fbpx

W krainie kolorowych żubrów

Kiedy mówię, że mieszkam w Białymstoku, widzę, że rozmówca nieco się peszy. Po chwili zaczyna wypytywać o żubry i puszczę (to 100 km ode mnie, połowa drogi do Warszawy, ale jedzie się tyle samo). O kiszkę, babkę i pierogi. O Tatarów. O to, jak się mieszka przy granicy (bez przesady, to jeszcze kawałek drogi). O mrozy (nie jest tak źle, jak myślicie, a ostatnio nawet trochę się za nimi stęskniliśmy). I wreszcie pyta o to nieszczęsne disco polo (tu nie pomogę). Zmieszany i lekko zarumieniony zapyta wreszcie, czy chodzę do cerkwi. Naprawdę myślicie, że mieszkam w skansenie?!

Żubry, disco polo i drewniane domki na krańcach cywilizacji, gdzie czas się zatrzymał, gdzie „bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała”, wieś po prostu. Teraz to wschodnie rubieże RP i granica zjednoczonej Europy, dawniej po prostu miedza Korony i Litwy. Podlasie, dla reszty Polski koniec świata…

To fakt, nasza chata trochę z kraja, nieco na uboczu, życie tu – tak się czasami śmiejemy – mierzone jest według kalendarza juliańskiego, opóźnione o dwa tygodnie. Ale dlaczego nikt nie pyta o repertuar naszej opery? Co grają w Lalkach? Na jakim koncercie ostatnio byłam?

Kiedy turyści tu przyjeżdżają, widzą cebulaste kopułki kolorowych cerkwi, strzeliste wieże kościołów i meczety. W Białymstoku zwiedzają barokowe ogrody i podziwiają pałac Branickich, w Białowieży przytulają się do wiekowych dębów i wypatrują żubrów, a w Supraślu przy dźwiękach dzwonów średniowiecznego monastyru wsłuchują się w opowieść o mnichach, którzy tworzyli piękne księgi i pisali ikony.

Mieszkanie na obrzeżach i tuż przy granicach ma specyficzny posmak wielokulturowości, nawet jeśli granica poprowadzona została grubą krechą, nie uwzględniającą naturalnych podziałów, miedzy, pól i dróżki do sąsiedniej wsi. A może nawet z tego powodu, bo nagle część domów zaliczono do jednego, a część do drugiego kraju. Że podzielono rodziny? No cóż, taka dziejowa przypadłość.

Co składa się na nasze podlaskie multi-kulti?

Aby je zrozumieć, trzeba zagłębić się w historię Polski Jagiellonów. Wspomniałam już, że Podlasie (a właściwie ten obszar, który dziś tak nazywamy) znajdowało się niegdyś na granicy Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. I to najzupełniej dosłownie: białostocka ulica Graniczna to dawna granica Korony. Zaskoczeni? Zapewniam, że wielu mieszkańców mojego miasta jest tego nieświadomych, choć mieszka na (historycznej) Litwie… W pobliżu przebiegała też granica z Prusami Książęcymi, a i do Rusi daleko nie było. I jak to na granicy – działo się.

Bardzo długo tereny na wschód od Mazowsza, prawdziwego serca Polski, były słabo zurbanizowane, niewielkie wsie i osady graniczyły z pradawną puszczą, a włodarzami byli panowie litewscy i polscy. Powolny rozwój osadnictwa i rozbudowa prywatnych miast sprzyjały osiedlaniu się Żydów, którzy zyskiwali znacznie większe przywileje niż na terenach królewskich, zajmowali się handlem i finansami, a potem również dochodowym włókiennictwem i w wielu miasteczkach i miastach Podlasia tuż przez wybuchem II wojny światowej stanowili większość mieszkańców.

Historia się działa gdzieś tam daleko, 

a tu zawitali Tatarzy, uchodźcy ze Złotej Ordy. Tu, czyli na Litwę, ale potem również na Suwalszczyznę i w okolice Grodna. Kiedy w meczecie w Kruszynianach słucham (po raz nie wiem który, bo wszyscy znajomi i rodzina koniecznie chcą tych Tatarów zobaczyć na własne oczy) opowieści o tatarskich zasługach w polskiej armii Jana III Sobieskiego i nadaniach królewskich, widzę wspólnotę, która pozostając przy swojej religii, wtopiła się w podlaską społeczność i stała się jej integralną częścią.

Wspomniałam już o przemyśle włókienniczym, który był tak ważny dla rozwoju regionu, że Białystok nazywano nawet Manchesterem Północy. Jak to się stało? Kiedy Podlasie znalazło się w zaborze pruskim (wiem, też mało kto o tym wie, ale tak było, możecie sprawdzić na mapach rozbiorów), nastąpił szybki rozwój Białegostoku, który był siedzibą Kamery (czyli administracji pruskiej). Do miasta napłynęli żołnierze i urzędnicy, a także rzemieślnicy z Prus. Część z nich pozostała tu po 1807 roku, kiedy – dla odmiany – Białystok trafił do zaboru rosyjskiego. Po powstaniu listopadowym car ustanowił granicę celną, a Podlasie znalazło się po właściwej stronie tej granicy, czyli na terytorium Imperium. Raj dla przedsiębiorczych ludzi, bo towary wyprodukowane w manufakturach i niewielkich zakładach można było sprzedawać w całej Rosji i wysyłać bez dodatkowego cła nawet do Japonii. Wszędzie tam, gdzie była woda, powstawały więc włókiennicze fabryki i fabryczki, kapitał był albo żydowski, albo niemiecki, w mniejszym stopniu polski.

Polacy, Niemcy, Tatarzy i Żydzi mieszkali tu razem z Rosjanami, Białorusinami, Litwinami i Ukraińcami. Budowali fabryki, kościoły i cerkwie, bożnice, meczety, pałace i dworki. Kiedy zakończyła się Wielka Wojna, Podlasie nagle znalazło się w centrum odrodzonej Rzeczypospolitej, ale wielokulturowa społeczność już tu była i miała się całkiem nieźle. Były niesnaski, żale i pretensje, ale jakoś się tu, mniej lub bardziej zgodnie, mieszkało.

Aż przyszedł rok 1939 i wszystko się popsuło, a po zakończeniu wojny Podlasie się bardzo wyludniło, opuścili je mieszkający tu od lat Niemcy, powrócili tylko nieliczni Żydzi. Granica przecięła region na pół, idąc czasem w poprzek wiejskiej drogi, czasem środkiem wsi.

Prawosławny klasztor w Jabłecznej, Podlasie / Fot. Mariusz Cieszewski

Mieszkamy tu dziś razem, 

odliczając czas między świętami zachodnimi i wschodnimi, powoli zasypujemy głębsze niż w centralnej Polsce wyrwy powstałe po dwóch wojnach i szanujemy nawzajem swoje tradycje. Nie jest oczywiście tak idealnie, jak wygląda w folderach i reklamach, Podlasie to nie kraina miodem i mlekiem płynąca, choć rzeczywiście miody mamy tu całkiem smakowite. Mleko też. Bywa, że w czasie tych „innych” świąt ktoś ostentacyjnie trzepie dywany lub ma niecierpiący zwłoki remont dachu. Bywa… Ale zdarza się też, że uczestniczymy w uroczystościach wspólnie, cieszymy się bożonarodzeniową choinką czy wielkanocnym kolorowym jajem, razem zasiadając do stołu i łamiąc się opłatkiem lub prosforą. Mieszane kulturowo i religijnie małżeństwa to zawsze okazja do podwójnych świąt, które na Podlasiu niezmiennie obchodzi się według dwóch kalendarzy. Do tego dodać należy egzotyczne dla innych rodaków święta tatarskie, będące dla tej niewielkiej muzułmańskiej społeczności okazją do pokazania swojej odrębności. I tylko Żydów już nie ma, a i ślady ich bytności coraz częściej są już tylko wspomnieniem, pozostawione na pastwę upływającego czasu, zarastające bujną, podlaską zielenią…

Chwalimy się tym naszym wielokulturowym dziedzictwem, pokazujemy z dumą błyszczące złotem cerkwie i kolorowe, drewniane chatki. Z Puszczy wyciągamy żubry i stawiamy je wszędzie, gdzie się da, udając, że chodzą tu sobie luzem po brukowanych uliczkach wsi i miasteczek (czasami chodzą, to fakt). Turystów wieziemy do Bohonik i Kruszynian na pierekaczewnik i manty, a do Supraśla na kiszkę, babkę i kwas chlebowy (albo chłodnik). W Białymstoku częstujemy przybyszów buzą, śledziami na sto różnych smaków i pierogami, w Korycinie serem i truskawkami, w Hajnówce zapraszamy na słodkiego marcinka, a na Suwalszczyźnie stawiamy na stół solidne cepeliny, zwane też kartaczami i oczywiście sękacz. A wszystko to z kielichem Ducha Puszczy…

Kury człapiące wolno po wiejskiej drodze, dostojne bociany na poboczu szutrówki i łosie w pobliskim lasku – wszystko autentyczne, nie pod turystę. Cepelia, ktoś powie. Może i tak, ale tu naprawdę żyjemy nieco kolorowiej i znacznie wolniej. I zdecydowanie bliżej natury, bo nawet w Białymstoku śródmiejski park przechodzi płynnie w las. Jednak kolorowe, drewniane chałupki, którymi tak zachwycają się turyści, większość mieszkańców Podlasia traktuje trochę jak niechciany spadek – fajnie się je fotografuje, ale marnie w nich mieszka, zwłaszcza zimą.

Wielość wyznań rodzi też inne problemy, bardziej praktyczne. W miejscowościach, gdzie większość mieszkańców obchodzi święta w obrządku wschodnim, sklepy i urzędy też są wtedy zamknięte. Prawosławna Wigilia przypada 6 stycznia, a to od niedawna dzień wolny, więc jak tu zrobić zakupy last minute? Białostockie uczelnie przedłużają przerwę bożonarodzeniową, bo nie warto przychodzić do pracy na 3 dni. Wielkanoc bywa razem, ale częściej z przesunięciem czasowym… Do tego dochodzi muzułmański ramadan i Sabantuj. W dawniej żydowskim Tykocinie odtwarzane są dla turystów zwyczaje świąt Sukkot, Chanuka i Purim. To dlatego moi znajomi twierdzą, że my tu nieustająco świętujemy…

Nie będę narzekać na brak dróg (bo i dokąd jeszcze miałyby prowadzić), marną sieć kolejową (tu akurat można byłoby coś niecoś poprawić) i ogólne daleko od cywilizacji. Lubię tu wracać z dalekich podróży, lubię ten wschodni spokój i zadumę, gościnność i poszanowanie Innego. Lubię Podlasie… 

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!