innych kobietach jak o rywalkach. Ale gdy tylko przyłapię się na tej myśli, jest mi strasznie wstyd i gaszę ją w zarodku. Porównywanie się jest denerwujące jak bluzka, która co chwilę zsuwa się z ramienia. I niestety, też nas trochę obnaża. Nasze słabości, niepewności, bezzasadne obawy. W dorosłym życiu nie ma już ocen, a jednak nadajemy znaczenie choćby błahym lajkom, jakby to one były miarą szczęścia i sukcesu.

Zauważyłam, że kobieca zazdrość też ewoluuje. Z niezdrowej chęci umniejszenia drugiej osoby z czasem rodzi się chęć czerpania inspiracji od kobiet, które budzą podziw. Dziś po cichu zazdroszczę innym podążania ścieżką, która jest tą wybraną, wymarzoną; bycia główną bohaterką we własnym życiu. Porównywanie się na swoją niekorzyść to tylko strata czasu i energii, którą można włożyć w budowanie życia, o jakim się marzy. Gdy spojrzałam na to w ten sposób, zrozumiałam, że moja bierność i ciche użalanie się nie przybliżą mnie do tego, co obrałam za swój cel. Czasem wystarczy mała zmiana perspektywy. Nie zazdrość znajomej, że nigdy nie tyje od jedzenia pączków. Weź przykład, gdy pewna siebie zajada go ze smakiem i nie biadoli, bo – do licha! – ma na niego ochotę. Po co zazdrościć czegoś, na co nie ma się wpływu? Czy uroda to życiowa karta przetargowa? Ja myślę, że jest nią jednak charakter. A nad nim można popracować. 

Madeleine Albright powiedziała kiedyś: „W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet”. Po co nam ta cała kobieca solidarność? Czy to nie kolejny wymysł zbuntowanych feministek, które chcą zdominować mężczyzn? Już słyszę w głowie te pełne podejrzliwości pytania. A wystarczy przypomnieć sobie komplement otrzymany od drugiej kobiety. Życiowy zakręt, z którego wyszło się dzięki wsparciu mamy, siostry czy przyjaciółki. Poczucie, że nikt tak dobrze nie zrozumie naszych sercowych perypetii i nie wysłucha po raz setny tej samej, żałośnie smutnej opowieści. Bez oceniania, z łagodnością. Ze zrozumieniem dla zawiłości kobiecych osobowości i naszej bujnej emocjonalności, kto, jak nie inna kobieta, trafnie odczyta niepokojące sygnały i w porę na nie zareaguje? I odwrotnie: gdy druga kobieta zrobi nam jakieś świństwo, czujemy się niemal zdradzone przez własną płeć. A to boli.

Muszę przyznać, że mam szczęście do kobiet w swoim życiu. O wiele więcej w nim kumpelek niż rywalek. Więcej wsparcia niż fałszywych rad podszytych nutką zazdrości. W dorosłym życiu wciąż jest mnóstwo okazji do zaskakujących przyjaźni. Przyjaciółek, które są bliskie jak siostry można mieć przecież kilka – każda na inny etap życia. Im jestem starsza, tym większą wartość mają dla mnie kobiece relacje. Podświadomie czuję, że o wiele więcej dobrego wyniknie z połączenia naszych sił i wzajemnych uścisków wsparcia niż z rywalizacji. 

Kilka lat temu rozpoczęłam pracę na stanowisku, które niejako było obiecane innej dziewczynie – już tam zatrudnionej. Dzieliłyśmy wspólne biurko, ramię w ramię. O tym, że nieświadomie zajęłam jej miejsce, dowiedziałam się po długim czasie, bo moja nowa koleżanka nie tylko szybko stała mi się bliska, ale nigdy nie dała mi odczuć – nawet przez moment – cichej niechęci lub zazdrości. Żalem, który naturalnie przecież czuła, podzieliła się z osobą, która faktycznie była odpowiedzialna za tę decyzję. Dziś obie śmiejemy się z tego splotu zdarzeń, a dla mnie to kolejny dowód, że mądrych kobiet warto mieć koło siebie jak najwięcej.

Dlatego, gdy następnym razem poczujesz znajomy przypływ zazdrości i nagłą chęć dokopania samej sobie lub tej drugiej, pomyśl, że osiągnięcie każdej kobiety liczy się do wspólnej puli. A skoro wszystkie gramy w jednej drużynie, możesz śmiało powiedzieć: dobra robota, siostro.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!