fbpx

Wyłącz światło, włącz odpowiedzialność

28 marca będziemy obchodzić kolejną już edycję akcji „Godzina dla Ziemi”. Warto wpisać to wydarzenie w kalendarz, bo choć 60 minut bez prądu ma charakter raczej symboliczny, to promuje trwałe nawyki proekologiczne i każe co najmniej poważnie zastanowić się nad zachodzącymi zmianami klimatu.

Australia bez prądu

„Godzina dla Ziemi” (GdZ) została zainicjowana przez Światowy Fundusz na Rzecz Przyrody, znany nam bardziej pod nazwą WWF, w 2007 r. Zachęcono wówczas ponad 2 miliony mieszkańców Sydney do wyłączenia niepotrzebnych świateł i urządzeń elektrycznych na jedną godzinę. Dokładnie między 20:30 a 21:30 czasu lokalnego miliony Australijczyków w domach i biurach wyciągnęły wtyczkę z kontaktu, dając wyraźny sygnał całemu światu, że zależy im na naszej wspólnej planecie. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Już rok później do akcji przyłączyło się blisko 50 milionów osób w 370 miastach świata. W roku 2009 udział w wydarzeniu zadeklarowało ponad 700 miast z 78 krajów. Rok 2010, według szacunków WWF, miał być największą tego typu mobilizacją dla środowiska w historii. W akcji wzięło wówczas udział ponad 4,5 tys. miast ze 128 krajów. Kolejne edycje biły jednak rekordy poprzednich.
„Godzina dla Ziemi” stała się czymś w rodzaju viralu. Biorą w niej udział osoby prywatne, firmy i instytucje. Rok w rok gasną biurowce i podświetlone spektakularnie zabytki oraz obiekty kultury, takie jak opera w Sydney, egipski sfinks czy wieża Eiffla w Paryżu. To nie ma być jednak tylko fajna, widowiskowa akcja, w której miasta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pogrążają się w ciemności. Podejmuje się tu kwestie arcyważne, a mianowicie to, że obchodzi nas przyszłość, że martwimy się o pokolenia naszych dzieci i wnuków, które mogą stanąć w obliczu głodu, braku czystej wody i świeżego powietrza. Akcja ma uświadomić, że nie ma żadnej planety B, że zasoby Ziemi są ograniczone i nie starczą dla ponad 7 miliardów ludzi. Ten czarny scenariusz jest wymowny, bo w 2019 r. w symboliczną walkę ze zmianami klimatu włączyło się ponad 180 krajów na 7 kontynentach. Rok 2020 ma szansę pobić ten rekord, tylko czy w obliczu zbliżającej się katastrofy uczestniczenie w tym wydarzeniu powinno być wyłącznie naszą dobrą wolą, czy już raczej obowiązkiem?

O co tak naprawdę chodzi

Idea „Godziny dla Ziemi” wydaje się być jasna – wszelkie działania zapewniające ekologiczne bezpieczeństwo nasze i przyszłych pokoleń powinny być inicjowane zarówno oddolnie, przez każdego mieszkańca, jak i na szczeblu rządowym, za pośrednictwem ustawodawstwa i odpowiednich narzędzi systemowych. W praktyce oznacza to, że oszczędzając prąd czy segregując śmieci, realnie wpływamy na nasz klimat, ale jako obywatele możemy, a nawet powinniśmy, wymagać od rządzących skutecznej polityki ochrony środowiska, który to obowiązek nakłada na nich konstytucja. Jak czytamy na stronie WWF, jako obywatele mamy wpływ na tworzone prawo, jako konsumenci – na działania rynku. Możemy domagać się od rządzących bardziej zrównoważonego eksploatowania zasobów naturalnych, dbania o naturalne siedliska przyrodnicze, a nie przekształcania ich w kolejne drogi szybkiego ruchu czy skutecznego reagowania na problem zanieczyszczonego powietrza bezpośrednio zagrażającego naszemu zdrowiu, a nawet życiu. To oni, za pośrednictwem odpowiednich narzędzi prawnych, mają chociażby możliwość rozpatrywania ustaw pod kątem ich wpływu na środowisko naturalne. Przede wszystkim jednak potrzebne są konkretne plany i działania rządowe mające na celu przeciwdziałanie negatywnym skutkom globalnego ocieplenia oraz zahamowanie zmian klimatu. Chodzi o ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery przez redukcję spalania paliw kopalnych, podnoszenie efektywności energetycznej czy właśnie oszczędzanie energii. O ile są to działania, które mają na celu niwelowanie przyczyn powstawania globalnego ocieplenia, o tyle ostatnie badania pokazały, że nie są one wystarczające do rozwiązania problemu. Potrzebne są również działania adaptacyjne, które pomogą przystosować się do nowych warunków klimatycznych w taki sposób, by zminimalizować ryzyko ich negatywnego wpływu na gospodarkę i społeczeństwo. To mogą być na przykład wszelkie zmiany w technologiach produkcji w różnych sektorach gospodarki. Nie jest wielką tajemnicą, że powyższe działania to poważne wyzwanie finansowe dla każdego kraju.

I tak naprawdę chodzi tu o potężne sumy – miliardy euro, dolarów czy złotych. Według Europejskiej Agencji Środowiska powyższe aktywności samą tylko Europę obciążą kosztami kilku miliardów euro rocznie. Pytanie jednak, jakie mogą być koszty zaniechania? Dla przykładu, polskie Ministerstwo Środowiska oszacowało, że straty wynikające z niekorzystnych zjawisk pogodowych w latach 2021-2030, w przypadku niepodjęcia żadnych działań, wyniosą ponad 120 mld złotych. Czy stać nas na to? Nie, dlatego wysiłki państwa powinny skupić się na aktywnych formach współpracy w tym zakresie, również z sektorem prywatnym. Klimat nie jest tylko domeną władz centralnych. Jego zmiany dotykają wielu sektorów gospodarki, takich jak rolnictwo, transport, energetyka czy turystyka i mają bezpośredni wpływ na działalność przedsiębiorstw w tych sektorach. Biznes może, a nawet powinien, włączyć się w proces adaptacji do zmian klimatycznych, ale trzeba zmienić podejście przedsiębiorców do odpowiedzialności w tym obszarze i stworzyć platformę współpracy oraz narzędzia, które będą dla niej wsparciem – nowe technologie czy know-how, którymi będzie można się podzielić z resztą świata. Na szczęście to się już dzieje.
Ciekawym przykładem takiego partnerstwa publiczno-prywatnego jest kooperacja firmy IBM z władzami Pekinu, które połączyły siły, walcząc ze smogiem. Firma, korzystając ze swojego doświadczenia oraz zaplecza technologicznego, przetwarza dane dotyczące jakości powietrza i opracowuje zaawansowane prognozy, dzięki którym możliwe jest określanie miejsc pojawiania się smogu. To zaledwie część szerszej współpracy IBM-u z władzami Pekinu. W jej ramach realizowany jest 10-letni projekt o nazwie Green Horizon, którego celem jest zarządzanie jakością powietrza, optymalizacja wykorzystania energii i rozwój energii odnawialnej. A to tylko jeden z wielu pomysłów, jak zaprząc naukę, biznes i władzę do walki ze zmianami klimatycznymi.

Gasić czy nie?

O ile przesłanie akcji zachęca do proekologicznych działań, o tyle samo zgaszenie światła na symboliczną godzinę uważane jest przez niektórych krytyków „Godziny dla Ziemi” za zachowanie niemające nic wspólnego z realną troską o planetę. Mówią wręcz o święcie klimatycznej ignorancji. Według nich służy to jedynie poprawie samooceny ludzi, którzy uczestniczą w tego typu wydarzeniach. Ci, którzy na co dzień niezbyt często myślą o ekologii i klimacie, odcinając się na chwilę od prądu, mają złudne przekonanie, że oddają prawdziwą przysługę planecie. Nie sposób nie zgodzić się z tym, że tacy „niedzielni ekolodzy” tylko kompromitują ideę akcji. Jeśli nie idzie za tym jakaś głębsza refleksja, a przede wszystkim konkretne zachowania i dobre nawyki, to gaszenie światła może co najwyżej ugasić na chwilę poczucie winy. Ale to nie jedyne zastrzeżenia, jakie formułują przeciwnicy akcji. Potężnym argumentem, który przemawia na niekorzyść „Godziny dla Ziemi”, jest jej negatywny wpływ na działanie systemów elektroenergetycznych. Chodzi o nagły i zauważalny spadek zapotrzebowania na energię i następujący równie nagle wzrost na konsumpcję prądu. Jest to istotne „ale”, bo w przypadku GdZ wyłączenie światła następuje w jednym momencie na masową skalę. Tak gwałtowne zmiany stwarzają niebezpieczeństwo dla pracy ww. systemów i sprawiają, że mają one poważne problemy z dostosowaniem się do tego typu wydarzeń. Każda taka zmiana może doprowadzić do spadku ich sprawności, a na pewno do ich rozregulowania
Kolejna kwestia dotyczy wpływu GdZ na emisję dwutlenku węgla. Otóż według badań wyłączenie na godzinę światła i urządzeń elektrycznych tylko w minimalnym stopniu redukuje światową emisję tego gazu. Policzono, że wpływ akcji na globalną produkcję CO2 można porównać do rocznego wycofania z dróg sześciu samochodów osobowych. Co więcej, jeśli uczestnicy „Godziny dla Ziemi” w czasie jej trwania zastąpią oświetlenie elektryczne świecami parafinowymi, ich bilans węglowy będzie większy niż w przypadku, gdyby oświetlali swoje domy żarówkami.
Ze strony krytyków akcji pada też pytanie, czemu to właśnie chwilowe odcięcie elektryczności ma być czymś, co tak znacząco wpłynie na poprawę klimatu naszej planety? Przecież odpowiednio generowany prąd może przyczynić się do rozwiązania szeregu klimatycznych kwestii. Chodzi tu o niskoemisyjną i stabilną energetykę jądrową, która jest w stanie produkować energię elektryczną bez większych strat dla środowiska i klimatu i zasilać czyste elektryczne ogrzewanie, bezemisyjne samochody czy nawet samoloty. 

Zdaniem przeciwników „Godziny dla Ziemi” jej popularność to wypadkowa dwóch rzeczy.
Po pierwsze łatwości w dołączeniu się do akcji, a po drugie tkwienie w błędnym przekonaniu, że tak prostym gestem, kolokwialnie mówiąc, ratujemy świat. Niestety, odciąga to uwagę od istoty problemu i pozwala łatwo wykręcić się od innych działań. Według krytyków to nie czas na pseudoekologię i symbole, a na realne i konkretne przedsięwzięcia. Potrzeba czegoś więcej niż godziny. Chodzi przede wszystkim o działania długofalowe, takie jak zmniejszenie zużycia prądu na co dzień, szczególnie w szczycie zapotrzebowania, który przypada na godziny późno popołudniowe i wieczorne. Dla całego systemu oczywiście fakt, że nasze gospodarstwo domowe zacznie pobierać 5 czy 10% energii mniej znaczy niewiele, jeżeli jednak akcja nabrałaby skali, wówczas obniżka zapotrzebowania stałaby się zauważalna i zaczęła realnie wpływać na ograniczenie produkcji energii. Jej ograniczenie z kolei to mniej np. spalonego węgla i wyemitowanego przy okazji do atmosfery CO2.

Jeśli „Godzina dla Ziemi” ma być pierwszym krokiem do codziennych nawyków oszczędzania prądu, warto wziąć w niej udział, ale pamiętajmy, że w godzinę nie nadrobimy zaległości i zaniedbań poprzednich lat czy dekad. Co zatem robić?

Żyj energooszczędnie

To nie takie trudne. Oprócz tego, że zmniejszamy nasz ślad węglowy, ograniczając tym samym negatywny wpływ na środowisko, energooszczędne życie przynosi wymierne oszczędności. Warto przypomnieć jednak, że oszczędzanie energii nie sprowadza się wyłącznie do prądu, ale również do ciepła – to ono stanowi ponad 70% zużycia energii w naszych domach.
Pamiętajmy, aby nie nagrzewać nadmiernie użytkowanych pomieszczeń. Optymalna temperatura dla człowieka to 20-21 st. Celsjusza, a podczas snu nawet 18. Jeśli wietrzymy mieszkanie, zakręcajmy termostaty w grzejnikach lub wyłączajmy ogrzewanie podłogowe. Warto zadbać o izolację cieplną okien i drzwi. Przez ich nieszczelność ucieka blisko 50% energii. Wymiana tradycyjnych żarówek na te LED to najszybsze i najbardziej efektywne generowanie oszczędności. W skali roku w kieszeni zostaje nam ok. 50 zł.

Odpowiednie użytkowanie urządzeń domowych czy biurowych to kolejna dobra praktyka oszczędzania energii. Nie zostawiajmy włączonego komputera na noc. Włączajmy drukarkę wówczas, gdy mamy przygotowaną całość materiału do wydrukowania. Urządzenie włączone non-stop blisko 93% energii zużywa na tryb czuwania, a tylko 7% na samą pracę. W ogóle przycisk stand by to podstępny pożeracz prądu. Pamiętajmy, że czerwona dioda, która sygnalizuje stan czuwania, świadczy o tym, że przez cały czas z sieci pobierany jest prąd.
Wybierając mniej emisyjne środki transportu, czyli np. pociąg zamiast samolotu czy rower zamiast samochodu, przyczyniamy się do mniejszego uwalniania się CO2 do atmosfery. Nie pokonujmy krótkich dystansów autem i starajmy się częściej wybierać komunikację miejską. A jeśli już zdecydujemy się na podróż samochodem, może warto porozmawiać z sąsiadami co do jego współdzielenia? Często dojeżdżamy do pracy w tę samą okolicę, a nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły.

Konsumujmy mniej i nie marnujmy żywności. Kupujmy tylko tyle, ile jesteśmy w stanie zjeść i przede wszystkim przechowujmy to w odpowiednich warunkach. Postawmy na sezonowość, zwłaszcza warzyw i owoców. Te tropikalne podczas transportu tworzą największy ślad węglowy.

Świadomie gospodarujmy wodą, nie pozwólmy, żeby lała się hektolitrami na marne. Tylko zakręcając kran podczas mycia zębów, oszczędzamy rocznie 20 tys. litrów wody. Takie liczby robią wrażenie.
Ograniczajmy zużycie plastiku, zwłaszcza tego jednorazowego. Dlaczego? Bo na wyprodukowanie jednej butelki PET potrzeba ok. 0,7 kWh energii. Rezygnując choćby z butelkowanej wody, w sposób istotny możemy zredukować zużycie energii i ilość plastikowych odpadów, które trafiają co roku tonami do oceanów i wypychają brzuchy morskich zwierząt.
Te niewielkie zmiany, wprowadzone i praktykowane na co dzień przez miliony ludzi, realnie wpływają na kondycję naszej planety. W ten sposób pokazujemy prawdziwą troskę o przyszłość środowiska naturalnego i udowadniamy, że każdy z nas, na miarę swoich możliwości, może zaangażować się w walkę o lepszy los swój i przyszłych pokoleń.

Jeśli nie odpowiedzialność, to co?

Wzrost temperatury, ekstremalne zjawiska pogodowe, intensywne i częstsze susze i powodzie, pożary, występowanie nowych chorób i ich mutacji – to, według ekspertów, scenariusz dla Ziemi na najbliższe 30 lat. W zasadzie to on już się realizuje. Płonąca pod koniec 2019 r. Australia była namacalnym dowodem na to, że kryzys klimatyczny to nie wymyślony przez organizacje proekologiczne straszak, a poważny i realny problem całego świata. Bez wyjątku. Choć pożary australijskiego buszu są zjawiskiem cyklicznym i naturalnym, to ich skala w minionym sezonie była bezprecedensowa. Powiedzmy wprost – zagrażała bezpieczeństwu kontynentu. Nie da się tego porównać z żadnym innym pożarem, jaki wybuchł na świecie w przeciągu ostatnich 100 lat. Ogniska zapalne pojawiły się w miejscach, w których ich dotąd nie było i rozprzestrzeniały się na tyle szybko i gwałtownie, że ludzie nie byli ich w stanie kontrolować. Rekordowe temperatury i miesiące intensywnej suszy zwiększyły tylko rozmiar katastrofy. Nowym zaobserwowanym zjawiskiem były tzw. suche burze, czyli takie bez opadów, z ognistymi tornadami i piorunami, które powodowały pojawienie się nowych punktów zapalnych. W trawiących kraj pożarach zginęli nie tylko ludzie, ale, jak szacuje australijski WWF, ucierpiało ok. 1,25 miliarda zwierząt. Symbolem stało się zdjęcie wycieńczonej koali pijącej wodę z rowerowego bidonu napotkanych na drodze ludzi. Ona przeżyła, ale blisko 30% osobników tego gatunku we wschodniej Australii nie miało tyle szczęścia. Odbudowa populacji większości tamtejszych zwierząt i ich siedlisk, jeśli w ogóle okaże się możliwa, będzie trwała dekady. Ponadto ogień wypalił prawie 8,5 miliona hektarów powierzchni kontynentu. To tak, jakby z mapy świata zniknęła Austria. Wszystko to za sprawą zmian klimatu, ale też nieodpowiedzialnej polityki i gospodarki człowieka. Australia to jeden z największych emitentów gazów cieplarnianych oraz jeden z czołowych producentów i eksporterów węgla na świecie. W tegorocznym Climate Change Performance Index jest w końcówce zestawienia, jeśli chodzi o ilościowe i jakościowe działania na rzecz ochrony klimatu. Dodatkowo w Australii, głównie na potrzeby rozwoju rolnictwa, ciągle trwa intensywna wycinka lasów. Jak połączymy wszystkie te kropki, wyjdzie nam, że kraj ten sam na siebie ukręcił bat w postaci ekologicznej katastrofy i zmierza donikąd. O ironio, to Australia była przecież inicjatorem „Godziny dla Ziemi”, ale chyba niezbyt sumiennie odrobiła lekcje. Biorąc pod uwagę ostatnie tragiczne wydarzenia, będące skutkiem lekceważenia przez ten kraj zmian klimatycznych, niestety, tej godziny może mu zabraknąć.

Australia to nie jedyny powód do zmartwienia. Naukowcy biją na alarm – najnowsze dane z Antarktydy pokazują, że tempo topnienia lodu na tym obszarze znacznie przyspieszyło. Mówi się o trzykrotności w stosunku do poprzedniej dekady. W kontekście obserwowanego ocieplenia klimatu monitorowanie zmian masy lodu Antarktydy jest niezwykle ważne, bo to największy rezerwuar lodu na świecie, a jego systematyczne i coraz szybsze topnienie powoduje nagłe i niebezpieczne zwiększenie się poziomu wód oceanów. To z kolei prowadzi do zalewania terenów nadmorskich i nisko położonych na całej Ziemi. Podnoszący się poziom morza to realny problem nie tylko krajów wyspiarskich, ale nas wszystkich. Znikanie pod wodą kolejnych terenów zamieszkanych przez ludzi oznacza nie tylko ogromne straty gospodarcze, ale także zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców, a w rezultacie przymusowe migracje ludności. Ten scenariusz obejmuje już ponad miliard ludzi. Niedawno odnotowano na Antarktydzie rekordowo wysoką temperaturę 20 st. Celsjusza, a trzeba nadmienić, że średnia roczna temperatura wynosi tu ok. -15 st. zimą i -1,5 st. latem. To poważne ostrzeżenie, że w regionie dzieje się coś złego. A to tylko, nomen omen, wierzchołek góry lodowej problemów terenów zagrożonych klimatyczną katastrofą.

Wszystko w naszych rękach

Aby ograniczyć skutki klęsk żywiołowych, należy zrobić wszystko, by wzrost globalnej temperatury do końca tego stulecia nie przekroczył 1,5 st. Celsjusza. Tylko drastyczne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych umożliwi utrzymanie obecnych warunków do życia na Ziemi. Niestety, obecny ich poziom i mało zintensyfikowane działania mające na celu ich ograniczenie wskazują, że finalnie temperatura wzrośnie aż o 3 stopnie. To oznacza coraz częstsze i coraz poważniejsze w skutkach katastrofy.
Plan dla Ziemi jest taki, że od zaraz trzeba rozpocząć transformację gospodarczą, tak, by w przeciągu najbliższych 10 lat odejść od spalania węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Wszystkie kraje, najpóźniej do 2030 r., powinny całkowicie odciąć się od gospodarki węglowej. Odwlekanie tej decyzji odbierze nam szansę na transformację, a koszty, jakie zapłacimy, będą olbrzymie. Zmiany dotyczą nie tylko energetyki, ale także innych obszarów gospodarki, takich jak rolnictwo czy transport. Redukcja emisji gazów cieplarnianych musi być znacząca, tak, by osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 r. I choć odbywa się to metodą szybko zerwanego plastra i będzie bolesne pod względem obciążeń finansowych i zmian infrastrukturalnych, jest konieczne, by dać możliwość przyszłym pokoleniom na względnie normalne życie. 

Oczywiście, że to wymaga od nas dużo cięższej i regularnej pracy niż samo zgaszenie światła na godzinę i patrzenie, jak świat pogrąża się w ciemności. I choć bez tej prostej i efektownej formy trudniej byłoby „Godzinie dla Ziemi” osiągnąć tak duży sukces marketingowy, to przesłanie dotyczące redukcji emisji CO2 ma szansę dotrzeć do coraz nowych grup ludzi i skłonić ich do myślenia, a taki przecież jest nadrzędny cel akcji. Być może taka forma aktywizowania społeczeństwa okaże się bardziej skuteczna niż uderzanie w patriotyczne tony i straszenie złym wilkiem. Chodzi przecież o poprawę świadomości nadużywania zasobów i racjonalne gospodarowanie tym, co mamy. Na poziomie deklaratywnym chce chyba tego każdy. Zatem zdecydujmy sami, czy w sobotę 28 marca wyłączymy symbolicznie światło czy też nie. Teraz jeszcze mamy wybór, ale za kilka lub kilkanaście lat może się okazać, że będziemy to musieli robić z konieczności.

Źródła:

www.wwf.pl, aleBank.pl-portal ekonomiczny, www.chronmyklimat.pl, www.ekologia.pl, www.energetyka24.com, https://www.climate-change-performance-index.org/, https://www.bankier.pl/wiadomosc/Godzina-dla-ziemi-akcja-potrzebna-czy-szkodliwa

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!