fbpx

„Dbanie o siebie powinno zaczynać się od głębokiej samoakceptacji”

Rozmowa pochodzi z archuwalnego numer V mag 27 #miłość, przeprowadziła Łucja Wierzchowska

O kulcie piękna, feminizmie i wolności wyboru rozmawiamy z Kają Szulczewską, założycielką profilu @cialopozytyw, weganką, feministką i aktywistką.

V mag: Jakie były początki Twojej ciałopozytywności? Skąd pomysł na pokazywanie w mediach społecznościowych swojego ciała w jego naturalnej formie?

Kaja Szulczewska: Początki to było stopniowe odpuszczenie makijażu i depilacji. Moje ciało wołało o zmiany w podejściu do niego. Wrastające włosy, problemy z tarczycą, zmiana wagi, wyglądu twarzy, problemy ze skórą. Paradoksalnie to właśnie choroby i problemy, jakie miałam z ciałem sprawiły, że zaczęłam szukać sposobu, by bardziej siebie akceptować. By dać sobie więcej wyrozumiałości, by jakoś poradzić sobie ze zmianami, na które nie miałam wpływu i które wymuszały też ograniczenie zabiegów pielęgnacyjnych. Postawiłam na pielęgnacyjny radykalny minimalizm. 

Wcześniej był w moim życiu przez chwilę moment, kiedy sama wpadłam w pułapkę chęci bycia doskonałą, „jak z obrazka”. Oglądałam zdjęcia idealnych modelek fitness i marzyłam o takiej figurze, cerze, twarzy, włosach, o perfekcyjnym wyglądzie. Jednak coś w środku mówiło mi, że to nie jest dobra droga, że ciągłe oglądanie takich zdjęć wpływa na mnie źle, że mimo prób nie jestem w stanie wielu rzeczy zmienić bez ingerencji chirurgicznej. Wiedziałam jednocześnie, że wiele z tych obrazów poddanych jest obróbce graficznej, a wiele modelek ma za sobą drogie zabiegi upiększające. Brakowało mi prawdy. Coś mi nie pasowało. Zaczęłam więc szukać w mediach społecznościowych kont z nurtu bodypositive i obserwować tylko takie, jednocześnie odlajkowując te ,,idealne”, które tylko napędzały mi kompleksów. Dzięki temu zobaczyłam niesamowitą jakościową zmianę w tym, jak się czuję sama ze sobą. Oglądanie różnorodnych ciał wpływało na mnie kojąco, poprawiło moją relację z własnym ciałem. Zaczęłam bardziej je doceniać i dostrzegać piękno w ,,naturalnościach”, które reklamodawcy usilnie nazywają niedoskonałościami. 

Zdecydowałam się na prowadzenie ciałopozytywnych kont w mediach społecznościowych, bo również chciałam przyczynić się do budowania takiej wzmacniającej społeczności, chciałam być wsparciem i przewodniczką dla innych w drodze do zaakceptowania ciała. Chciałam promować inne podejście do siebie samych, ale też do innych. Ogólnie jestem typem społeczniczki, od wielu lat działam społecznie, więc prowadzenie własnej inicjatywy tego typu jest dla mnie pięknym zwieńczeniem kilkunastu lat wolontariatu i aktywizmu w różnych organizacjach i grupach. Realizuję tu swoją potrzebę dawania czegoś dobrego od siebie światu.

Po pierwszym miesiącu swojego eksperymentu zrezygnowałaś na jakiś czas z niegolenia nóg. Jaka była reakcja w mediach społecznościowych na taką Twoją decyzję?

To prawda, zaczęło się ciepłe lato i noszenie dłuższych włosów na nogach zaczęło być dla mnie niekomfortowe. Nie chodziło o to, że włosy mi w czymś przeszkadzały, ale czułam, że skoro noszę już owłosione pachy, to dla mnie będzie za dużo, by aż tak się wyróżniać, wyłamywać. Szczerze, bałam się reakcji ludzi. Nie pamiętam, czy ta decyzja wzbudziła jakieś negatywne komentarze, bo to było już pół roku temu, a nie przechowuję w głowie długo nieprzyjemnych wydarzeń. Na pewno jakieś wypowiedzi w stylu ,,ale dlaczego golisz nogi, skoro nie golisz pach” się pojawiły. Ogólnie ten typ komentarzy pojawia się regularnie, przy różnych okazjach. Wiem, że ludzie lubią czarno-białe rozwiązania: albo jesteś naturalna, nie golisz się, nie malujesz, nie nosisz obcasów itd., albo robisz to wszystko. Jakby świat był podzielony na dwa obozy i musisz przynależeć do któregoś z nich i trzymać się sztywnych zasad, które narzucają Ci inni. Myślenie zerojedynkowe – jeśli się z niego wyłamujesz, pojawia się u wielu osób dysonans poznawczy. Mam wrażenie, że część osób to złości, no bo jak sklasyfikować taką osobę pomiędzy? Staram się jednak pokazywać innym, że świat nie jest czarno-biały. Trzeba zrozumieć, że to nie jest walka o to, by być jakąś określoną, by wyglądać w konkretny sposób, ale by móc samodzielnie wybrać, co chce się mieć ogolone, a co nie, co umalowane, co nie itd. Osobiście nie widzę nic złego w goleniu się czy makijażu, tu nie o to chodzi.

Nie warto poddawać się terrorowi myślenia zerojedynkowego, w którym nie możesz wybrać własnej ścieżki, tylko musisz poddawać się presji na bycie 100% jakąś. Takie przełamywanie stereotypów też jest dla mnie istotne i to staram się pokazywać. Walczę o wolność wyboru, a nie o narzucenie wszystkim jedynej słusznej wersji.

Dokładnie! Sama mam takie wrażenie, że ciągle widzę dwa obozy walczące ze sobą – jeden uznający naturalne cechy ciała i pokazywanie ich za obrzydliwe, a drugi wręcz odwrotnie, uznający kobiety golące się i malujące się za fałszywe. Dlaczego tak dużo ludzi, tak dużo kobiet, atakuje siebie nawzajem zamiast uszanować kwestię wyboru osobistego? Czy nie powinnyśmy wspólnie walczyć o wolność wyboru?

Myślę, że to wynika z tej bipolarności, o której już wspominałam. Ludzie lubią polaryzować idee, a jeśli sami przekonają się do jednej rzeczy, to często, zwłaszcza na początku, wchodzą w tryb walki ze wszystkim, co inne. 

Dlatego ważne jest pokazywanie, że droga środka jest możliwa, że nie zajdziemy nigdzie, walcząc ze sobą nawzajem. To, co może nas uratować, to jedynie solidarność, empatia i dialog. Zabrzmiało patetycznie, ale tak właśnie sądzę. Ważne jest zrozumienie, że walka i obrażanie się nawzajem tak naprawdę nikomu nie służą. Ciałopozytywność to akceptacja wyborów innych, szacunek do ciała i głębokie dbanie o siebie. Czasem to właśnie odejście od jakichś założeń jest częścią dbania o siebie, o swoje emocje i uczucia. To też ważne i należy o tym pamiętać. Wybory dotyczące ciała są sprawą indywidualną i nikomu nic do tego, nawet jeśli postanowię ogolić tylko jedną nogę i jedną pachę, a resztę zostawić zarośniętą na max. To mój wybór i mam do tego prawo.

Często piszesz o samoakceptacji i szacunku do swojego własnego ciała. Jak udało Ci się osiągnąć taki stan?

Szczerze mówiąc, to nie wiem (śmiech). Jakoś tak wyszło, krok po kroku. Może to wynika z tego, że ja jestem bardzo pragmatyczna, obserwuję swoje myśli, swoje działania i jeśli widzę, że coś nie działa na mnie dobrze, to staram się to wyeliminować, zmienić, zmodyfikować. Wydedukowałam sobie więc, że samobiczowanie się, chęć bycia kimś innym, wyglądania perfekcyjnie nie przynoszą dobrych rezultatów, dają chwilową motywację, ale na dłuższą metę psują mój nastrój i robię się nieszczęśliwa z powodu tego, co mam. Dużym wsparciem jest też mój mąż, który obserwując mnie z boku, daje i dawał mi cenny feedback.

W moim odczuciu skupianie się na swoich wadach wzmacnia niechęć do siebie. Lepiej skupić się na tym, co dla mnie dobre i co mogę zrobić, by było jeszcze lepsze. Nie chciałam karmić się złymi myślami na swój temat. Dla mnie dbanie o siebie powinno zaczynać się od takiej głębokiej akceptacji. Jeśli naprawdę kocham i akceptuję siebie, mogę w bardziej świadomy sposób wybierać, co dla mnie dobre, ćwiczyć, jeść i decydować się na takie rodzaje pielęgnacji, które mi służą, które są naprawdę potrzebne – a nie dlatego, że naoglądałam się reklam i czuję się nie dość piękna. To szukanie rozwiązań, które nie powodują bólu, nie wzmagają kompleksów, nie mają negatywnych konsekwencji. Wierzę, że patrzenie na siebie przez pryzmat akceptacji, głębokiej miłości, to coś, co pcha nas w dobrą stronę. Nienawiść i niezadowolenie nie są w moim odczuciu dobrymi drogowskazami. Niezależnie od tego, czy chodzi o relację ze sobą samą, czy z innymi.

Jak myślisz, czemu normalizacja ciała, pokazywanie przeróżnych, normalnych ciał i ludzi jest tak naprawdę kontrowersyjne? Skąd ten paradoks?

Myślę, że media od dobrych kilkudziesięciu lat w Polsce, a na zachodzie jeszcze dłużej, bombardują nas obrazami idealnych ciał. Ludzie w mediach są coraz piękniejsi, medycyna estetyczna i technologia sprawiają, że codziennie obcujemy z pokazywanymi na billboardach, w gazetach, w internecie czy w kinie obrazami syntetyzowanego piękna, posuniętego do granic niemożliwości. Moje pokolenie szokuje widok naturalnego ciała w mediach, bo to po prostu jest rzadkość, nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że „zwykli” ludzie pokazują swoje „nieidealne” ciała. Coś, co dla pokolenia naszych rodziców było normalne, dla nas stało się szokujące. Ulegliśmy zbiorowej histerii na punkcie bycia piękną, młodą i dzięki temu godną miłości i wartościową. To jest przekaz, w jakim dorastamy i to bardzo mocno kształtuje nasze wyobrażenie o tym, jak powinnyśmy wyglądać i co robić, by osiągnąć pożądany stan. Przez to, jak silnie jesteśmy bombardowani tym przekazem przez reklamy i popkulturę, uczymy się, jak oceniać innych. To jest tak silne, że bardzo ciężko się z tego wyrwać. 

Regularnie, jako adminka ciałopozytywnego konta, widuję w mediach społecznościowych reklamy w stylu: „bądź wreszcie szczęśliwa – pozbądź się włosów raz na zawsze”. Mimo tematyki, jaką poruszam, jestem w targecie i wciąż próbuje się mnie przekonać, że coś z moim wyglądem jest nie tak, że zmieniając go, uzyskam spełnienie, szczęście, poradzę sobie z problemami, a moje życie zacznie być pasmem sukcesów (może trochę się zapędziłam, ale ogólnie tak).

Ciałopozytywność to akceptacja wyborów innych, szacunek do ciała i głębokie dbanie o siebie.

 Czyż to nie jest myślenie magiczne? A jednak zbiorowo w to wierzymy. To jest kult piękna, a społeczeństwo nawzajem pilnuje się, by się z niego nie wyłamywać. Presja jest ogromna i według statystyk głównie dotyka kobiet. Wiele osób naprawdę cierpi z powodu wyglądu. Nie musimy nawet być osobiście przez nikogo szykanowane z powodu wyglądu – wystarczy, że będziemy oglądać filmy, w których bohaterki są niewyobrażalnie piękne i szczupłe, że będziemy słuchać przytyków na temat innych, czytać wszędzie naokoło o tym, że trzeba wyglądać w określony sposób, by osiągnąć sukces i szczęście. I nagle, nie wiemy same kiedy, zaczynamy wierzyć w ten mit i wyznawać go, walczyć z ciałem i dążyć do piękna utożsamianego ze szczęściem i spełnieniem. Pokazanie wtedy zwykłego ciała, ciała poza kanonem, jest jak obraza dla całego zbiorowego wysiłku, jaki wszyscy wkładamy, by kobiety były jeszcze piękniejsze i młodsze. To jest jak podważenie paradygmatu, bluźnierstwo.

Kiedy w USA od roku 1915 pojawiły się pierwsze reklamy golarek, ludzi szokowało, że dziewczyna z ogolonymi pachami pokazuje się w sukience bez rękawów. Szokujące było to, że dziewczyny zaczęły golić nogi. Dziś ludzi szokują włosy w tych samych miejscach. W Polsce historia jest jeszcze krótsza, bo w PRL moda na depilację nie doszła jeszcze do Polski i całkowita normą były w pełni owłosione kobiety. Jedna z moich obserwatorek pisała mi, że jej babcia to nawet martwiła się, że ma zbyt mało gęste włosy na nogach w porównaniu z rówieśniczkami i miała z tego powodu kompleksy, bo przecież włosy na kobiecym ciele były sexy, świadczyły o dojrzałości płciowej. To były problemy naszych babć! Oto jak reklamy i kultura nastawiona na zysk zmanipulowały nasze widzenie ciała, nasze widzenie piękna i szczęścia.

 Jesteś na diecie roślinnej. Co według Ciebie łączy weganizm i feminizm?

To dobre pytanie! Dla mnie mają wiele wspólnego, bo to walka o równość dla dyskryminowanych/wykluczonych prawnie grup LGBTQ+ czy innych, to zawsze ta sama walka o równe prawo do życia i samostanowienia.

Bardzo mnie dziwi, że sporo osób wciąż nie widzi tu połączenia. Uprzedmiotowienie kobiet i zwierząt ma dużo wspólnych cech. Zakłada, że z powodu płci lub gatunku mamy mniejsze prawo do decydowania o swoim ciele i życiu, odbiera się nam na tej podstawie prawa, nakłada na nas obowiązki służenia, podporządkowania swojej egzystencji, ogranicza możliwość decydowania o sobie samej. Sytuacja zwierząt jest oczywiście dużo gorsza, bo tu mówimy o wielomiliardowej, ciągle trwającej zagładzie, o totalnym braku praw i podziale nawet wewnątrz gatunku na lepsze i gorsze, te do kochania i te do mordowania. 

Jednak gdy spojrzymy na świat zwierząt hodowlanych z punktu widzenia feministycznego, szybko zobaczymy, że samice w świecie eksploatacji zwierząt mają dużo gorzej. Ich ciała są wykorzystywane do produkcji żywności i często zanim trafią do rzeźni, są latami wykorzystywane, wręcz torturowane. Od poczęcia przez gwałt, sztuczną inseminację, po dramat odbierania matkom dzieci. Latami dręczy się ich ciała, traktując jak maszyny, by pozyskiwać z nich wydzieliny, a na koniec, gdy przestają być dość produktywne, są zabijane. Bycie samicą w świecie zwierząt hodowlanych to przekleństwo. W związku z czym uprzedmiotowienie zwierząt moim zdaniem łączy się z patriarchalnym uprzedmiotowieniem kobiet. Sytuację też oddaje nasz język. Kobiety często porównuje się do zwierząt, aby je obrazić lub umniejszyć ich znaczenie, wskazać, że są brzydkie; robi się też tak, aby uprzedmiotowić je w kontekście seksualnym, mówi się o nich jak o mięsie, ocenia jak klacze na targu, lub porównuje do ofiary męskiego polowania/uwodzenia. Szowinizm gatunkowy przeplata się z seksizmem, mizoginią, rasizmem, ksenofobią, homofobią, itd. Dyskryminowane grupy są stereotypizowane, dewaluowane, demonizowane, a potem używane są do zastraszania, obrażania innych. To smutne zjawisko. Dlatego dla mnie taki wegański intersekcjonalny feminizm to coś, do czego mi najbliżej. 

Myślę, że potrzeba nam dużych systemowych zmian, by wyzwolić zwierzęta, kobiety i inne grupy spod opresji patriarchatu. Potrzeba nam wspólnotowości i zrozumienia, że razem możemy więcej. Równość i wolność są możliwe, tylko jeśli będziemy solidarne i solidarni i będziemy mówić też w imieniu tych istot, które nie mają głosu.

Nie wszyscy muszą wybierać pokazywanie swojego ciała w jego naturalnej, niezmienionej formie. Co byś jednak poradziła osobom, które chcą spróbować w ten sposób żyć, ale się boją? 

Powiedziałabym, że lęk przed zmianą jest naturalny. Żyjąc w takim, a nie innym społeczeństwie, wybierając drogę pod prąd, siłą rzeczy możemy narazić się na negatywne oceny, komentarze, a nawet hejt. To nie jest tak, że ja się nie boję. Po prostu powoli zaczęłam przełamywać ten lęk, próbować. Myślę, że właśnie to bym poradziła – żeby robić wszystko małymi krokami, nie stawiać sobie wielkich i trudnych celów, ale małe i nie wstydzić się, jeśli się nie uda. Jeśli zdarzy się, że nie będziemy mieć dość odwagi i siły, by wytrwać przy naszych postanowieniach, to nic się nie stanie, zawsze możemy wrócić do punktu wyjścia. 

Nie chodzi przecież o to, żeby się katować taką czy inna ideą, ale żeby szukać swojej drogi, swojej relacji z ciałem, takiej, która doda nam siły, która buduje w nas poczucie własnej wartości. Nie zawsze to będzie zaprzestanie golenia. Czasem to będzie chociaż zmienienie metody albo robienie tego rzadziej. To nie są rzeczy, które musimy robić na 100%. Tu chodzi o wyrozumiałość wobec siebie, o prawdziwe zadbanie o ciało. To podróż, to poszukiwanie i dobrze robić wszystko w zgodzie ze sobą, przy tym kwestionując zewnętrzne nakazy, takie czy inne. Mnie bardzo pomaga oglądanie profili ciałopozytywnych, różnorodnych ciał i naturalności jak rozstępy, cellulit, trądzik itd. Pomaga też czytanie książek jak Mit Urody Naomi Wolf czy Obsesja Piękna Renne Engeln. Polecam więc przed działaniem, najpierw zbudować sobie nowy światopogląd, umocnić podstawy. Wtedy, w razie gdy natkniemy się na krytykę czy wrogość, będzie nam łatwiej sobie z nimi poradzić i ewentualnie wytłumaczyć własne stanowisko. Zaczęłabym od zmiany przekonań na temat swojego ciała, na temat tego, co musimy robić, by czuć się pięknie i atrakcyjnie. Szukajmy takich myśli, które dadzą nam luz w relacji z ciałem i je pielęgnujmy. Dążmy do tego, by czuć się w ciele wygodnie, by żadne naturalności nas nie uwierały. 

Dążmy do tego, by czuć się w ciele wygodnie, by naturalności nas nie uwierały.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!