fbpx

Uzależnieni od wiatru

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam kolorowe latawce nad wodą, wyglądały jak chmara wielkich motyli sterowanych za pomocą linek. Samo obserwowanie łapiących wiatr kitesurferów było dla mnie wielką frajdą i miało w sobie coś z magii. Może dlatego, że woda to mój żywioł, a w połączeniu ze słońcem i aktywnością w plenerze stanowi wymarzone trio.

Od dziecka kocham sport, bo daje niesamowitą satysfakcję z bycia tu i teraz. Jeśli nie wiesz, o czym mówię, spróbuj pójść pobiegać lub popływać z głową pełną szalejących myśli, a gwarantuję, że już po półgodzinnym wysiłku będziesz się zastanawiać, czym się martwiłaś i po co zaprzątałaś sobie tym głowę. O oczyszczającym działaniu sportu mówią też kitesurferzy, dla których pływanie jest rodzajem medytacji: obcowaniem z naturą, zanurzeniem w ciszę, współgraniem z siłami natury. Czystą przyjemnością.

Musiałam doświadczyć tego na własnej skórze. Kupiłam piankę w promocji i pojechałam na Półwysep Helski. Do lekcji kajta ostatecznie namówił mnie prawdziwy pasjonat, który o tym sporcie może mówić godzinami, a przy tym opowiadać pięknie, niemal poetycko. Gdy odsłaniał przede mną tajniki nowej dyscypliny, siedzieliśmy na pustej plaży, mając przed sobą rozkołysane morze. I wtedy zrozumiałam, że urok pływania z latawcem daje odwrotną perspektywę. Z wody widać lustrzane odbicie – całą linię brzegową, plażę, wydmy, zabudowę w oddali. A w im bardziej egzotycznym miejscu się pływa, tym piękniejsze są te widoki: przejrzysta woda, pod którą prześlizgują się morskie żyjątka, tropikalne palmy, ciekawy kształt nabrzeża. Spytałam o jeszcze więcej plusów, które daje nauka kajta.

Zapisując się na kurs, masz przed sobą dwie możliwości: albo odkryjesz nową pasję, dla której przepadniesz jak kamień w wodę, albo chociaż sezonową rozrywkę, znacznie ciekawszą niż leżenie plackiem na plaży. Wbrew pozorom, nie jest to sport wyłącznie letni – wszystko zależy od twojej determinacji albo po prostu grubości pianki, którą kupisz. W długiej piance z neoprenu o grubości 5–4 mm można pływać w Bałtyku nawet jesienią i zimą, a podobno warto – tylko wtedy ma się niepowtarzalną swobodę ruchu i cały akwen dla siebie. W szczycie sezonu urlopowego na popularnych spotach latawców jest cała masa i trzeba uważać, by nie zaplątać się w czyjeś linki. Zimą krajobraz jest bardziej mroczny, lecz brak tłumów daje przestrzeń do próbowania nowych trików. Z kolei latem najpiękniejszą porą do pływania jest złota godzina, tuż przed zachodem słońca, gdy wszystkie odcienie pomarańczu rozlewają się aż po horyzont, tworząc bajkową scenerię. Kitesurfing to trzy wymiary: wiatr, woda i wolność. I to właśnie ten trzeci element zadecydował: ja też tak chcę!

Kiedy pierwszy raz złapałam za bar (czyli drążek do sterowania latawcem) i poczułam moc latawca, miałam wrażenie, że porwie mnie aż do Szwecji, a już kilka godzin później mogłam kontrolować jego siłę i wysokość. Gdy ja go wyczułam, on zaczął mnie słuchać – dogadaliśmy się, choć to on nadal ma nade mną przewagę. Według mnie podstawowa umiejętność pływania jest ważna – choćby w czasie samej nauki, ale okazuje się, że wśród miłośników kajta są również osoby, które nie pływają dobrze, a przed wodą czują duży respekt. Dobrym rozwiązaniem jest nauka w Zatoce Puckiej, gdzie nie ma fal, a woda sięga maksymalnie do pasa. A gdy już załapie się podstawy sterowania latawcem, upadki do wody zdarzają się rzadko. To właśnie ślizganie się po tafli wody daje niesamowite uczucie wolności i beztroski – gdy kajt łapie dobry wiatr, a woda rozpryskuje się na wszystkie strony.

Magia tego sportu tkwi też w jego ograniczonej dostępności. Pływanie wymaga zaistnienia konkretnych warunków pogodowych: najlepiej równego wiatru, tzw. side-shore o sile 13–25 węzłów. A że pogoda to jedno z tych nielicznych zjawisk, którego nie umiemy kontrolować, dobrego wiatru wyczekuje się jak ukochanej osoby w hali przylotów. A kiedy już zawieje jak trzeba, dotarcie na upragniony spot jest niemal wyścigiem z czasem, kiedy nerwowo powtarzasz w myślach: „żeby tylko nie siadło, żeby tylko nie siadło…”. To napięcie: zawieje? nie zawieje? podkręcane sprawdzaniem prognozy co 10 minut, dodaje temu sportowi smaku i sprawia, że każdą chwilę pływania wykorzystuje i docenia się w pełni.

Jak zacząć pływać? 

Kurs kitesurfingu składa się z 3 poziomów IKO (International Kiteboarding Organization), co daje około 13–15 godzin nauki pod okiem instruktora. Na początku uczysz się rozkładania sprzętu, pompowania latawca, podstawowych zasad bezpieczeństwa. Kolejne etapy to sterowanie, body dragi (ślizganie się po wodzie za latawcem) i pierwsze próby utrzymania równowagi na desce. Następnym krokiem jest doskonalenie techniki pływania: nauka krawędziowania, zwrotów i ostrzenia pod wiatr. To, ile czasu zajmie cały kurs, zależy od kilku czynników: liczby wietrznych dni, tego, jak szybko złapiesz technikę i czy nie zniechęcisz się po licznych upadkach do wody. Być może już po kilku godzinach opanujesz sztukę sterowania latawcem i startów z deską, a dalsze szlify będziesz zdobywać już sama. Bezpieczeństwo jest tu jednak kluczowe, bo to sport, którego nie da się nauczyć samodzielnie. Każdy początkujący potrzebuje drugiej osoby, żeby bezpiecznie wystartować i wylądować latawiec. Jednak warto mieć się wzajemnie w polu widzenia cały czas, niezależnie od poziomu zaawansowania. Nie zaleca się samotnego wypływania w morze. Tak jak w lotnictwie: najwięcej wypadków zdarza się w czasie startów i lądowań, w pobliżu lądu. Dopóki latawiec jest w powietrzu, a ty na otwartej wodzie, jest bezpiecznie.

Rekreacyjne pływanie nie wymaga szczególnych umiejętności sportowych ani perfekcyjnej formy, więc na kurs może się zapisać każdy, kto cieszy się ogólnym dobrym stanem zdrowia. Dopiero po osiągnięciu wyższego poziomu zaawansowania, otwiera się przestrzeń dla prawdziwych zajawkowiczów. Bo z latawcem można nie tylko pływać, ale też skakać i rywalizować z innymi we freestyle’u. I nie trzeba od razu startować w zawodach. Na początku można śledzić i porównywać wyniki w aplikacji, która zapisuje parametry skoków mierzone przez małe urządzenie mocowane na desce.

Jak z każdym sportem, który może uzależniać, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem możemy odczuwać chęć posiadania dobrej jakości sprzętu, modnych ubrań i gadżetów. Ale żeby zacząć swoją przygodę z kajtem, wcale nie trzeba wydawać majątku. Najdroższą inwestycją jest sam kurs (ok. 150 zł za godzinę, w zależności od cennika szkółki). Sprzętu nie trzeba mieć swojego – szczególnie jeśli pływamy tylko kilka tygodni w roku. Szkoły i wypożyczalnie mają w swojej ofercie najnowsze latawce o różnych rozmiarach – im silniejszy wieje wiatr, tym mniejszy latawiec się wybiera (i na odwrót). Jeśli jednak zakochasz się w tym sporcie, z pewnością zapragniesz mieć własny sprzęt, który będzie pod ręką za każdym razem, gdy trafią się idealne warunki. Pogoda nad polskim morzem bywa kapryśna, dlatego sporo osób zaczyna naukę w cieplejszych krajach. Popularnymi spotami są: Grecja, Egipt, Sycylia, a dalej Wietnam, Brazylia i Hawaje (wyspa Maui jest kolebką kitesurfingu). Wymarzone warunki to słoneczna pogoda, równomierny wiatr bez nagłych podmuchów (szkwału) i płaska, płytka woda. Istnieje jednak odmiana tego sportu, która wykorzystuje fale i jest to wave riding, do którego potrzeba już sporych umiejętności i nieco innego sprzętu. 

Decydując się na naukę kitesurfingu, rozpoczynasz piękną przygodę, która może trwać wiele lat i nigdy się nie znudzić. Ta młoda dyscyplina ciągle się rozwija, a jej nieodłączną częścią są podróże w różne zakątki świata w poszukiwaniu idealnego wiatru. Wokół kitesurfingu tworzy się rodzaj subkultury – gdy ludzi łączy wspólna pasja, naturalnie rodzą się nowe znajomości, z czasem przyjaźnie. Klimat plażowych spotów jest jedyny w swoim rodzaju, a aktywność sama w sobie bardzo miła dla oka, wręcz widowiskowa. Osobiście bardzo wierzę w to, że każdy z nas potrzebuje bliskiego kontaktu z naturą, a otoczenie wody, plaży i otwartej przestrzeni działa jak balsam dla duszy i ciała.

Czego nauczyłam się w czasie pierwszych lekcji? Że po kilku godzinach w wodzie czuję się nie tylko lekko sponiewierana, zmęczona i głodna, ale też bardzo szczęśliwa. Że kiedy latawiec jest w zenicie (na godzinie 12), to ma najmniej mocy. I że powtarzaną jak mantra komendą instruktora jest:  „odpuść bar!”. I że gdy tego nie zrobię, to wylecę jak z procy do wody. Każdy postęp daje dużo frajdy. Nie, żeby mi już wszystko gładko wychodziło, o nie. Ale połknęłam bakcyla. I kilka litrów wody w trakcie pierwszych prób startu. Póki co 1:0 dla latawca, ale bez walki się nie poddam! Do zobaczenia na Półwyspie!

 Za wszystkie cenne uwagi, lekcje oraz opowieści pełne pasji dziękuję Michałowi F. z Gdyni.  

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!