Nie wyrzucaj niezerowaste’owca

Lotnisko. Wczesny ranek. Podróżni wracają z wakacji. Do odlotu jeszcze trochę czasu, a więc śniadanie. Ona od razu zastrzega, że nie będzie piła kawy z plastiku, prędzej obędzie się bez śniadania, zresztą i tak nie ma ochoty jeść. On, mimo że sam bez problemu sięgnąłby po kawę  w jednorazowym kubku, teraz bez sprzeciwów szuka miejsca gdzie można zamówić coś w zastawie.

Może nie chce wdawać się w dyskusję albo wie jak trudne są dla niej wyjazdy, gdy przychodzi pożegnać się z rodziną. Ulega tej fanaberii, za którą przyjdzie mu zapłacić więcej niż za plastikowy kubek z kawą. Café latté, espresso, francuskie rogaliki, dla dziecka gorąca czekolada i muffinka. Ona się cieszy- ich śniadanie nie wygeneruje śmieci, z czystym sumieniem wypija espresso. On nie omieszka wspomnieć,  że może to i śniadanie bez plastiku, ale dwa jeśli nie trzy razy droższe. Cóż koniec wakacji bywa odrobinę gorzki. 

O czym jest ten tekst? O tym czy da się żyć w związku, w którym jedna z osób złapała bakcyla antyśmieciowego, chce ratować świat, rewolucjonizuje codzienne życie; gdy tymczasem druga angażuje się w stopniu umiarkowanym bądź bardzo umiarkowanym, rozumie ideę, ale entuzjazmu jakby brak. 

Łącząc się w pary nie dajmy sobie wzajemnej gwarancji, że nigdy się nie zmienimy, w końcu jesteśmy ludźmi i ciągłe zmiany w nas zachodzące są zupełnie naturalne. Tym bardziej nie jesteśmy w stanie przewidzieć jakie idee staną się dla nas ważne, jak zmieni się nasz punkt widzenia na wiele kwestii, co zyska na ważności, a co na niej straci.

Monsieur A. (tak nazwę na potrzeby blogowe pewnego faceta, z którym dzielę jeden dach), nie mógł przewidzieć, że będę nurkowała w domowym śmietniku, aby przypomnieć mu kolejny raz, że pudełko kartonowe nadaje się do recyklingu. Sama, mimo zawsze obecnej wrażliwości na naturę, los zwierząt, nie mogłam przewidzieć, że pochłonie mnie ruch zero waste. Dziś już to wiemy. Monsieur A. stara się znosić moje uwagi oraz monologi na temat nadchodzących zmian klimatycznych. Ja staram się nie wytykać palcem wszystkich błędów i przymykać oko na to co w domu zero waste jest niewybaczalne.

Jak to wygląda w praktyce?

Gdy wracam z wakacji do  mieszkania, które było pod rządami niezerowaste’owca, wiem, że ujrzę paczkę nawilżonych, jednorazowych szmatek (w końcu kto lubi płukać brudną szmatę z tkaniny?), w toalecie płyn do WC z supermarketu, obok pralki kupny proszek do prania, jakiś płyn uniwersalny, a śmietnik zawalony plastikiem po paczkowanym jedzeniu. Myślę sobie wtedy, że to wszystko (prócz jednorazowych ściereczek) można zrozumieć, w końcu to wyższy poziom wtajemniczenia, bo zrobienie własnego płynu do prania reprezentuje jakąś trudność. Ale kiedy już jestem, bezśmieciowej codzienności pilnuję niczym dobry pies stróżujący. Jedna z moich strategii – przejąć kontrolę. Wiem, summa summarum więcej zwalam na siebie. No ale przecież nie oddam robienia zakupów w nieodpowiedzialne ręce!

Ile razy można tłumaczyć, że makaron wybieramy w kartonowym opakowaniu, nawet jeśli jest droższy? A papier toaletowy? Nie wszyscy wykazują tyle chęci, żeby szukać takiego z celulozy. Banany w plastiku, ser w plastiku, zbyt dużo niesezonowych warzyw, zbędne woreczki, nawet jeśli są biodegradowalne nie potrzebuję ich w domu. Zakupy w sklepie, do własnych woreczków czy słoików, to już niewyobrażalny stopień trudności, z którym to monsieur A. nie zdołał się jeszcze dobrze zaznajomić. A więc proszę się nie wtrącać, zakupy to moja działka – na szczęście mam na nie czas. Wykorzystuję też strategię finansową, oczywiście tam gdzie wykażę, że zero waste dobrze wpływa na domowy budżet. Jeśli więc mój płyn do prania budzi pewne wątpliwości – w końcu w reklamach mówiłą, że tylko proszek X utrzyma nasze ubrania w niesplamionej czystości, to i tak wygrywam pod względem kosztów… no i ekologii!

Czasami odwołuję się do metody “na dziecko”. Snuję katastroficzne  wizje przyszłości – niestety mające szansę się spełnić, wstawiam w ten obraz nasze dziecko i zadaję pytanie czy nie warto zacząć zmiany od siebie, aby kolejne pokolenia miały szansę żyć w normalnym świecie. Gram trochę niby na emocjach, ale tak naprawdę wyciągam z kieszeni twardy argument, w końcu chodzi tu o życie naszej córki. Czasami, gdy mam wrażenie, że moje słowa to jak rzucanie grochem o ścianę, stosuję metodę siłową. Rezultaty są nadal marne, bo opór zbyt silny. Cóż, nie poddaję się!

Gdy tylko mogę wciskam siatkę na zakupy, wyskakuję z pojemnikami, gdy monsieur A. wybiera się na swoje mięsne zakupy i nakłaniam – “Człowieku, skoro już jesz mięso, które ma fatalny wpływ na stan planety, to przynajmniej przynieś je w wielorazowym opakowaniu!” Tam gdzie mogę przyjmuję taktykę wprowadzania zmian bez pytania, nawet jeśli bezpośrednio dotyczą niezerowaste’owca. Takim sposobem wyposażyłam go np. w termos, kubek termiczny czy bambusową szczoteczkę do zębów, tym samym pokazałam, że rozwiązania zero waste są całkiem sympatyczne i nie wiążą się tylko z zapachem octu przy sprzątaniu.

Jako zerowaste’owiec pilnuję domowej przestrzeni przed masą zbędnych śmieci, ale i przedmiotów, bez których możemy się obejść, walczę o wybory bardziej etyczne i o minimalizm konsumpcyjny. Przy tym wszystkim nie zapominam, że mam obok siebie odrębnego człowieka, który ma prawo do swoich wyborów, nawet jeśli kłóciłoby się one z ideą zero waste. Pamiętam o tym, że ja kiedyś też działałam mniej więcej jak przeciętny obywatel tej planety. Wiem, że niektórzy potrzebują więcej czasu na zmiany, trudno im się przełamać, żeby wziąć na zakupy woreczek wielorazowy, są i tacy, którzy potrzebują naprawdę zbliżającej się katastrofy, aby zrozumieć, że czas najwyższy porzucić dotychczasowy styl życia.

Gdy angażujemy się w bezśmieciowe życie, do wora ze śmieciami nie musimy od razu wyrzucać naszego partnera. Po pierwsze, nawet jeśli pracujemy tylko my nad zminimalizowaniem domowego  śmietnika, to zawsze w skali gospodarstwa domowego śmieci jest faktycznie mniej. Po drugie, prędzej czy później niezerowaste’owiec zacznie przejmować nasze, choćby najprostsze zachowania. Zawsze jako para lub rodzina wyjdziemy korzystniej w bilansie zero waste na tle pary czy rodziny, w której nie ma jednostki antyśmieciowej. Więc jeśli nie żyjecie z kimś kto złośliwie przynosi do domu stertę jednorazówek, segregację śmieci ma głęboko gdzieś, a słysząc o idei zero waste stuka się w czoło, to warto robić swoje!

Pewnie, czasami ręce opadają. Gdy marzę o tym słynnym słoiku śmieci na rok, a tymczasem monsieur A. przynosi mi oliwki w woreczku, albo zgrzewkę wody gazowanej, to prawdopodobnie przypominam jednego z bohaterów kreskówek, któremu para z uszu wylatuje a oczy wyskakują z orbit. Za to innym razem słyszę “Daj mi jakąś torbę, przecież mówisz, żeby brać ze sobą z domu”. Jest nadzieja.

Więcej tekstów o miłości i związkach przeczytasz w 27. numerze V mag:

Autorka: Justyna Mruk
Od niemal dwóch lat staram się ograniczać śmieci. Spełniłam kiedyś swoje marzenie i obecnie mieszkam we Francji wraz z moją małą rodziną. Jestem wegetarianką, praktykuję jogę, kocham język francuski i włoski. Od niedawna tworzę również bloga o tematyce zero waste. Ostatnio marzy mi się nauczanie jogi.
http://www.ecorutine.eu/

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *